Strzeż się geeka z Twitterem

8:00 12th March 2008

sarah lacy - sexy disaster

Wywiad z Markiem “Mr.Facebook” Zuckerbergiem przeprowadzony na SXSW przez Sarah Lacy stał się sławny w czasie paru godzin. Jeśi Twitter miały opcję “kill” to Sarah Lacy byłaby martwa już w czasie zadawania drugiego pytania. Dziś w sieci pojawił się cały zapis wideo wywiadu i każdy może wyrobić sobie zdanie na ten temat co stało się w Austin…

Wczoraj zachęcony nagłówkami RSS śledziłem lincz medialno - blogosferowy w serwisach polskich i zagranicznych. Zanosiło się na to, że będziemy świadkami pierwszego w dziejach morderstwa cyfrowego - po takiej ilości negatywnych ocen i kubłów brudów wylanych na dziennikarkę szacownego wydawnictwa inny komentarz nie przychodził mi do głowy.

Dziś rano zerknąłem na AntyWeb a potem na TechCrunch. Zaparzyłem sobie dzbanek herbaty i obejrzałem pełną relację z rzeczonego wywiadu w wersji pełnej 56 minut i 58 sekund. I zdębiałem.

Podpisuje się pod słowami Arringtona ten Pan upatruje źródło problemu w tym, że dziennikarka nie była geekiem ale seksowną młodą kobietą. Ratunku!!

Przytłaczająca liczba komentarzy dosłownie zmieszała z błotem dziennikarkę. Twitter zgrzytał i buczał od wpisów od których cierpły uszy. Użytkownicy tego zacnego serwisu używali sobie na całego podkręcając atmosferę w czasie trwania wywiadu. Patrząc na wpisy i komentarze na blogach wydawałoby się, że sam Szatan zstąpił do sali SXSW i ogłosił koniec świata.

Dla wielu osób pani Sarah Lacy właśnie zakończyła swoją karierę w mediach elektronicznych i powinna dostać dożywotni zakaz komentowanie świętych spraw dotyczących nowych mediów. Amen.

Żeby było jasne - ustalanie czy autorka wywiadu promowała swoją książkę, czy zadawała nudne pytania by jest tylko lansującą się dziennikarką, czy Zuckerberg jest “mało interaktywny” w czasie publicznych występów czy też która strona miała rację - ludzie krzyczaczy z sali, że “pytania są nudne” czy też osoby broniące Sarah Lacy. Nie chcę wchodzi w spory merytoryczne.

Każdy (zachęcam do obejrzenia wywiadu) może sobie wyrobić swoje zdanie po obejrzeniu tego wywiadu. Moje są następujące - Zucekerberg do gigantów krasomóstwa nie należy (Arrington twierdzi, że Zuckerberg jest bardzo trudną osobą jeśli chodzi o wywiady) i zapewne jego nieśmiała i wycofana postawa mocno kontrastowała z odbiorem dziennikarki.

Sarah Lacy faktycznie prezentowała się o niebo lepiej - ładna, uśmiechająca się może zbyt często zadawała dziwne pytania (czasami miałem wrażenie, że to jest randka a nie wywiad). Dodajmy, że wcześnie robiła już wywiady (do swojej książki) z Zuckerbergiem więc znają się i ich “zażyłość” może nie być udawana.

Być może kobieta dziennikarz zadająca banalne czasami (przyznaję bez bicia) pytania to było coś czego środowisko geeks i tekkies i wszelkiej maści zapaleńców z SXSW znieść nie mogło? To pytanie stawiam jako osoba uczestnicząca w ostatniej Auli podczas której widziałem reakcję uczestników na zapowiedź spotkań Geek Girls. Z sali posypały dość jarczmarno-koszarowe żarty. Wypadek przy pracy? Nie sądzę.

Wróćmy do SXWS. Pierwsza fala ataku została przypuszczona przez grupę osób komentujących wywiad na Twitterze potem rozlała się na blogi. Osoby wyposażone w laptipy na sali zapewne czytały komentarze innych (nie znajdujących się na konfernencji osób) jeszcze bardziej podgrzewające atmosferę. Krzyki i pohukiwania z sali stawały się głośniejsze aż do momentu kiedy sam Mark zapytał o co właściwie chodzi w pytaniach dziennikarki.

Oto chodziło publice, która za pomocą oklasków w zasadzie uniemożliwiła zadanie dalszych pytań. Lider pokazał sforze, że można przypuścić atak. Ludzie pokolenia zbudowanego z hierarchii ważności na Diggu dali upust swoim frustracjom. Burn the witch! Burn her!

Jedna z komentujących osób wpis Arringtona napisała: “If twitter helps a group of bored influential people pass their time, great. But let’s keep twitter in the background, and not let it replace valuable discourse or content. The fact you can use it to whine, or led credence to a story, is painful.”.

Komentuje emocjonalnie to co się stało na SXSW z czysto osobistego punktu widzenia. Na konferencjach na których ostatnio byłem czy też uczestniczylem jako organizator regularnie pojawia się kwestia “dopuszczenia głosów z sali” jako elementu “web-dwa-zerowego” podejścia do organizowania konferencji. Dajmy ludziom platformę to zapełnią ją ciekawymi i wiele wnoszącymi do dyskusji wątkami. Guzik prawda. Trele morele.

Nie wypada nie mieć np. Blipcasta i rzutnika pokazującego komentarze na żywo (ba, część wpisów tworzona jest przez ludzi siedzących na sali) uczestnikom. Po doświadczeniach z ostatniej Auli w TVN staje na stanowisku, że komunikator oznacza niestety dopuszczenie do głosu (demokratycznie a jakże!) sfrustrowanych, nihilistycznie nastawionych do życia pacjentów zamkniętych ośrodków.

Nie chcę oczywiście generalizować, ale nawet kilka głosów w stosunku do kilkuset uczestników robi złą atmosferę. Uwierzcie mi, że spędzanie czasu na czyszczeniu relacji z wulgaryzmów, linków do porno site’ów i innych pomysłowych prób zaistnienia jest dość męczące.

To nie zdaje egzaminu. Nie można zmusić ludzi do korzystania z narzędzi tylko w jeden (dobry) sposób. To jest klasyczny dylemat -dajesz ludziom narzędzia i oczekujesz, że wyniknie z tego tylko coś dobrego.

Na blogu Second Thoughts znalazłem bardzo trafne podsumowanie tego co stało się podczas wywiadu z Zuckerbergiem: “Depending on who you are, you will see this incident as either the triumph of the new media, the defeat of the old media, or a resounding indictment of all of them and the posting of another win for “games” and their gods.”

Dzieci rewolucji zjadają siebie żywcem ku uciesze innych dzieci. Tak ma wyglądać blofgosfera i social media? Proszę zatrzymać świat, ja wysiadam.

Moje wnioski osobiste płynące z obserwowanie wydarzeń na SXSW oraz polskich spotkań w duchu barcampowym:

My, Internauci oświeceni blaskiem swoich laptopów, rostrząsający na forach i blogach różnice między Web 2.0 a 3.0 i tym podobne akademickie dylematy działamy tak samo jak zwykły tłum na ulicy. Ktoś rzuci kamień (posta) ktoś potem powie, że widział “na własne oczy jak…” (post napisany na podstawie innego wpisu) i tak to się kręci. Niewiel się zmieniło od czasu pierwszego wydania tej książki. “Wielkie miasto” zmieniło się w “wielką sieć” a demonstracje na ulicach we flame’y na forach i w komentarzach w serwisach informacyjnych.

My, internauci lubimy krew i igrzyska - wystarczy nam rzucić na żer parę nie do końca prawdziwych faktów a w “social media” rozgorzeje bój na wyzwiska i kalumnie. Źródło informacji (wiadomo przecież - tradycyjne media kłamią) nie są już tak istotne co punkt widzenia i moc przebicia się ze swoją wersją. Acha, byle informacje była ze wszechmiar bulwersująca. I najlepiej w postaci wideo, żeby dało się zrobić “copy-paste” i wysłać znajomemu na gg.

Smutne są te nasze social media i rewolucja mająca zmienić na zawsze role nadawcy i odbiorcy.

PS. Na koniec polecam coś ze starej, telewizyjnej szkoły robienia wywiadów. To się nazywa energia i posłannictwo!

PPS. A to jest komentarz Lacy na Twitterze :)

Król jest nagi!

8:30 7th March 2008

mobilking - komórkowe porno

Zamierzony błąd językowy w tytule mający sygalizować, że mówić będziemy o swojskiej marce Mobilking - marce dla wszystkich fajnych chłopaków. W erze kiedy w sprzedaży były / są (nie wiem, nie palę) zapalniczki z gołymi paniami nie dziwi wcale, że powstaje telefonia komórkowa dla “prawdziwych mężczyzn”…

W kraju w którym CKM wygrywa w kategorii sprzedaż z Playboyem nie powinno dziwić już nic. A jednak. Operatorzy mobilni tak bardzo wyczekiwani przez rynek (podobno) a dość niechętnie witani przez starych operatorów (z ledwo skrywanym chłodem) jak się okazało poprzedniego roku nie zaliczą do udanych. Można nawet powiedzieć - dostali po tyłku (jeśli wierzyć informacjom z UKE).

Wirtualni operatorzy (mBank mobile, myAvon, WPmobi i Ezo Mobile) przekonali do swojej oferty zaledwie…100 tys. użytkowników. Czwórka trzymająca władzę czyli Era, Orange, Plus i Play na pewno cieszą się z tego faktu ponieważ oznacza to, że z puli ponad 41 mln aktywnych kart SIM MNVO udało się wyszarpnąć bardzo skromny i mało tłusty kawałek.

Przyczyny porażki operatorów wirtualnych? “Przegrywają oni, ponieważ nie mają znanej marki, odpowiedniej sieci sprzedaży i sprzętu” - mówi Grażyna Piotrowska-Oliwa, prezes Orange. Jacek Niewęgłowski, wiceprezes Play’a zwraca uwagę, że “grzechem pierworodnym MVNO jest uzależnienie się tych firm od operatorów posiadających infrastrukturę techniczną. Ponoszone w związku z tym opłaty stanowią aż 60-70 proc. wszystkich ich wydatków”

A teraz mamy marzec 2008 i kolejny wirtualny operator chce zdobywać nasze serca i kieszenie - MobilKing. Jak oficjalnie się nam przedstawia: “Męski świat potrzebuje męskich podniet. Właśnie dlatego dodatkowo proponujemy Ci najnowsze sportowe wiadomości, gry, dzwonki, filmy i tapety erotyczne. Bez nich nie ma dobrej zabawy!”

Jak dla mnie powyższy zdania opisują typowego Pana Kazia co to łypnie okiem na pogodynkę z oddając się lekturze Faktu, kiedyś namiętnie ściskając w dłoni oszronioną puszkę piwa “Kiepscy” oglądał “Różową Landrynkę” na Polsacie a w pracy nad szafką ma Miss Polonia 85′ w stroju kąpielowym. Reklamy TV MobilKing naładowane są erotyką (TVP wycofała się z ich emisji) i zapewne będą wygrywane na tej nucie jeszcze długo. Pytanie tylko do kogo? Dla młodych adeptów pornografii czy dla starszej grupki czytającej jeszcze papierowe gazetki?

Młodzi mają Internet i mnóstwo miejsc gdzie mogą poobcować z pięknem ludzkiego ciała (nawet nie chce mi się wymieniać URL :). Za darmo, 24/h na wyciągnięcie ręki (myszki). Oni mają skusić się na ofertę MobilKing w zamian za tapety z gołymi dupami? (powiedzmy szczerze - panny są kiepskie i daleko im do poziomu liderów internetowych serwisów porno.)

Nie wiem czy teorię “długiego ogona” pięknie drenowaną przez np. taki Amazon można łatwo zastosować na innych polach marketingu - telefonia komórkowa różni się znacząco od Internetu (sorry za banał). Czy naprawdę Pan Kazik da się skusić plakatem z “gołą babeczką” od MobilKing? Ceny oferowane są okej ale należy pamiętać, że jak w przypadku każdego MNVO pierwsze cenniki są bardzo kuszące bo firma wlicza lekki dumping cen w koszta promocji.

A co właściwie mi chodzi? O to, że narzekamy na powstawanie serwisów w sieci, które są profilowane dla bardzo wąskich grup odbiorców. A, że to nie opłacalne, że kto czyta książki dyskutuje o polityce na poziomie wyższym niż flame i wyzwiska od ubeków, kto szuka treści poza wielkością cycków Kasi Cichopek. Z GEMIUSA wychodzi, że naród jeśli coś w sieci robi na masową skalę to pisze do swoich kolegów ze szkolnej ławy, szuka plotek i ogląda zdjęcia (najlepiej swoich nagich sąsiadek).

MobilKing wchodzi na rynek, gdzie jest silna konkurencja, karty wydają się rozdane a grupa docelowa do której kierują swoje usługi jest mało lojalna. Na co więc liczą. Jakie badania musieli zrobić marketerzy, że ktoś dał kasę (dużą dodajmy) na to aby zrobić lauch nowego brandu, kampanię i obsługiwać potem “prawdziwych mężczyzn” nowymi plakatami z cycatymi strażakami.

Ile zdobędzie klientów MobilKing do końca 2008 roku? 20-40 tysięcy? Ilu z nich odejdzie bądź nie dokupi kolejnych doładowań? Naprawdę chciałbym zobaczyć te badania.

Po swoich przepychankach z VC, którzy bez 2-3 milionów userów kupujących za 200 pln miesięcznie nie chcą słyszeć o inwestycjach w internetowe staru-up’y naprawdę dziwię się jak na rynku można chcieć walczyć i wykrawawiać się do kilkudziesięciu tysięcy Panów Kaziów. Może urzekła ich wizja realizacji młodzieńczych fantazji (praca w porno biznesie) a może legiony Panów Kaziów w Polsce są większe niż zasięg Google’a?

Acha - zainstalowałem sobie jedną z seksistowskich tapet na swoim mac’u. looks damn good :)

POLSKA TELEFONIA KOMÓRKOWA W LICZBACH:

82% Polaków ma telefon komórkowy
41,5 mln aktywnych kart SIM działało w Polsce w grudniu 2007

92% użytkowników wysyła wiadomości SMS
45% użytkowników wysyła MMS-y

91 zł miesięcznie wydaje statystyczny właściciel telefonu na abonament
50 zł miesięcznie kosztuje średnio korzystanie z kart pre-paid
49 zł miesięcznie to średni koszt utrzymania telefonu w ofercie mix

4 razy częściej Polacy używają komórek niż telefonów stacjonarnych

źródło: UKE, GUS, Money.pl

PS. Kilka razy pisząc nazwę firmy podświadomie dodawałem “e” do wyrazu “mobil”. Domena mobileking.pl przekierowuje na zaślepkę (na szczęście domena zarejestrowana przez MEC) na której nie ma żadnej dodatkowej informacji bądź przekierowania na właściwą domenę - głowę daje sobie uciąć, że zanim marka się upowszechni i “wejdzie nam głów” WIELE osób będzie wbijało się na pustą stronę. Halo! Czy ktoś w Mobil(e)King mnie słyszy?

Elefanta zalicza pierwsze 100 tys.

18:30 20th February 2008

Elefanta.pl

Dziś kolejny wpis z cyklu “cudze chwalicie swego nie znacie”. Prezentuję serwis Elefanta.pl, który w czasie trzech miesięcy zebrał 100 tys. polskich użytkowników. Informacja o wynikach serwisu pojawiła się i szybko zniknęła a szkoda bo warto tego typu pozytywne przykłady w naszej branży propagować. Poniżej wywiad z założycielem Piotrem Krawcem…

AK74 - Piotrze, dziekuje za znalezienie chwili czasu dla mnie. Możesz się przedstawic - co robiles do tej pory zawodowo?

Moje doświadczenie w branzy internetowej przekracza 8 lat, w trakcie których kierowałem działami marketingu, promocji i PR w spółkach internetowych, między innymi w: Onet.pl, Money.pl czy Getin.pl SP SA.

Elefanta jest realizowany przez zespół czteroosobowy, a teraz już pięciu. Ja jestem pomysłodawcą i liderem projektu. Aktualnie odpowiadam już tylko za sprawy związane z tzw. front officem – marketingiem, sprzedażą, komunikacją, rozwojem i strategią, a także sprawami bieżącymi.

AK74 - 100 tys. UU w 3 miesiące to wynik więcej niż świetny. Możesz zdradzić jakiego typu kanałów marketingowych użyliście w celu promocji serwisu?

Z tej racji, ze jesteśmy start-up’em i sami finansujemy projekt, więc zdecydowaliśmy się na narzędzia oferujące najlepszą relację ceny do efektu. Dzięki mojemu doświadczeniu możemu robić to skutecznie.

AK74 - Elefanta.pl nie jest pomysłem autorskim a raczej polską wersją - możesz zdradzić jakie serwisy obserwowaliście i jakimi inspirowaliście się przy projektowaniu swojej wersji?

Elefanta jest lokalnym, polskim rozwiązaniem – w związku z czym odpowiada potrzebom polskich internautów, co przejawia się choćby dużym udziałem stron polskich w stosunku do zagranicznych. Ponadto, Elefanta jest kompilacją kilku projektów (m.in. stumbleupon) oraz naszych własnych pomysłów wspartych kilkuletnim doświadczeniem w branży internetowej i IT.

Posiada także, oczywiście naszym zdaniem, zdecydowanie lepszą grafikę oraz rozwiązana jest lepiej kwestia animowania społeczności wokół serwisu. Co ważne Elefanta nie jest Digg’iem, Wykopem lub Gwarem. Tam jest zupełnie inna filozofia, choć są pewne obszary wspólne.

AK74 - Czy czujecie oddech konkurencji w Polsce? Jakbys ocenił niszę serwisów rekomendujących linki w Polsce? Gdzie w niej znajduje się Elefanta.pl

W Polsce, oprócz Elefanta.pl nie ma serwisów rekomendujących strony. Są tak naprawdę tylko 2 serwisy social bookmarkingowe linkr.pl, linkologia.pl ale on nie do końca rekomenduje na takiej zasadzie jak elefanta, poza tym one nie wykorzystują toolbara. To tak jak w USA – social bookmarkingowych jest z setka, ale tylko jeden rekomendujący – Stumble upon. Tak samo w Polsce.

Wiele osob porównuje Elefanta.pl do wykopu, ale to to jakby porównać Digg.com do StumbleUpon.com – inna bajka. Jeżeli chodzi o zasięg social bookmarkingowe to wygląda to mniej więcej tak. Oczywiście, Elefanta.pl nie jest wolna od wad. I jeszcze długa droga przed nami i projektem, abyśmy byli tam gdzie chcemy.

AK74 - Początkowo dochodziły mnie glosy, ze serwis nie działa dobrze pod takimi przeglądarkami jak Safari i OS X. Poradziliście sobie już z problemami software’owymi?

To zadanie jest na naszej liście “to do” na jednym z najwyższych miejsc.

AK74 - Jak powstała Elefanta.pl? Jako garażowy start-up czy macie juz sprecyzowaną wizję rozwoju? Planujecie rozwijać się organicznie czy będziecie szukali inwestorów?

Zaczynamy jak większość startupów, np. Bill Gates; no może trochę lepiej, bo nie w garażu tylko w biurze J. A poważnie – jak najbardziej powaznie. Jest biznes plan, wizja i strategia rozwoju, zarówno długookresową, jak i operacyjną. Inwestor – nie robimy tego aktywnie, ale jesteśmy otwarci na propozycje.

AK74 - Na koniec sakramentalne - nad czym pracujecie i czego można spodziewać się na Elefanta.pl w bliskiej przyszłości?

Niestety nie możemy podzielić się tymi informacjami :)

AK74 - Piotrze dziękuję za wywiad i życzę powodzenia.

Ty prosumencie!

21:28 23rd January 2008

Prosument Interactive Marketing Meeting

Jest wybredną, złą i nielojalną jednostką. Kupuje tylko to o czym dowiedział się od znajomych. Konsumuje tylko towary niszowe, których reklamy nie uświadczy w telewizji czy radio. Kiedyś był zmorą marketerów teraz wreszcie znaleziono niszę dla takich przypadków - prosument!…

W Spale koło Łodzi 31.01-02.2008 odbędzie się konferencja próbująca wyjaśnić “jak zachowuje się klient w interaktywnych czasach, czyli generacja prosumentów w natarciu”.

Format konferencji jest oparty o Consumer Behaviour (Consumer Purchase Decision Process). Jak prowadzić skuteczne działania marketingowe i sprzedażowe w interaktywnych kanałach? Badania, case studies, dyskusje. Celem tegorocznej konferencji jest zbudowanie świadomości, jak media interaktywne zmieniają zachowania konsumentów oraz kryteria wyboru produktów i usług.

To świat, w którym konsumenci oczekują dialogu, poprzez swoją aktywność mają wpływ na markę oraz sposób postrzegania jej przez innych konsumentów. Przejmują inicjatywę i kontrolę nad marką. Dzięki 2nd IMM marketerzy poznają najbardziej efektywne, interaktywne narzędzia, sposoby wywierania wpływu na tzw. prosumenta oraz dowiedzą się, jak przekonać go do swojej marki.

Na ile internauci mają wpływ na naszą markę? Czy są odbiorcami czy nadawcami informacji o produktach? Czy mamy do czynienia z tworzeniem się społecznej piątej władzy?

O aktywnych postawach internautów w procesie poszukiwania i tworzenia informacji o produktach opowie raport firmy Gemius SA “Internauci - konsumenci czy prosumenci?”, przygotowywany specjalnie dla uczestników 2nd IMM, którzy poznają jego wyniki jako pierwsi.

Formuła konferencji oparta jest na modelu “Consumer Purchase Decision Process”, który pozwala prześledzić proces podejmowania decyzji przez prosumenta. Program konferencji “2nd Interactive Marketing Meeting” został podzielony na następujące bloki:

BLOK A | Jak z sukcesem wprowadzić markę na rynek? Czego pragniesz, Prosumencie, czyli rozpoznawanie potrzeb?

BLOK B | Kiedy i gdzie pokazywać markę? Jak Prosument szuka informacji o produkcie/usłudze?

BLOK C | Dlaczego Prosument ma wybrać właśnie Twoją markę? Jak ocenia wartość Twojej marki?

BLOK D | Czy, od kogo i kiedy Prosument kupi Twoją markę? Jak sprawić, żeby dokonał transakcji?

BLOK E | Pamiętasz? Wrócisz? Polecisz innym? Jak budować lojalność Prosumenta wobec marki?

Uczestnicy konferencji “2nd Interactive Marketing Meeting” będą także mogli wziąć udział w warsztatach dotyczących:

Planowania kampanii reklamowych w Internecie

Ideą warsztatów jest zrozumienie podstawowych elementów kampanii reklamowych w Internecie oraz roli Internetu w marketing-mixie.
Jak wygląda proces planowania kampanii internetowej i jakich informacji należy oczekiwać od domu mediowego?
Czy język reklamy internetowej jest tożsamy z językiem mediów tradycyjnych?

Zarządzania projektami e-marketingowymi

Ideą warsztatów jest omówienie procesu tworzenia projektu e-marketingowego pod kątem współpracy Klient - Agencja, z akcentem na wskazanie punktów styku Klient - Agencja istotnych dla powodzenia projektu (począwszy od briefingu, zasad komunikacji, przez harmonogram i zasady jego egzekucji, niezbędne akceptacje, przygotowywanie materiałów, testy, odbiór, weryfikację wyników).

Steve Jobs musi odejść

11:25 16th January 2008

MacBook Air Steve Jobs

Dwa słowa. Macworld i Steve Jobs. Wielkie show i wielkie nadzieje na kolejny cios dla legionów wiernych PCtowców spod znaku Windows & blue screens. Jeśli “coś” ma się zdarzyć w branży komputerów to zazwyczaj dzieje się właśnie podczas tej imprezy i mówi się o tym przez cały następny rok. Czy tak było i teraz?…

Osobiście uważam, że nie. Może zabrzmi to dziwnie, może już biała klasyka spod znaku Apple’a nie świeci już tak bardzo jak na początku (od roku jestem pół “switcherem” - pół bo przesiadłem się na macbook’a ale nadal używam Windows częściej niż natywnego OS) a może po prostu cuda nie zdarzają się codziennie (okej, co roku).

Na Macworld 2007 Jobs pokazał iPhone’a. W tym roku pokazał to, że nawet on nie ma patentu na cykliczne podbijanie rynków nowymi gadżetami. Dlaczego tak surowo oceniam swojego guru? Przecież fakty mówią same za siebie:

> Leopard: sprzedał się w ilości 5 milionów kopii w ciągu 3 miesięcy

> Iphone: po 200 dniach od chwili debiutu iPhone znalazł ponad 4 miliony nabywców. Jak to wygląda w porównaniu do konkurencji? W USA telefon Jobsa urwał z tortu smartphone’s około 20%!

> Iphone again: Ukłon w stronę Google - teraz na jego mapach nasz iPhone zlokalizuje nas dzięki GPRS.

> Było coś o iTunes - 4 miliardy piosenek sprzedanych do tej pory. Od 15 stycznia 2008 będzie można wypożyczanie filmy (również HD) dzięki aplikacji iTunes. Za wypożyczenie filmu na 24h w cenie 2.99$ za starsze tytuły, 3.99$ za nowości.

I na koniec po kultowej zagrywce / odzywce “one more thing!” Jobs wyjmuje z koperty (tak, tak!) nowego MacBooka Air. Teraz już wiemy co kryło się pod zdaniem “There is something in the air” które pojawiło się na plakatach reklamujących Macworld ‘08. “Najcieńszy (1 cm w najgruszym miejscu) laptop na świecie” - krzyczy Jobs. Kosztuje tylko 1799 $ (startowa cena - za model droższy zapłacimy 3 tys. $). I co? I tym razem świat nie oszalał ani nie wstrzymał oddech z zaskoczenia.

MacBook Air nie jest tym na co czekał rynek rozbudzony zeszłorocznym pokazem “przełomu w telekomunikacji” czyli mówiąc po ludzku - iPhonem. Nie jestem odosobniony w twierdzeniu, że za cenę prawie 1800 $ dostanę “po prostu i tylko” lekki laptop. Gdzie tu rewolucja? Gdzie ten przełom na miarę filozofii “zmieniania świata” by Steve Jobs? Może zamiast wywalać taką sumę na ultracienki produkt lepiej zainwestować w jakiś bardziej wypasiony PDA?

Zawsze nurtowało mnie czy tak naprawdę laptopy mają być po prostu mniejszymi wersjami PC czy spełniać inne funkcje (w domyśle prawie te same co PC). Jeśli jestem poza biurem to czy potrzebuję (wiem, wiem generalizuje) odpalić proste aplikacje i chyba najważniejsze - mieć możliwość ściągania danych z Internetu. Reszta może poczekać chwilę.

Jak dla mnie nowy laptop Jobsa jest śmiałą propozycją designerską i hokus pokus technologicznym (”przyjaciele” z Intela zmniejszyli procek specjalnie dla MBA o 60% Czyli cały czas nas oszukiwali i kazali nosić wielgachne laptopy a tu proszę - senior Jobs prosi i ma?) ale nie przekonałbym mnie do przesiadki z PC. To nie jest ten argument, który by mnie złamał i rzucił na kolana.

Z PC przesiadłem się na Mac’zka z powodu okropnej Visty o czym pisałem tu. Gdybym miał w tym roku dokonać tak gwałtownej zmiany chyba jednak poczekałbym na spadki cen Maca. W takiej konfiguracji jest piekielnie drogi i nie wnosi nic nowego!

Co więcej - po wywaleniu z wnętrza napędu optycznego (tak,tak!) taki laptop w podróży już nie umili nam czasu oferując możliwość odtwarzania filmów z DVD (okej, wiem można je zripować na HD tylko kto ma na to czas?). I jakoś nie przekonuje mnie opcja “pożyczania” dostępu do napędu w innym Mac’u za pomocą Wi-Fi. Za mało Mac’ów jeszcze wokół mnie i PC z wbudowanym Wi-Fi.

Okej, zatem mamy cienki laptop i cienko zareagowała giełda oraz kursy Apple. Jobs pewnie wie, że w tym roku może być gorzej jeśli chodzi o amerykańską gospodarkę i co się z tym wiąże nastroje konsumentów - sprzedawania “tylko” super lekkiego Mac’a może stać się trudna szczególnie, że cenowo i wydajnościowo produkt Apple’a nie bije specjalnie konkurencji na głowę a wręcz jest dużo droższy.

Czyżby zatem genialny nos zawiódł? Czyżbyśmy byli świadkami końca ery białych gadżetów i powolnej “mac-de-ewangelizacji”? Na pewno nie - nawet jeśli MBA nie stanie się hitem, nawet jeśli sprzedaż Apple TV czy iPhone’a nie pobije rekordów sprzed roku to nadal firma Jobsa będzie wyznaczała nowe trendy - być może nie tak rewolucyjne jak w minionych czasach.

A być może po prostu świat czeka i gotów jest na kolejnego Jobsa i jego wizje? Ja przy całym szacunku do zdolności pana S.J. nie miałbym nic przeciwko temu. W biznesie rywalizacja jest bardzo ważna a Jobs uwielbia wyzwania co pokazał wiele razy.

Ja czekam już na Macworld 2009.

Co się stanie z Naszą-Klasą?

16:15 1st December 2007

nasza klasa z podstawówki

Prorokowane 6 mln użytkowników w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Pobicie już na głowę Grono. Zamach na pozycję lidera Fotki. Walka o prymat największego w Polsce serwisu społecznościowego. Bebo? Pino? MySpace? Nie, po prostu Nasza-Klasa.pl. Blef czy oczywista oczywistość?…

Do refleksji skłonił mnie ten wpis Alberta Tomaszewskiego na AntyWebie oraz komentarze do niego dołączone. Ze wszystkich znaków na ziemi i niebie (i Aleksie) wynika. że NK za chwilę przebije liczebność Fotki i stanie się liderem w Polsce serwisów społecznościowych. “Prawdziwym liderem” dodają inni ponieważ społeczność NK wyrosła nie na portalu czy przy okazji innej aktywności ale właśnie w ramach jednego i jasno określonego celu - nawiązywani relacji między osobami uczęśczającymi do tych samych szkół czy klas. Tyle teoria.

Co się stało z naszą klasą?
Pyta Adam w Tel-Avivie,
Ciężko sprostać takim czasom,
Ciężko w ogóle żyć uczciwie -
Co się stało z naszą klasą?
Wojtek w Szwecji, w pronoklubie
Pisze - dobrze mi tu płacą
Za to, co i tak wszak lubię.

NK jest specyficznym społecznością - w zasadzie jeśli obedrzeć ją z PR hype’u zostanie wewnątrz serwisowa poczta (działająca tak sobie) oraz mozliwość budowania własnego profilu wraz z zamieszczaniem zdjęć na forach klasowych czy szkolnych. I w tej prostocie leży według mnie genialność i seksowność całego pomysłu. Zero blipów / innych klono-twiterrów / forów w stylu phpBB czy open source’owych galerii i innych “łeb-dwa-zerowych” narzędzi. Na NK wchodzi się po to aby odnaleźć, zaprosić i skompletować swoją klasę. Ludzie walą drzwiami i oknami ponieważ interfejs jest w miarę intuicyjny, funkcjonalności proste a cała interakcja odbywa się za pomocą znanych już narzędzi (mail / forum / galeria). Mogą z takiego serwisu korzystać 20-to, 40-to jak i 60-cio latkowie.

Twórcy w osobie Macieja Popowicza zapytani przez Alberta o rozwój odpowiedział “Na pewno jeśli Nasza Klasa za rok nie będzie miała 6 mln zarejestrowanych kont, to będzie to porażka.”. Plan bardzo ambitny, nastawienie buńczuczne ale jakże miło usłyszeć pozytywne myślenie w tym wypadku wsparte kasą od inewstora. Ja jednak twierdzę, że NK nie nakłoni do otworzenia 6 mln kont w ciągu 12 miesięcy. Dlaczego?

Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie,
Bo tam mają perspektywy,
Staszek w Stanach sobie radzi,
Paweł do Paryża przywykł,
Gośka z Przemkiem ledwie przędą,
W maju będzie trzeci bachor.
Próżno skarżą się urzędom,
Że też chcieliby na Zachód.

NK jeśli pozostanie społecznością w takim kształcie w jakim prezentuje się obecnie stanie się zakładnikiem swojego wizerunku - “wpadnij, znajdź kolegów / koleżanki, zaproś, wypadnij”. Powracanie do takiego serwisu będzie ciężkie jeśli funkcjami animowania społeczności zajmą się sami użytkownicy. Bo ile spotkań w stylu “..a pamiętasz kto ściągał od kogo na klasówce z polskiego..” można zorganizować? Ile razy można cieszyć się z dołączenia się do grupy dawno nie widzianej osoby z klasy? Pamiętajmy też o prostych zależnościach - jeśli nie utrzymuje z kimś kontaktów to znaczy, że nie zależało mi na tych relacjach tak samo jak drugiej stronie.

Czy musieliśmy lubić wszystkich w swojej klasie? Nie. Czy oni musieli lubić nas. Też nie. To oznacza, że nie da się zaprosić i nakłonić do interakcji wszystkich kolegów i koleżanek z przeszłości. Ergo - nie wszyscy polacy muszą mieć swój profil na NK nie dlatego, że nie znają tego serwisu ale dlatego, że nie chcą należeć do takiej grupy.

Kolejny problem jaki widzę -kogo szukamy na NK. Strzelę w ciemno - ponad połowa zlinkowanych użytkowników to ludzie z klas podstawówkowych obecnie w wieku 30-35 lat. Okresu przedszkolnego nikt nie pamięta a relacje ze studiów są nadal żywe i nie wymagają sztucznego przedłużania. Czyli jeśli grupa “podstawówkowa” wysyci się to serwis może stanąć. Zachodnie serwisów typu “reunion” podzieliły się już na serwisy specjalizujące się w niszach - mamy do wyboru poszukiwnia kolegów z podstawówki, liceum czy studiów. Może za chwilę w Polsce też taki specjalizujący serwis się pojawi i uszczknie Naszej-Klasie trochę userów?

Odnalazłem klasę całą -
Na wyganiu, w kraju, w grobie,
Ale coś się pozmieniało,
Każdy sobie żywot skrobie -
Odnalazłem całą klasę
Wyrośniętą i dojrzałą,
Rozdrapałem młodość naszą,
Lecz za bardzo nie bolało.

Ilość użytkowników rejestrujących się w serwisie NK jest godna pozazdroszczenia. Żaden inny polski serwis społecznościowy nie ma takiego impetu jak NK. Grono zostało w tyle, Fotka zaczyna być na wyciągnięcie ręki. Co potem? Pewnie samotne liderowanie zestawieniom Gemiusa. I co potem? Radość twórców i gratulacje branży. Okej, ale serwis ma inwestora, który włożył 3 mln pln i zapwne oczekuje zwrotu z inwestycji (chyba, że odchowa i sprzeda kolejnemu graczowi np. AOLowi albo MySpace’owi). Czyli oprócz dumy z pęczniejącej ilości kont trzeba się zastanowić na czym NK może zarabiać. A ilość użytkowników wzmaga apetyt na mega zarobek. Czy jednak aby? Czy po to wchodzę na NK aby kupowować polisę OC albo części komputerowe? Don’t think so.

Najprościej zarabiać można na pewno na reklamach - z taką ilością i odsłonami może stać się idealnym miejscem dla znienawidzonych kampanii typu “run-on-site”. Klienci kochają, użytkownicy nienawidzą i uciekają z takich serwisów. Co jeszcze? Opłaty za dostęp. Hmmm - jeśli dobrze pamiętam choćby case study MniamMniam.pl to taki ruch gilotynuje 50% użytkowników. Nie lubimy płacić a co gorsza może dać to pole dla powstania bezpłatnej konkurencji.

Czyli jeśli nie reklama i opłaty to co? Pozostaje e-commerce albo stanie się “kontenerem na wigdety”. Przez e-commerce rozumiem sprzedaż dopasowanych do profilu użytkownika czy klasy produktów i usług firm trzecich. Otworzenie się na inne serwisy i zaproszenie twórców widgetów do implementacji swoich rozwiązań na platformie NK wydaje mi się na dzień dzisiejszy najmniej problemtatycze i inwazyjne z punktu widzenia użytkwonika - gorzej z warstwą przychodową. Trzeba będzie zapytać się Rafała za parę miesięcy jak i co Fotka zyskała poprzez owtarte API. Kolejny problem jak się pojawi to wiarygodność NK jeśli zapragnie zmienić swoją podstawową funkcję - jeśli chce handlować to idę na Allegro.

Niestety w głowach osób zarządzających NK może pojawić się myśl “stańmy się wszystkim” i wepchną do serwisu wszystko to co jest w innych serwisach - własny klon twittera, komunikator, system aukcyjny, awatary 3D, fotki i bóg jeden wie co jeszcze. To będzie koniec NK jaki znamy. Jeśli chcę obejrzeć filmy przeszukuję YouTube. W powszechnej świadomości Nivea to przede wszystkim krem do rąk a coca cola ciemny słodki napój. Nivea nie produkuje samochodów ani elektroniki a Coca-Cola nie szyje butów sportowych i nie zakłada sieci banków. Brand musi być jednoznacznie kojarzony inaczej zaczynają się problemy z jego odbiorem.

Mówimy o zarejestrowanych kontach ale nie zapominajmy, że żyjąca społeczność to co innego. Grono tez ma dużo zarejstrowanych użytkowników i zdycha z braku umiejętności zawiadywania społecznością i wsłuchiwania się w jej problemy.

Reasumując - statystyki i liczby mówią, że szykuje się hit na skalę do tej pory nie spotykaną. Chłodna analiza wskazuje, że wzrost Naszej Klasy musi się zakończyć szybciej niż chcą tego autorzy. Ja stawiam na 3-4 mln zarejestrowanych kont do końca 2008 roku.

Jeśli ktoś chce podrążyć temat to ciekawą analizę (podpartą liczbami i faktami) przedstawił na swoim blogu Piotrek Wrzosin - muszę przyznać, że zgadzam się z większością argumentów i wniosków co w przypadku Piotrka nie jest częste ;)

Nie wiem sam, co mi się marzy,
Jaka z gwiazd nade mną świeci,
Gdy wśód tych - nieobcych - twarzy
Szukam ciągle twarzy dzieci,
Czemu wciąż przez ramię zerkam,
Choć nie woła nikt - kolego! -
Że ktoś ze mną zagra w berka,
Lub przynajmniej w chowanego.
Własne pędy, własne liście,
Zapuszczamy - każdy sobie
I korzenie oczywiście
Na wygnaniu w kraju, w grobie,
W dół, na boki, wzwyż ku słońcu,
Na stracenie, w prawo - w lewo…
Kto pamięta, że to w końcu
Jedno i - to samo drzewo…*

* - tekst piosenki: Jacek Kaczmarski

Samochód 2.0

13:54 30th November 2007

web 2.0 w służbie motoryzacji

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że to co przeczytasz nie powstało pod wpływem używek lecz poważnych przemyśleń podpartych wieloma mertyorycznymi rozmowami. Jeśli jednak po przeczytaniu poniższego tekstu uznasz mnie za wariata nie obraże się. W końcu mamy demokrację!…

Jak każdy zmotoryzowany obywatel w tym kraju uważam, że a) stan dróg jest bardzo kiepski b) moje umiejętności prowadzenia samochodu tylko trochę ustępują kunsztowi Kubicy i Hołowczyca c) za moje błędy na drodze jest odpowiedzialny punkt A. Oprócz tego żyję w permanetnym stanie zagrożenia ze strony innych uczestników ruchu drogowego przez przypadek nazywanych kierowcami.

Mając na względzie bezpieczeństwo swoje i innych użytkowników tzw. dróg apeluję o wprowadzenie nowego rozwiązania mającego na celu lepszą kontrolę nas samych czyli polskich (na początek!) kierowców. Jeśli eksperyment okaże się sukcesem niech fala rewolucji w motoryzacji rozleje się na inne kraje a wnet (przepraszam Piotrze) zniknie widmo wypadków i stłuczek na naszych drogach. Jak tego dokonać? Ano trzeba oddać sprawę kontroli w recę szarych kierowców, amatorów czyli nas!

Podobnie jak w przypadku kultu “web 2.0″ poddajmy się fali “mądrości tłumów” oraz mechanizmów znanych z Internetowych forów i serwisów społecznościowych. Pozwólmy się oceniać, komentować, tagować, zarządzać i moderować. Jak to zrobić w przypadku takiego przedmiotu jak pojazd mechaniczny potocznie zwany samochodem?

Ano prawie tak sam jak w przypadku komputera i sieci. Mając dostęp do narzędzi komunikacji (proponuje mało inwazyjny i tani nadajniko odbiornik Bluetooth) oraz społeczność kierowców (najbardziej naturalny teren występowania: każda ulica) możemy delektować się folksonomy wcieloną w życie.

Ile razy drogi czytelniku spotkałeś się z sytuacją kiedy to kierując swoim samochodem byłeś świadkiem łamania przepisów? Ile razy powtarzałeś sobie w myślach “ażeby cię policja złapała albo nagrała kamera”. Ile razy kierowca, który hamując na ręcznym, bez migacza, na podwójnej ciągłej zrobił nawrotkę i zagrał Ci na nosie? Czy nie trafia Cię szlag kiedy widzisz jak pod twoim blokiem zamiast kwiatków i trawy rosną kolejne maski samochodów parkujących prawie przy twoim oknie czterema kołami na trawniku?

Rozwiązanie może być tylko jedno (oprócz zbudowania X tysięcy kilometrów nowych dróg i poprawy XX tysięcy starych nawierzchni) - uświadomienie kierowcom, że od kary nie da się uciec i pomimo, że w okolicy nie ma policji czy innych organów porządkowych ich przewina zostanie zapamiętana i udokumentowana.

Jak to może wyglądać w praktyce? Jedziesz i widzisz przed sobą pojazd, który według ciebie łamie przepisy kodeksu ruchu drogowego albo po prostu stanowi zagrożenie dla innych kierujących. Włączasz swoje urządzenie i wybierasz rodzaj taga jaki chcesz wysłać w stronę owego pojazdu - powinny to być proste tagi np. “szyba jazda“, “złe parkowanie“, “brak oświetlenia” itd. Proste aby ich wybór następował za pomocą ideogramów i nie odciągał uwagi od ruchu wokół nas. Pojazdowi trafionemu naszym “tagiem” zostaje w centrali przyporządkowane położenie i czas (dzięki nadajnikowi GPS w samym pojaździe, czipy wbudowane w drogę albo po prostu zdjęcie z kamery).

Teraz system analizuje zgłoszenie - jeśli np. napłyną zgłoszenia od innych kierowców to automatycznie zostaje wygenerowany raport albo i od razu mandat (pa pa panowie stójkowi!). Jeśli zgłoszeń nie będzie dużo (powiedzmy więcej niż jedno) system zapisuje w pliku kierowcy adnotację o zdarzeniu. Ilość adnotacji też będzie miała wpływ na ocenę kierowcy np. w czasie badań kontrolnych.

Skończą się problemy z parkowaniem w niedozwolonych miejscach typu miejsce dla inwalidów (czipy w jezdni wyślą do systemu informacje o położeniu samochodu i będzie możliwe wysłanie komunikatu zwrotnego w stylu “kierowco tu nie możesz parkować!”). Slużby miejskie będą miały non-stop aktualizowaną mapę ruchu pojazdów, na przystankach będzie można na wyświetlaczach pokazywać gdzie obecnie jest dany autobus czy tramwaj i ile czasu jeszcze pozostało do jego przyjazdu.

Okej a co z trollami i złośliwymi użytkownikami celowo wysyłającymi błędne komunikaty do systemu? Sposób ich analizy i odrzucania może być taki jak powyżej plus opcja obcięcia możliwości wysyłania więcej komunikatów niż np. 10 na godzinę. System może też oceniać trafność tagów kierowcy z wysłanymi komunikatami przez innych. Trolle będą same dostawał po głowie za swoje wygłupy.

Tak narodzi się cyfrowa reputacja kierowcy od której może być uzależniona stawka np. ubezpieczenia czy też zniżka na zakup nowego samochodu albo po prostu cena auta w systemie aukcyjnym (zależność: jeździ dobrze, bezpiecziej mniej zużywa samochód). Zamiast pytać się czym jeździsz będziemy się chwalić ile punktów motoryzjacyjnego lansu nam trzeba aby kupić Porshe 911. Doda na pewno by tak szybko nie dostała prawka albo jeszcze szybciej by jej odebrali…

Utopia? Cyfrowe więzienie i permenetna inwigilacja czy też realny pomysł?
Co sądzicie?

Mityczny punkt G

23:49 8th November 2007

Android Google Open Handset Alliance G-phone

Informacje o tym, że Google szykuje się do wejścia do branży telefonii komórkowej wywoływały spekulacje mediów od miesięcy. Eric Schmidt umiejętnie podgrzewał atmosferę dając do zrozumienia, że taki gigant jak Google nie może przejść obojętnie obok takie dochodowego rynku. 5 listopada oficjalnie Google ogłosił, że co prawda postanowił powalczyć o sektor GMS ale nie za pomocą swojego mitycznego już G-phone’a…

Cichem Google kupiło w całości udziały w firmie Android Inc.(ładnie jak na 22 miesięczny start-up). Czemu wybrało tę firmę zamiast prowadzić badania w swoim dziale R&D? Odpowiedź jest prosta -“We acquired Android because of the talented engineers and great technology. We’re thrilled to have them here.”.

Po przejęciu w maju Dodgeball (mobilnego serwisu społecznościowego opartego o możliwość słania informacji via SMS gdzie dany użytkownik się znajduje w danej chwili - np. czeka na kawę i innych swoich przyjaciół w takiej a takiej kafejce) Android jest kolejny trofeum na liście firm z branży telefonii komórkowej jakie Google nabył w tym roku. Zadajmy zatem pytanie czy zakupowy szał Google układa się w logiczną całość?

Oczywiście. Android to firma ale i nazwa pakietu a raczej SDK mającego być platormą do tworzenia przez wszystkich zainteresowanych nowych aplikacji. Ktoś pomyślał o Open API i case Facebook’a? No właśnie. Google ewidentnie chce przenieść podejście “web-dwa-zerowe” z płaszczyny Internetu na grunt mobilny. SDK firmowany jest przez Open Handset Aliance w skład którego weszło już ponad trzydzieści różnych firm z większych i bardziej znanych wymienić można NTT DoCoMo, Sprint Nextel, T-Mobile, Telefónica, Intel Corporation, NVIDIA Corporation, Qualcomm Inc czy LG Electronics, Inc, Motorola, Inc. i Samsung Electronics - cała lista pokazuje, że Google mozolnie zbierał do kupy różne firmy (producentów telefonów, elektroniki, operatorów GSM czy procesorów) aby już na początku zademonstrować swoją pozycję.

Czym dokładnie jest Android? Według Wikipedii to po prostu open source’owa platorma dla mobilnych aplikacji bazująca na Javie i Linuksie. Czyli tak jak w przypadku AJAX’a - zestaw znanych i świetnie udokumentowanych technologii a co ważniejsze szeroko wykorzystywanych. Punkt dla Google’a -nie trzeba kupować i uczyć się nowego softu. Na to liczy Google - na masowość i powszechność technologii. Podobnie zrobił Apple ze swoim iPhonem - zastosowanie znanych i dostępnych standardów spowodowało, że masowo pojawiły się programy na nowe urządzenie. Nie trzeba nic robić samemu - wystarczy zachęcić użytkowników.

iPhone został zaprojektowany jako zamknięte urządzenie i platforma (dosłownie i w przenośni) - oficjalnie nie można wgrywać żadnego softu na telefon (żeby zagrać w grę trzeba za pomocą przeglądarki wejść na stronę z grą i ją uruchomić). Android ma być przeciwieństwem - otwartość, łatwość modyfikacji mają być kluczem do sukcesu. Brzmi to paradoksalnie - produkt google’a jest otwarty i open source’owy a Apple zamknięty, licenjonowany i obwarowany klauzulami. Role się odwróciły tylko na chwilę czy jest to zapowiedź dłuższego procesu?

Zanim jednak padniemy na kolana i zaczniemy wychwalać geniusz panów z Google’a dobrze jest zrozumieć zawiłości związane z rynkiem twórców urządzeń, aplikacji oraz operatorów sieci GSM. A tutaj Google jest zaledwie gościem i to nie wpuszczanym na salony przez innych graczy na globalnym rynku. Do tej pory świat wyglądał tak - firma X produkowała telefon, firm Y soft do niego (np. gry) a operator Z sprzedawał telefon oraz usługi. Operator płacił producentowi a producent oprogramowania musiał dzielić się przychodami z operatorem.

Wyłom w tej układance uczynił Apple rządając aby operatorzy dzieli się z nim przychodami w zamian za możliwość zaoferowania swoim użytkownikom iPhone’a. Reakcje branży były różne - od śmiechu i pukania się w głowę po próby negocjacji w których wyszło, że Apple swoją pazernością nie ustępuje Microsoftowi. W USA na współpracę z Jobsem zdecydował się AT&T a w Europie Orange.

Dlaczego zatem Android wcale nie musi być takim wspaniałym przedwsięzięciem? Google musi podzielić się zyskami z Androida z operatorami żeby Ci zechcieli pozwolić na montowanie systemu na słuchawkach przez nich sprzedawanych. Raczej nie można sobie wyobrazić, że użytkownicy masowo będą wgrywać do swojego telefonu - po pierwsze może to grozić złamanie warunków umowy z operatorem a po drugi proces nie jest prosty i nie każdy sobie z nim poradzi.

Tutaj Google wkracza na nowy biznesowo i mentalnie teren gdzie “wirusowość” aplikacji nie jest taka sama jak w przypadku Internetu - świetny widget nie zostanie pobrany i zamontowany w milionach kopii. Google i Android aby zostać zaakceptowany “na salonach” operatorów i producentów będzie musiał sięgnąć do swoich kieszeni i podzielić się przychodami.

Dlaczego Open Handset Alliance moze zrewolucjonizowac rynek i branze - bo jest oparte o Open Source’owa ideologii, bo stoi za nim dużo potężnych firm i tworców, bo ma silne wsparcie jednej z najwiekszych firm na swiecie - Google’a. Rewolucja ta może zmieść stary układ i podział na producentów aparatów i dostawców usług. Tak przyszłość widzi Google i firmy z nim stowarzyszone w Open Handset Alliance.

Google widzi na rynku 2,5 miliarda użytkowników telefonów komórkowych i mówi - to są potencjalni użytkownicy jak i twórcy naszych aplikacji. Ma rację bo w większości z nich już teraz świetnie zna produkty Google - mapy, pakiet biurowy, wyszukiwarkę, pocztę, komunikator. Oferując tym użytkownikom możliwość zainstalowania znanych już aplikacji i do tego za darmo na pewno stanowią silną konkurencję dla produktów np. Microsoftu. Premiera i zapowiedź rozwoju Androida spotkała się z silnym reakcjiami np. Symbiana i Nokii czyli tych, których pojawienie się Google’a w świecie komórek uderzy najbardziej. Symbian CEO Nigel Clifford tak skomentował premierę Androida:

“Android phone OS presented by Google and the Open Handset Alliance is “another Linux platform.”

“There’s 10, 15, 20, maybe 25 different Linux platforms out there. It sometimes appears that Linux is fragmenting faster than it unifies.”

“I think if you look at the market share slides you’ll see we’re no stranger to competing with big brands… We’re the market leader, and we aim to remain the market leader.”

Brzmi znajomo? Prawie jak S.Ballmer komentujący wyniki sprzedaży Iphone’a (do tej pory rozeszło się 1.4 miliona sztuk tylko w USA - w Europie iPhone właśnie debituje). A propos Ballmera - nie mógł się powstrzymać aby nie dodać paru groszy od siebie w temacie znienawidzonego Google’a:

“Well of course their efforts are just some words on paper right now, it’s hard to do a very clear comparison [with Windows Mobile].”

“Right now they have a press release, we have many, many millions of customers, great software, many hardware devices and they’re welcome in our world.”

Oczywiście istnieje też druga strona medalu - ruchy Google to zwykła zasłona dymna i kreowanie się pozywtnego PR jako wyzwolicieli uciemiężonych userów badziewnych telefonów i trefnych aplikacji. Google wjedzie na białym koniu i zapanuje ład i porządek. Nie dajmy się zwieść - jeśli Google gdzieś sie pojawia to chodzi o grubą kasę. Reklamy w komórkach, mapy w telefonie, mobilna poczta - wszystko to wygeneruje dodatkowy zysk. A do tego wszystkiego jeden standard by rządzić Internetm i usługami mobilnymi - już słyszę te głosy wpadające w panikę “Google chce nie tylko podglądać moją pocztę ale i słuchać moich rozmów!”.

A pomyśleć, że kiedyś straszono nas tajemnicznymi Echelonami i systemami takimi jak “Carnivore” a tu proszę - prywatna amerykańska firma buduje sobie w poszanowaniu prawa międzynarodowego jedną wielką bazę Wszystkiego Co Tylko Napiszesz i Wypowiesz. Po co tabuny Man in Black i steki miliardów zielonych na tajne bazy skoro lepiej jest machnąć kwitem przed oczami bossów z Google’a i legalnie przejrzeć wszystko co dotyczy Pana X czy Pani Y? Bo chyba nikt już nie wierzy w to, że amerykańska firma zmuszona do współpracy z amerykańskim rządem na mocy choćby “Patriots Act” będzie chroniła niczym Rejtan danych swoich użytkowników? Na naszych oczach rośnie nam cyfrowy Babilon.
Może właśnie w tej chwili sam George Bush grzebie w Twoim gmailu szukając terrorystów?

A wracając do biznesu -jeśli panowie z Google’a byliby tacy wspaniałomyślni to nie zakładali by czegoś nowego ale wsparli istniejący projekt OpenMoko z grubsza próbujący zrobić to samo - wnieść kaganek Wolnego i Otwartego Oprogramowania do naszych siedzib i telefonów. Niestety twórcy OpenMoko chyba nie dość mocno chcą zarabiać na swoich produktach żeby Google zainteresowało się nimi - szkoda bo zamiast jednego standardu będzie kilka.

Czy Google’owy Android stanie się zarzewiem nowej rewolucji na rynku mobilnym musi poczekać choćby do pojawienia się na rynku słuchawek obsługujących nowy system. Premiera SDK planowana jest na 12 listopada a potem będziemy już tylko potrzebowali jak to krzyczał Steve Ballmer “Developers! Developers! Developers!”

Linki związane z tym postem:

> Oficjalna strona Open Handset Alliance
> Notka na oficjalnym blogu Google Polska
> Wikpedia i hasło Android Inc
> o Androidzie na Engadget.com
> Dystkusja na temat wolnego oprogramownia, Androida i OpenMoko na forum LinuxNews.pl
> OpenMoko w Polsce

Aula 9 - podsumowanie

16:18 28th September 2007

aula 9 - zuki atakuja!

Dziewiąte spotkanie w ramach Auli przebiegło bardzo sprawnie, chociaż to ja a nie Krzysiek tym razem zawiadywałem czasem he he. Prawie jubileuszowe spotkanie został okraszone wizytą Rafała “Ragniego” Agnieszczaka, który wkroczył na salę akurat kiedy jego ukochana Fotka.pl była poddawana lekkiej krytyce z ust kolegi z Grono, który właśnie kończył swój występ…

Do rekoczynow o dziwo nie doszlo, Rafal cierpliwie wysluchal do konca a potem jak zostalem przez niego poinformowany utarl nosa gronowcom wygrywajac zaklad o flaszke wody ognistej (chodzilo o ogladalnosc Twittera). Ogolnie w kuluarach czesto i gesto padaly stwierdzenia, ze problem przedstawiony przez duet z Grono (wydajnosc serwerow pod katem katalogowania i wyswietlania b.duzej ilosci plikow graficznych) zalicza sie do gatunku rozwiazywalnych ale trzeba miec do tego: a) wiedza, b) doswiadczeniem c) cierpliwoscia. Nie twierdze, ze wszystkie te skladowe nie wystepuja w szeregach programistow Grono. Twierdze natomiast, ze na sali byly co najmniej dwie-trzy osoby, ktore takie problemy podobnej klasy rozwiazywaly albo wlasnie rozwiazuja komercyjnie i mozna bylo wykorzystac spotkanie w celu pogadnia z nimi.

Rzucam hinta for free - panowie z Grono, poszukajcie kontaktow nie formalnych z adminami z Allegro, wlasnie kilka dni temu uporali sie z problemami wyswietle grafik w aukcjach (hint by Ida Rolek).

Co do innych prelegentów - ja opowiedziałem o starcie NaKanapie.pl jako serwisu kulturalnego i niszowego w naszym polskim Internecie (wiem, wiem slyszalem, ze zjedza nas Kozaczko-Pudelki). Nie jest zle, ale moze byc jeszcze lepiej nad czym nasz maly zespol uporczywie pracuje. W przyszlym roku obiecujemy kolejne czesci: muzyke i film, ktore to maja stac sie dopelnieniem naszego serwisiku.

Piotrek “wnet” Wrzosiński opowiedział o rozwoju Money.pl oraz zachęcił do korzystania z serwisu. Jeśli masz dobry pomysł i uważasz go za wartościowy dla serwisu finansowego - skontaktuj się z Piotrkiem.

Ostatnia osoba, ktora wystapila byl nasz dobry znajomy Tomek “Merlin” Kolinko. Tomek jak sie dowiedzielismy od kilku lat pobiera nauki dotyczace zachowan i wystepow dla duzych grup osob stad zapewne jego talenty aktorskie. Tomek jesli nie wiecie jest osoba, ktora z duzym trudem mozna zakwalifikowac do niszy “wynalazcow” poniewaz jego metody dzialania oraz dokonania w tej dziedzinie jak dla mnie wymieszane sa z umiejetnosciami programistycznymi oraz komicznymi.

Tomek zaprezentowal nam swoj pomysl na Platforma Mobilnej Rozrywki w skrocie “Zuk”. Tomek pokroil realnego Zuka (samochod dostawczy w wersji chlodnia), podlaczyl MacBooka i zamierza zrobic z tego tandemu zabojcza bron na kosmitow. Projekt powstal w pewne 24 godziny weekendowe, Tomkowi nie udalo sie zamknac calosci prac w czasie dwoch dni, ale obiecuje, ze samochod bedzie niedlugo gotow na obrone wszechswiata. Tomek poleca poogladac sobie taka stronke, ktora zawiera wiele fajnych gadzetow jesli ktos chce podazyc droga Tomka. Acha jesli chcecie byc up-to-date to sledzcie poczynania Tomka i jego ekipy na blogu projektu

Dyskusje w kuluarach trwaly dlugo, pizza jak zawsze byla smaczna a nastepnym razem bedziemy obchodzili okragla rocznice: 10-te spotkanie Auli Polskiej. Dziekuje i zapraszam w imieniu swoim jak i Krzyska Kowalczyka.

Nowy wspaniały świat

21:58 23rd September 2007

metaplace

Wykrakałem. Stało się. Nadchodzi pogromca wszystkich sekond lajfów, łorkraftów i innych tibii. Nic tak nie rozwija gry jak tworzenie jej przez samych graczy (hmm gaming 2.0 ?) prawda stara jak świat. Pokolenie graczy RPGów tworzących własne systemy, postacie i bohaterów wie to doskonale. Panie i Panowie - powitajmy meta-grę za pomocą której możemy stworzyć własny świat massive multiplayer online…

Jestem geniuszem i wizjonerem. Tak proszę się do mnie zwracać (będę banować komentujących jeśli nie będziecie się tak do mnie zwracali - tak jak to robi inny geniusz Rubik na swoim forum) Wykrakałem bo na początku tego roku popełniłem ten wpis wskazując kierunki zmian jakie powinny zajść w przyszłości w dziedzinie tworzenia nowych rozwiązań i platform oferujących wirtualne światy. Proszę przeczytać co w swojej skromnej genialności napisałem:

Czego możemy oczekiwać w przyszłości po grach sieciowych “MMO 2.0?
> social game developing - tworzenie rozwiązań i opcji na zasadzie zamian w otwartym kodzie.
> mash-upy - branie części świata (np. ekonomia) i implementowanie go do drugiego uniwersum
> swobodne przemieszczanie się między światami = możliwość konwersji postaci (współczynniki / finanse itd.)
> upowszechnienie kodu = szybszy czas developowania nowych rozwiązań i funkcjonalności
> otwarcie świata gry lub też wydzielenie jego części i oddanie pod zarządzanie użytkownikom”

Otóż dziś trafiłem na informację o projekcie Metaplace. A Metaplace to:

“Metaplace is a next-generation virtual worlds platform designed to work the way the Web does. Instead of giant custom clients and huge downloads, Metaplace lets you play the same game on any platform that reads our open client standard. We supply a suite of tools so you can make worlds, and we host servers for you so that anyone can connect and play. And the client could be anywhere on the Web.”

Dawno temu w grze “Populus” gracz wcielał się w rolę Boga. Teraz może stać się twórcą gier - i nie jest to produkt z serii “tycoon” tylko platforma z krwi i kości do budowy wirtualnych światów.

TADAAAM! Po pierwsze jeśli dobrze zrozumiałem z tego co jest na stronie opisane, wszystko ma się dać skalować - niezależnie od tego jaki sobie świat wykreujemy twórcy Metaplace (czyli firma Areae) poradzą sobie z kilkoma milionami naszych graczy. Wszystko oparte o te same rozwiązania, które znamy: RSS, wyszukiwanie, tagowanie itd. Jakiego typu gry można będzie tworzyć? Każde - shootery, klasyczne RPGi, puzzle - wszystko co sobie wymyślimy i zażyczymy. Ja chyba bym chciał spróbować np. wrzucić swój wirtualny świat jaki stworzyliśmy z kolegami grając wspólnie w AD&D.

Na razie dostępna jest tylko grafika 2D ale na tym filmie pomysłodawca Metaplace, Raph Koster wyjaśnia i pokazuje co będzie dostępne w przyszłości - avatary 3D są już w planach.

“Build a virtual apartment and put it on your website. Work with friends to make a huge MMORPG. Share your puzzle game with friends. We have a vision: to let you build anything, and play everything, from anywhere.”

Podstawową różnicą dotyczącą wszystkie gry MMO obecne na rynku jest ograniczenie się do własnego zamkniętego świata. Jest to naturalne dla twórców - chcesz pograć, zapłać. Metaplace będzie platformą zatem “no more walled gradens”. Mój komandos będzie mógł pograć w berka z ninją z gry kolegi. Jeśli narzędzie udostępnione będą proste Metaplace ma szansę szybciutko zakasować Second Life. Ciekaw jestem ich modelu biznesowego - czy będą narzucali coś (np. pobierali 10% flat fee od obrotu w każdym wirtualnym świecie stworzonym na systemie Metaplace?) czy podejdą w styli “web-dwa-zero” i dadzą szansę samym graczom na wymyślenie nowej formy dzielenia się przychodami. Jeśli będzie fajna na pewno znikną koszmarni “chińscy farmerzy” i boty, które są udręką i zmorą wszystkich MMO.

Dlaczego uważam, że Metaplace może być hitem na skalę MySpace? Daje możliwość kreacji dowolnego wirtualnego świata. Platforma jest otwarta (żadne tam API nie jest potrzebne, grzebiesz w kodzie jak chcesz) i daje możliwość łączenia różnych uniwersów. Pomyślcie o takiej platformie, która łączyłaby google, myspace i itunes. kosmos.

Metaplace wspiera, hostuje, rozwija kod - ludzie tworzą treść (content), nadzorują i rozwijają własne światy. Każdy nowy film może sobie stworzyć w ramach promocji uniwersum z postaciami z tegoż filmu. Każda firma tworząca gry może szybciutko stworzyć wersję multiplayer i przetestować swój produkt. A to wszystko da się operować za pomocą narzędzi znanych twórcom stron www. Twórcy zapewniają o wsparciu widżetami - kto by nie chciał zamieścić swojego player taga z historią postaci z WoW z jej poziomem, broniami? Ha. Teraz możesz sobie wstawić to na Facebook’a. Po prostu wszystko co zawsze chciałem zrobić z wirtualnym światem teraz będę mógł robić sam!

Metaplace brzmi jak utopijny pomysł. A każda utopia niesie ze sobą zagrożenia. Pojawią się na pewno światy “pirackie” czyli np. ktoś skopiuje założenia np. z Eve Online albo z WoW i zrobi z nich swój własny. Ktoś zrobi grę opartą o cykl “Star Wars” i nie będzie chciał płacić tantiemów Lucasowi. Ktoś zrobi po prostu wirtualny burdel z nastolatkami. Ktoś inny włamie się do czyjegoś świata i zmieni tekstury bohaterom na wzorki z penisami. Ech. Na pewno będzie sporo kwestii prawnych do rozwiazania - biedni prawnicy!

I na koniec ostatni cytat: “Metaplace allows more diversity. Right now, there are lots of people who want to use virtual worlds for research, or education, or business, but it’s just too darn hard to get one going. Now you can create a world in just a few minutes and start tailoring it to your needs. Basically, we wanted to democratize the process of making online spaces of all sorts.”

Demokracja jak część reguł gry komputerowej? Hmm czemu nie. W niektórych państwach nawet teraz demokracja jest już tylko zabawą dla tych, którzy mają władzę.

PS. Pamiętacie z filmów z cyklu “Alien” korporację która często pojawiała się (m.in jej wytorem był android Bishop)? Nazywała się Weyland-Yutani a jej hasło brzmiało “building better worlds” - jakże pasuje do Metaplace!:)

PPS. I jest już kolejny rywal - ScreenCaster. Idea podobna jak w przypadku Metaplace - zbuduj własny wirtualny świat z gotowych elementów. Trochę wyglądem przypomina Second Life.

UPADATE (za Wirtualnymi Mediami):

“Koncerny medialne, technologiczne i spółki kapitałowe zainwestowały w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ponad miliard dolarów w firmy działające w segmencie wirtualnych światów.

Jak informuje serwis Marketing Charts, powołując si8ę na badanie firmy Virtual Worlds Management, w okresie od października ubiegłego do października obecnego roku, inwestycje w 35 wirtualnych światów przekroczyły poziom miliarda dolarów.

Przeważająca część pochodzi z dwóch transakcji. Koncern Walt Disney Co. wyłożył 700 milionów dolarów na zakup skierowanego do dzieci Club Penguin, a Intel Corp. za 110 milionów dolarów przejął firmę Havok, zajmującą się tworzeniem grafiki w wirtualnych światach.

Pozostałe 196,8 miliona dolarów zostało zainwestowanych w 33 firmy, m.in. Doppelganger, Double Fusion, Emergent, Gala i Network Game Interaction. Poza Walt Disney Co. i Intelem, największymi inwestorami byli w badanym okresie Redpoint Ventures, Charles River Ventures, Rustic Canyon Partners, CBS, Time Warner i Peacock Equity Fund.”