Szukaj
Zamknij

Cyfrowe wykluczenie PO

donal tusk, premier RP

Rząd właśnie wycofał się z dalszej realizacji programu „komputer dla każdego ucznia” ogłoszony w zeszłym roku. Dzięki temu rewolucyjnemu jak na nasz biedny kraj rząd chciał zasponsorować każdemu polskiemu uczniowi sprzęt komputerowy…

„We współczesnym świecie nawet najlepszy polski uczeń przegra rywalizację z kolegą z Zachodu, jeśli komputer i internet nie będą dla niego środowiskiem naturalnym. Czas na informatyczną rewolucję w szkołach. Tak jak każdy polski uczeń ma prawo do ciepłego posiłku, tak powinien mieć dostęp do komputera, oprogramowania edukacyjnego i internetu. To zrewolucjonizuje polską edukację i wyrówna szanse między dziećmi z rodzin biednych i bogatych” – tak 2 maja w orędziu mówił premier Donald Tusk.

Mówił ale teraz jest kryzys więc to co powiedział nie ma już sensu. Trzeba wspierać huty i stocznie bo do spacyfikowania młodzieży nie trzeba będzie używać armatek wodnych ani gazu. A taki stoczniowiec jak chwyci za lewarek albo cegłę to fiuu! Cały URM się trzęsie.

Szkoda, że PO wycięło sobie kilkaset tysięcy potencjalnych wyborców w następnych wyborach – wszak to głosami młodzieży PiS przepadł z kretesem w ostatnich wyborach. PO, partia ludzi, która wydawałoby się patrzy w przyszłość i potrafi zrozumieć to, że brak dostępu do Internetu jest w obecnych czasach gorszy niż brak biblioteki postanowiła ukręcić łeb programowi, który nakładami 16 milionów złotych sama próbowała wdrożyć wbrew obawom nauczycieli.

W ramach programu przeszkolono 30 tys. nauczycieli którzy teraz nic nie zrobią bo nie ma sal ani obiecanego sprzętu (czyli MEN zrobił swoje brak sprzętu to wina…?). Ponieważ jednak zmienił „się” program i trzeba było wydrukować nowe podręczniki każdy uczeń musi zakupić z własnej kieszeni nowe książki. Moment – przecież rząd (a dokładnie MEN) nie zostawi uczniów w potrzebie! Na dofinansowania „wyprawek” (czyli równoważenie ceny podręczników, które każdy uczeń musi mieć) MEN chce wydać 113 milionów złotych.

Sam pamiętam jakim skarbem były w szkole podstawowej podręczniki – na koniec roku w specjalnej rubryce wpisywany był stan książki, kto był właścicielem i ocenę. Dzięki temu systemowi jeśli nie dbało się o swoje podręczniki następne (bezpłatna) były otrzymywane w podobnym stanie.

I tu dochodzimy do konkluzji – a po jakie licho w XXI wieku drukować papierowe podręczniki, których okres życia trwa tyle ile kadencja rządu (a czasami mniej) a zmiany programowe (pamiętacie spory min. Giertycha o kanon polskiej literatury?) są jedyną stałą.

Aby wyposażyć ucznia podstawówki w tym roku wydać trzeba będzie około 200 złotych a uczeń gimnazjum nawet 400 złotych. Każdy uczeń.

Gazeta zrobiła test netboków. Powiedzmy, że wybieramy takiego Asusa za 964,48 złotych brutto. Masowe zamówienie (powiedzmy kilkaset tysięcy sztuk) może pomóc w wynegocjowaniu upustu (strzelam spod grubego palca) 20%-30%. Zatem MEN mógłby zakupić pojedynczego netbooka za 771-675 złotych brutto.

Czyli za raptem 200 złotych więcej niż cena podręczników do gimnazjum (przyjmijmy nawet, że ta cena dotyczy wszystkich podręczników na wszystkie lata) uczeń dostaje do ręki narzędzie do którego może (choćby z Biblioteki Narodowej) wgrać sobie dowolny podręcznik (z opcją odczytu tylko na tym sprzęcie), pomoc naukową z bazy, samoczuek czy kurs e-learningowy (może być płatny dodatkowo z czego można sfinansować kolejne transze sprzętu). Mówimy cały czas o pełnym finansowaniu netbooków dla młodzieży biednej – dla rodziców tych bogatszycj zakup netbooka za 600-700 pln nie powinien być problemem.

Policzmy zatem kwotę dotacji na zakup papierowych podręczników – 113 milionów podzielmy przez 700 pln (średnia wynegocjowana cena netbooka) co się równa ponad 161 tysięcy uczniów z netbookami. Dodajmy do tego kwoty dotacji z UE i kasę wydawaną na druk podręczników. Zapewne tę liczbę obdarowanych można pomnożyć dwu albo trzykrotnie.

Handel „darmowym” sprzętem? Sam sprzęt można oznaczyć numerem, wypalić na wierzchu jakieś zniechęcające do sprzedaży ostrzeżenia a finałowo (jak w programie „one laptop per child„) wprowadzić konieczność logowania co pewien czas do stacji bazowej – bez tego netbook blokuje się i jest do wyrzucenia. Można obciążyć rodziców odpowiedzialnością finansową za sprzęt (w razie zgubienia rodzic płaci wartość komputera).

Można uczniów zmusić do dbania o ich sprzęt prostą metodą – twój komputer nie pracuje Ty nie możesz uczestniczyć w zajęciach co przekłada się na brak zaliczonej obecności na lekcji. Rodzice mogą dostać codziennie informacje czy jego pociecha była na zajęciach, których i jaką ocenę dostała – wiem, wiem to mogłaby być akurat zmora uczniów :)

Zero dźwigania (codziennego) kilogramów książek, kupowania papieru (ulegającemu zniszczeniu), korzystania z podręczników nieaktualnych w momencie opuszczania drukarni. Utopia? W Polsce jak widać nadal jest to pomysł z serii „ojej – my tu gadu gadu o komputerach dla uczniów, a stocznie stoją, przemysł samochodowy ledwo zipie..”

W Grecji jakoś (może pod wpływem rewolty studenckiej?) myślą o tym na serio (w tym wypadku akurat o Kindle):

Myślicie, że coś takiego (wprowadzanie powszechne komputerów do szkół) jest realne za 5-10 lat?

PS. A guzik. Netbooki już są w szkołach! Sam nie wierzę :)

  • Wizja jest piękna – ale przypominając sobie co przechodziły moje plecaki, w których nosiłem książki do szkoły… bijatyki, wyrzucanie przez okno, spadanie ze schodów, bycie słupkiem bramki przy grze w piłkę (a czasem samą piłką)… Może gdy cena spadnie do 100 zł i w cenie tej będzie zawarte ubezpieczenie typu AC…

  • Wydajesz się być nieświadomy technik lobbingowych wydawnictw produkujących podręczniki… Przecież to tylko przez tę grupę przedsiębiorców podręczników, które „koniecznie trzeba kupić” jest tyle, są takie drogie i co roku trzeba je wymieniać.

  • Wizja piękna naprawdę… każdy ma swojego netbooka i czad… lekcje maszynopisania by się przydały jeszcze i dzieciaki by wymiatały….

    Ale racja, problem z tym, że plecaki „latają” bardzo często i to musiałby być „tough-netbooki”, które by to wytrzymały.

    Jednak wizja kindla dla dzieciaków wydaje mi się bliższa i bardziej realna i łatwiejsza we wdrożeniu… chociaż kindle też sporo kosztuje.

    Tak czy owak, niestety Arturze, to o czym piszesz jest bliskie mojemu sercu.. ale to jest star-trek.

    – Michał

  • wk

    Chociaż – łagodnie mówiąc – nie jestem fanem PO, akurat z wycofania się z tego pomysłu jestem zadowolony. Dlaczego?

    – Dlaczego dzieci miałyby używać komputerów na każdej lekcji? Po co? Notatki powinno się prowadzić w zeszytach, uczeń po skończeniu szkoły podstawowej czy innego gimnazjum powinien sprawnie posługiwać się długopisem/piórem, a nie klawiaturą.

    – Oswojenie z komputerem? Większość dzieciaków spędza przy nim prawie cały swój wolny czas, niech chociaż w szkole nie dotykają nosem ekranu, bo to na pewno ich zdrowiu nie służy. Prawda jest taka, że dzieciaki załapią podstawową obsługę komputera w mig, to czy będą używać go na biologii czy nie, to nie ma większego znaczenia.

    – Lekcje multimedialne? Na pewno fajnie na historii byłoby zobaczyć np. animację przebiegu danej bitwy, zmianę granic w czasie etc. Ale kiedy jest na to czas? Jak w tygodniu jest np jedna godzina lekcyjna, co daje jakieś 40 minut – w takim czasie nie idzie zrobić w pełni multimedialnych lekcji, które zainteresują ucznia. Wprowadzenie tego typu elementów na pewno na początku byłoby ciekawostką, jednak po kilku lekcjach uczniowie traktowaliby to tak jak film puszczony w TV za moich czasów uczniowskich. Pani puszczała film na wideo o borsukach i wszyscy spali na ławkach – ale „lekcja multimedialna” była, a my się cieszyliśmy, że nie trzeba nic robić. Ogólnie – utopia moim zdaniem, aby na biologii, historii, fizyce czy chemii dzieci przy komputerach uczyły się chętniej i – co ważniejsze – wydajniej.

    – Rozdawnictwo komputerów to czysty socjalizm, który moim zdaniem mógłby nawet pogłębić konflikty społeczne w jakimś tam stopniu. Bo dlaczego ja na moje dziecko mam wydać 900zł bo tak chce szkoła, a syn sąsiadów dostanie takie sprzęt za darmo. Inna kwestia, że ci bogatsi mogliby kupić dzieciom sprzęt za 5 tysiaków do szkoły – dzieci by sobie mogły pograć w gry i poszpanować przed biedniejszymi kolegami, którzy co najwyżej mogą se odpalić na tym worda. Jasne, możnaby zabronić kupowania dzieciom do szkoły innych modeli – tylko to jeszcze pogłębia socjalizm, bo dlaczego ja mam dziecku kupić dokładnie taki a taki komputer, bo tak każe szkoła. Państwo nie powinno zmuszać ludzi do kupowania produktu X od producenta Y, nawet jeżeli ten producent Y zapłaciłby ministrowi 10 mln zł łapówki. To samo dotyczy systemu operacyjnego i oprogramowania – już były głosy ze strony ministerstwa, że dzieciaki pracowałyby na Windowsie i – zapewne – MS Office, bo „to standard”. Kolejne uzależnienie od prywatnego producenta, tylko w grę nie wchodzą już studenci (nie da się skończyć politechniki bez posiadania Windowsa), a ludzie jeszcze młodsi – co jest tym bardziej niebezpieczne.

    Pomijam w zupełności kwestię przeszkolenia nauczycieli – jak można było ich szkolić, skoro oficjalnie nie podano na jakich komputerach dzieci będą pracować, na jakim dokładnie oprogramowaniu (pewnie nieoficjalnie było wiadomo) itd – ja myślałem że najpierw się planuje, rezerwuje pieniądze, a dopiero potem realizuje plan. Tutaj zaczęto od końca…

    Zauważam jednak wady obecnego systemu – sam pamiętam, jak mając na karku 8 lat nosiłem plecak chyba tak samo ciężki jak ja sam – bo w szkole było 7 lekcji, na każde zeszyt i książka, a czasami jeszcze coś do ćwiczeń, jakiś blok na plastykę czy farbki etc. To jest paranoja, tak samo jak fakt zmian książek co roku czy co dwa. Tyle tylko, że te problemy można wyeliminować bardzo łatwo. Wprowadzić w szkołach szafki, w których będą trzymały wszelkie książki, zeszyty itd (do domu można zabierać np. 2 zeszyty i jedną książkę, jak są potrzebne – to nie jest ciężkie), a ponadto wprowadzić przepis zakazujący nauczycielom wymianę książek częściej niż – przykładowo – raz na 5 lat. Zorganizowanie odkupywania czy przekazywania książek ze starszych roczników na młodsze to naprawdę nie jest wielka filozofia. Wprowadzono by te 2 aspekty, a nasze dzieci chodziłyby do szkoły bez obciążenia 10kg, a my samy nie musielibyśmy wydawać co roku kilkaset złotych na nowe książki, które są na jeszcze lepszym papierze, a w których drzewa są jeszcze bardziej zielone.

    Jeżeli chodzi o elektroniczne książki – jasne, to jest dobry pomysł. Jeżeli netbook kosztuje 900zł to każdego rodzica będzie na niego stać (po likwidacji wydatków na książki rzędu kilkaset zł rocznie – dla 1 dziecka) – MEN może stworzyć jakiś system pobierania książek, ćwiczeń, dodatkowych materiałów – dzieci mogą z netbooka korzystać w domu i z tej bazy pobierać np. pomoce do zadań domowych etc. Naprawdę nie widzę sensu, aby w sali siedziało 20 osób i każdy miał przy sobie netbooka zamiast książki/zeszytu – będzie nowocześnie, ale to więcej zaszkodzi niż pomoże.

    A tak na koniec, co do ministra Giertycha i kanonu lektur – była wielka awantura, nie wiadomo o co. Teraz PO każe dzieciom w wieku 6 lat rozpoczynać edukację (by mogły szybciej wejść w życie zawodowe i pracować na emerytów, których jest co raz więcej), zmniejsza liczbę godzin takich przedmiotów jak historia, a zamiast tego dodaje nowe – „kobieta i mężczyzna”. Sory, ale 5 lat temu jakby mi ktoś powiedział że moje dziecko będzie musiało uczęszczać na przedmiot „kobieta i mężczyzna” to puknął bym się w czoło. Dzisiaj to się stało faktem – po cichu. A o zmienionym kanonie lektur (po co jakieś Sienkiewicze czy Słowackie) też mało kto pisnął, mimo iż zmiany w porównaniu do tych (niewprowadzonych!) przez Giertycha są GIGANTYCZNE.

  • Artur Kurasinski

    @ wk – jesli nie lubisz „rozdawnictwa” to jak nazwiesz doplacanie (co roku zdaje sie) do podrecznikow przez rzad bo co i rusz cos sie zmienia w podrecznikach?

    „dzieci powinny pisac i uzywac kartek” – zgoda. powinny poznac literki i umiec sie podpisac. w czym przeszkadza pisanie na komputerze? jesli dobrze policze to w ciagu ostatniego roku zapisalem jedna strona a4 tekstem odrecznym i to byly WSZYSTKO moje podpisy.

    „Rozdawnictwo komputerów to czysty socjalizm, który moim zdaniem mógłby nawet pogłębić konflikty społeczne w jakimś tam stopniu. Bo dlaczego ja na moje dziecko mam wydać 900zł bo tak chce szkoła, a syn sąsiadów dostanie takie sprzęt za darmo”

    To juz istnieje – podzial na tych z komorkami za 2tys. i spodniach Levisa oraz tych z prepaidami za 100 pln i spodniach z BigStara. Taki podzialy funkcjonuja od paru ladnych lat i sa szczegolnie widoczne w szkolach publicznych.

    Szybki kontakt z komputerami = szybsza nauka poslugiwania sie Internetem, moze programowania. Niestety postepu nie zatrzymasz i chcac cos fajnego odkryc w nauce nie bedziesz liczyl na kalkulatorze..

    „Ogólnie – utopia moim zdaniem, aby na biologii, historii, fizyce czy chemii dzieci przy komputerach uczyły się chętniej i – co ważniejsze – wydajniej.”

    Kompletnie nie zgodze sie – wszystko jest kwestia materialow. Wolisz czytac o eksperymencie 10 stron czy zobaczyc go na wlasne oczy? Dlaczego na lekcjach historii nie mialby byc puszczane materialy z National Geographic czy Discovery Channel?

    giertych ze swoimi ideologicznymi zmianami kanonu lektur gral jako proba zatrzymania na sobie uwagi mediow. gdyby mogl wrzucilby tam wszystkie ksiazki dmowskiego – tylko zeby wywolac dym.

    Generalnie – nie zgadzam sie z wiekszoscia tego co napisales :)

  • Artur Kurasinski

    @ Julia – alez oczywiscie jestem swiadom lobby ksiazkowego i jeszcze paru innych grup nacisku. Nie jest problemem wyliczyc przeszkody dlaczego taki pomysl nie ma mozliwosci realizacji – sam moge podac 10 ad hoc.

    Tylko, ze taki sposob dzialania nie popchnie nas do przodu – bedziemy w dobie „computer cloud” slali do szkol dzieci zeby czytaly a Ali i jej koci podczas gdy rowiesnicy ich beda bardziej obeznani i zaawansowani.

    Nie placzmy zatem, ze nie mamy w Polsce „Krzemowej Doliny” – nie mialby kto w niej pracowac i wymyslac rozne fajne rzeczy :)

  • mk

    @mk

    Ale zaściankowo

    1. Dobrze że w końcu jest ‚kobieta i mężczyzna’ skoro świat zmienił się tak, że dzieci nie boją się kościoła i nie tylko nie wstydzą się poprosić dziewczyny do tańca na prywatce ale również do pokoju. Świadczy to o tym, że edukacja zareagowała na zmiany społeczne. Zastanawiam się czy pomyślałeś, że Twoje dziecko może wcale nie wstydzić się pocałować dziewczyny tak jak to było za Twoich czasów i nie ogląda z rumieńcem katalogu z bielizną, gdzie są roznegliżowane panie, a raczej z kolegami ściąga nie wiadomo z netu i zastanawia się, która dziewczyna się da na to namówić. Z resztą może ty swoje umiesz jakoś ochronić (choć nie wiem jak), jednak większość rodziców raczej nie wie albo udaje że nie wie. Poczytaj sobie trochę for dla młodych – tam ciągle potrafią paść pytania, czy od pocałunków można zajść w ciążę.

    2. Może rzeczywiście dobrze by było, żeby pismo ręczne jakoś przetrwało, ale prawda jest taka, że od kąd skończyłem studia jedynymi momentami, w których piszę ręcznie więcej niż kilka zdań są egzaminy księgowe które zdaję i nie mogę uwierzyć jaki fuks, że zapijaczona pani od ZTP wymyśliła, że zamiast wbijać gwoździe w żołędzie i robić kanapki i wyklejanki, będziemy mieli maszynopisanie. Dzięki niej, jestem w pracy chyba jedyną osobą, która pisze przy użyciu 10 palców bez wgapiania się w klawiaturę.

    3. Broniąc tak bardzo zeszytów, przypominasz mi podobnych sobie, którzy kiedyś bronili pewnie czarnych tabliczek po których pisało się kredą, potem bronili pióra z kałamarzem i zeszytu bez linii. Świat się zmienia – za 15 lat egzaminy na księgowego też będą na kompie a dzięki touch padom, iphone’om itp nawet listy zakupów już nikt na kartce nie napisze. Umiejętność pisania staje się więc coraz mniej potrzebna.

    Jeżeli my na blogach zaczynamy bronić tego co było i uważamy zmiany za bezsensowne i kurczowo trzymamy się ‚starych dobrych sposobów’ powinniśmy zastanowić się co przez nas przemawia – czy jest to strach przed ‚nowym’ czy już przypadkiem nie wchodzimy w wiek, w którym nie chcemy się zgodzić na zmiany, bo są po prostu ‚złe’ bo nie takie jakie znamy?

  • wk

    @Artur – dopłacanie przez rząd do podręczników jest głupotą – tak jak i byłoby nią dopłacanie do komputerów. Pisałem o tym pod koniec – powinno być zabronione wymienianie książek częściej niż raz na x lat.

    „To juz istnieje – podzial na tych z komorkami za 2tys. i spodniach Levisa oraz tych z prepaidami za 100 pln i spodniach z BigStara. Taki podzialy funkcjonuja od paru ladnych lat i sa szczegolnie widoczne w szkolach publicznych.”

    Co moim zdaniem jest złe i powinno się z tym walczyć, a nie pogłębiać. Walka z tym to wprowadzenie mundurków, a niepogłębianie – nie wprowadzenie pomysłu rozdawnictwa komputerów.

    „Szybki kontakt z komputerami = szybsza nauka poslugiwania sie Internetem, moze programowania. Niestety postepu nie zatrzymasz i chcac cos fajnego odkryc w nauce nie bedziesz liczyl na kalkulatorze..”

    Jasne, 99% racji (1% zaraz wyjaśnię). Tylko że dzisiaj z komputera dzieciaki korzystają nawet przed rozpoczęciem szkoły – grają w gry, odwiedzają internet, a przedszkolaki mają swoje profile na naszej klasie. Tak jest w rodzinach, które stać na kupno komputera.

    Jeżeli chcemy informatyzować rodziny biedniejsze – zamiast dać im komputer za darmo, odbierzmy im część wydatków i pokażmy, że kupno komputera ma sens. Jak? Likwidacja konieczności kupowania nowych książek – dla rodziny z 2 dziećmi w wieku szkolnym da to minimum kilkaset złotych oszczędności rocznie. Minimum! Netbook to koszt 900zł, przy czym możnaby częściowo skorzystać z Twojego pomysłu – MEN podpisałoby umowę z 2-3 producentami i (bez żadnych dopłat ze strony państwa) oni oferowali by te komputery o 200zł taniej. Kolejny krok to zachęcenie rodziców do kupna komputera dzieciom – KAŻDEMU rodzicowi zależy na tym, żeby jego dziecko było dobrze wykształcone, miało równe szanse itd .Wystarczy pokazać, że komputer może się do tego przyczynić. Stworzyć serwis internetowy, na którym można znaleźć podręczniki, kursy, wzory, tablice, filmiki itd – wychowawcy niech powiedzą o tym na wywiadówkach, dzieci niech przyniosą krótką broszurę do domu raz na rok. Rodzic na 5 stronach będzie miał napisane co jego dziecko zyska, do jakich zasobów wiedzy będzie miało dostęp, a na końcu informacje że może wybrać jeden z 3 modeli za ~700zł.

    Jaki będzie tego efekt? Moim zdaniem rodzice coś takiego dziecku kupią, a wówczas będzie to szanowane i dzieci będą z tego korzystać. Jak dzieciak dostanie kompa za darmo to nigdy tego nie doceni ani nie będzie w domu korzystał w celach innych niż rozrywkowe.

    Informatyzacja polskiego społeczeństwa – tak. ALE nie poprzez rozdawanie komputerów.

    Co do tego 1% – nie zgadzam się co do programistów ;-) Aby być programistą trzeba mieć do tego predyspozycje – w moim odczuciu 90% (lekko) ludzi takich predyspozycji nie ma (chodzi m.in. o matematykę, umysł analityczny etc) i uczenie programowania dziewczynki która chce być pielęgniarką nie ma moim zdaniem większego sensu.

    „Kompletnie nie zgodze sie – wszystko jest kwestia materialow. Wolisz czytac o eksperymencie 10 stron czy zobaczyc go na wlasne oczy? Dlaczego na lekcjach historii nie mialby byc puszczane materialy z National Geographic czy Discovery Channel?”

    Wolę zobaczyć eksperyment na własne oczy :-) Dlatego pieniądze lepiej przeznaczyć na wyposażenie laboratorium z chemii. Nie możemy dzieci zamykać w świecie wirtualnym, bo wówczas nie poradzą sobie w tym rzeczywistym, pomijam już aspekty zdrowotne.

    Co do materiałów z Discovery Channel – mi w podstawówce puszczali jakieś filmy przyrodnicze czy nawet techniczne – idea fajna, ale w praktyce nie sprawdza się to w ogóle. Idąc tym tropem po co w ogóle szkoła – posadźmy dzieci w domu przez TV/kompem i niech oglądają doświadczenia, programy naukowe, przyrodnicze itd. Wiem – przesadzam, ale tak samą przesadą jest moim zdaniem rozdawanie dzieciom komputerów i kazanie im siedzieć przed ekranem na każdej lekcji. Na biologii zamiast oglądać animację na ekranie niech skorzystają z mikroskopu albo idą do lasu, a na chemii niech robią niegroźne eksperymenty.

    Poza tym do oglądania discovery channel nie jest potrzebny komputer na zajęciach – niech szkoła ma ze 2 sale z rzutnikiem i jeżeli jest potrzeba to raz na jakiś czas można coś wyświetlić. Nie wyobrażam sobie oglądania przez dzieci discovery na każdej lekcji…

    Przegapiłem jeszcze jeden cytat:

    “dzieci powinny pisac i uzywac kartek” – zgoda. powinny poznac literki i umiec sie podpisac. w czym przeszkadza pisanie na komputerze? jesli dobrze policze to w ciagu ostatniego roku zapisalem jedna strona a4 tekstem odrecznym i to byly WSZYSTKO moje podpisy.”

    Jeżeli dzieci na każdą lekcję będą przychodzić z netbookami, będą miały dostęp tylko do elektronicznych książek – to nie będą ani pisać na papierze, ani na komputerze. 2 osoby zrobią notatki z zajęć i podeślą je na koniec reszcie. Ale to taki wątek poboczny. Informatyzacja, budowanie społeczeństwa obywatelskiego opartego na wiedzy – to są naprawdę fajne hasła i mają w sobie wiele racji, ale nie powinno się tego robić bezmyślnie i negując wszystko co jest teraz. Polska szkoła jest chora i wymaga wielu zmian, nie jest w ogóle nastawiona na specjalistyczne wykształcenie (wszelkie licea ogólnokształcące, po których nie wie się naprawdę nic) – zmiany są potrzebne, także w kontekście informatyzacji. Ale nie rozdajmy komputerów, nie róbmy wszystkiego na komputerach, nie sadzajmy naszych pociech 12h dziennie przed ekranem. Odbije to się na ich zdrowiu, fizycznym i psychicznym.

    Mój pomysł na informatyzację jest prosty:
    – likwidacja olbrzymich wydatków na książki (o tym Ty też piszesz),
    – oferta tanich netbooków (ilu rodziców wie że może kupić kompa za 900zł?)
    – stworzenie internetowego centrum edukacyjnego dla uczniów (portal MEN z pomocami naukowymi i dydaktycznymi)

    Dzieciakom po powrocie ze szkoły pomoże to odrobić lekcje, a jeżeli materiały będą interesująco podane – może coś ich w jakiejś dziedzinie zatrzyma na dłużej (a chyba o to chodzi). Dla mnie widok lekcji biologii na której 25 osób siedzi przed komputerem i ogląda animal planet to średnia wizja – porównywalna z taką, że na WF niech oglądają Eurosport.

    „giertych ze swoimi ideologicznymi zmianami kanonu lektur gral jako proba zatrzymania na sobie uwagi mediow. gdyby mogl wrzucilby tam wszystkie ksiazki dmowskiego – tylko zeby wywolac dym.”

    Sugerujesz że wyrzucenie bodajże 3 lektur (najbardziej medialny – Gombrowicz) jest bardziej ideologiczne niż nakaz edukacji dla 6 latków czy wprowadzenie przedmiotu „Kobieta i mężczyzna”?

    „Generalnie – nie zgadzam sie z wiekszoscia tego co napisales :)”

    Tyle dobrze, że można o tym porozmawiać bez wzajemnego obrażania się i nazywania głupkami – nie wszędzie jest to możliwe.

    Uważam że idee mamy paradoksalnie podobne – chcemy zinformatyzować bardziej nasze społeczeństwo, nauczyć je lepiej i świadomiej korzystać z komputerów czy zwłaszcza internetu. Różnimy się w sposobie realizacji – ja jestem daleki od tezy że powinniśmy rozdać komputery i nakazać korzystanie z nich na wszystkich lekcjach. Komputery powinny być obecne na informatyce, w domach uczniów, ale na biologii, fizyce, historii czy chemii? Po co. Lepsze efekty dałoby lepsze wykorzystanie sal informatycznych – można tam zrobić np. lekcje WOSu (niech dzieci szukają informacji o społeczeństwie, polityce, gospodarce i później o nich dyskutują).

    Informatykę tez można podzielić na 2 części – niech jedna będzie nauką o komputerach (podstawy podstaw działania, różnice między przeglądarką a wyszukiwarką, co to jest program a czym jest system operacyjny – ale nie programowanie w turbo pascalu), a druga część – nauką o korzystaniu z komputerów – obsługa programów biurowych, wyszukiwanie w google, obsługa programu pocztowego, zmniejszanie zdjęć, może jakieś systemy wiki czy kalendarz on-line. Tak ja bym to widział.

  • Artur Kurasinski

    @ wk –

    „Jeżeli chcemy informatyzować rodziny biedniejsze – zamiast dać im komputer za darmo, odbierzmy im część wydatków i pokażmy, że kupno komputera ma sens”

    Ty tak na powaznie sadzisz?? To może państwo powinno w ogóle odebrać dzieci biednym skoro nie potrafią ich utrzymać?

    „Walka z tym to wprowadzenie mundurków, a niepogłębianie – nie wprowadzenie pomysłu rozdawnictwa komputerów.”

    A ja mówię, że mundurki w Polsce są tak samo bliski naszej tradycji jak świeto zakochanych i Halloween.

    „Sugerujesz że wyrzucenie bodajże 3 lektur (najbardziej medialny – Gombrowicz) jest bardziej ideologiczne niż nakaz edukacji dla 6 latków czy wprowadzenie przedmiotu “Kobieta i mężczyzna”?”

    Sugeruję, że Roman Giertych minister w rządzie PiS znany ze swoich pro endeckich poglądów i cichy zwolennik faszyzm w polskim wydaniu zrobił ideologiczną hucpę ze zmiany kanonu lektur – wywalił te książki o których wiedzial, że będzie głośno a prywatnie będąc inteligentnym człowiekiem pewnie sam czyta i szanuje :)

    Przedmiot „Kobieta i Mężczyzna” będzie w szkołach? Super! Niech się w końcu zacznie edukacja seksualna w wyniku której dzieci (tak jest dzieci) dowiedzą się podstaw o swojej budowie i różnicach płci a młodzież nawet powinna znać swoją biologię, cykle miesięczne, penisa (nie prącia!!!), waginę, pochwę i wszystko to z czego jesteśmy zbudowani. Niech mają potem wybór – pigułki czy kalendarzyk ale niech mają wybór a nie usuwają pierwszych ciąż w wieku 14 lat…

    „Uważam że idee mamy paradoksalnie podobne – chcemy zinformatyzować bardziej nasze społeczeństwo, nauczyć je lepiej i świadomiej korzystać z komputerów czy zwłaszcza internetu. Różnimy się w sposobie realizacji – ja jestem daleki od tezy że powinniśmy rozdać komputery i nakazać korzystanie z nich na wszystkich lekcjach. Komputery powinny być obecne na informatyce, w domach uczniów, ale na biologii, fizyce, historii czy chemii? Po co. Lepsze efekty dałoby lepsze wykorzystanie sal informatycznych – można tam zrobić np. lekcje WOSu (niech dzieci szukają informacji o społeczeństwie, polityce, gospodarce i później o nich dyskutują).”

    Tak, zgadzam się – przekonałeś mnie. Nie wszędzie komputery, racja.

    „Informatykę tez można podzielić na 2 części – niech jedna będzie nauką o komputerach (podstawy podstaw działania, różnice między przeglądarką a wyszukiwarką, co to jest program a czym jest system operacyjny – ale nie programowanie w turbo pascalu), a druga część – nauką o korzystaniu z komputerów – obsługa programów biurowych, wyszukiwanie w google, obsługa programu pocztowego, zmniejszanie zdjęć, może jakieś systemy wiki czy kalendarz on-line. Tak ja bym to widział.”

    100% racji :)

  • Zed

    Nie po to jest państwo, żeby wybranej grupie ludzi fundować notebooki.

    Mamy kryzys więc szczególnie teraz trzeba oszczędzać:

    http://liberte.pl/nowy-numer/aktualne-komentarze/300-deficyt-budetowy-zwiksza-czy-nie-zwiksza.html

  • wk

    “Jeżeli chcemy informatyzować rodziny biedniejsze – zamiast dać im komputer za darmo, odbierzmy im część wydatków i pokażmy, że kupno komputera ma sens”

    „Ty tak na powaznie sadzisz?? To może państwo powinno w ogóle odebrać dzieci biednym skoro nie potrafią ich utrzymać?”

    Zrozumiałeś mnie odwrotnie do mojej intencji. Poprzez „odbierzmy im część wydatków” miałem na myśli: zmniejszmy im obciążenia finansowe, jakie muszą ponosić – w tym przypadku – głównie na zakupie książek. Jak rodzice nie będą musieli płacić 500zł rocznie na książki, to mogą kupić raz komputer za 700zł, który podziała kilka lat. To miałem na myśli przez odebranie części wydatków. Idąc głębiej – chodzi o to, że jak ktoś jest biedny to nie dawać mu za nic pieniędzy, lecz starać się tak, by na tym samym poziomie był w stanie żyć taniej – poprzez mniejsze obciążenia, podatki, brak opłat w urzędach etc.

    Co do odebrania rodzicom dzieci – ależ absolutnie nie. Dlatego też jestem przeciwnikiem posyłania dzieci do szkół w wieku 6 lat – to jest takie odbieranie dzieci rodzicom, ale na mniejszą skalę.

    „A ja mówię, że mundurki w Polsce są tak samo bliski naszej tradycji jak świeto zakochanych i Halloween.”

    Mimo wszystko nie porównywałbym tych trzech rzeczy. W „walentynkach” chodzi o tylko kasę, „Halloween” to święto wynikające z kultury pogańskiej, a mundurki to jednak trochę inne bajka. Ja przez kilka lat podstawówki chodziłem w mundurku i jakoś nie pamiętam, bym ja czy ktokolwiek z moich kolegów i koleżanek miał jakieś wonty z tego tytułu. W szkole przez lata obowiązywał ubiór na poziomie – to dopiero od niedawna w podstawówkach i gimnazjach pojawiły się pokazy mody, kolczyków, dredów, tatuaży i cholera wie jeszcze czego. Mundurki to próba zastopowania tego trendu – moim zdaniem trzeba reagować, obojętnie czy poprzez mundurki czy wymuszenie przez dyrektorów normalnego stroju. To pierwsze jest łatwiejsze do realizacji, bo nikt nie musi się w szkole przejmować czy dana uczennica ma za duży obcas czy nie albo za krótką spódniczkę.

    „Sugeruję, że Roman Giertych minister w rządzie PiS znany ze swoich pro endeckich poglądów i cichy zwolennik faszyzm w polskim wydaniu zrobił ideologiczną hucpę ze zmiany kanonu lektur – wywalił te książki o których wiedzial, że będzie głośno a prywatnie będąc inteligentnym człowiekiem pewnie sam czyta i szanuje :)”

    Na pewno wyrzucenie (tzn. próba, bo nie doszło do niej) Gombrowicza wiązało się z ideologią. Mnie zastanawia dlaczego zostało to tak rozdmuchane przez media, które teraz skutecznie przemilczają o wiele większe zmiany w edukacji, które są także ideologiczne. Tzn. nie zastanawia mnie – wiadomo, że ta nowa ideologia jest tym mediom po prostu bliższa, więc nie robią z tego „wielkiego halo”.

    „Przedmiot “Kobieta i Mężczyzna” będzie w szkołach? Super! Niech się w końcu zacznie edukacja seksualna w wyniku której dzieci (tak jest dzieci) dowiedzą się podstaw o swojej budowie i różnicach płci a młodzież nawet powinna znać swoją biologię, cykle miesięczne, penisa (nie prącia!!!), waginę, pochwę i wszystko to z czego jesteśmy zbudowani. Niech mają potem wybór – pigułki czy kalendarzyk ale niech mają wybór a nie usuwają pierwszych ciąż w wieku 14 lat…”

    To jak jesteśmy zbudowani (wliczając to narządy rozrodcze) dzieci przerabiają na biologii – ja przynajmniej to w szkole miałem, a wątpię żeby to była prywatna inicjatywa nauczycielki czy ogólnie szkoły. Tak więc taka edukacja jest.

    Piszesz o celu takiej edukacji – aby nie było niechcianych ciąż i aborcji, zwłaszcza w wieku 14 lat. Jasne – cel jest słuszny. Tylko powiedz mi jedno – ile 14-latek w Polsce zachodzi w niechcianą ciąże? Nie patrzmy na suche liczby, ale porównajmy te dane z krajami zachodnimi, w których „edukacja seksualna” jest od wielu lat obecna. Nie pamiętam dokładnych danych, ale w Wielkiej Brytanii większość nastolatek (>50%) ma za sobą przynajmniej jedną aborcję. Coś koło 10-20% dokonało aborcji więcej niż 1 raz… W USA od kadencji Busha odeszło się od edukacji seksualnej na rzecz promocji większej wstrzemięźliwości seksualnej w szkołach – efekt taki, że liczba niechcianych ciąż, a co za tym idzie aborcji, systematycznie spada. Tzn. spadał, bo teraz Obama zapowiada powrót do starej polityki. Zamiast kłócić się między sobą który sposób jest lepszy (specjalne przedmioty o kobiecie i mężczyźnie czy tak jak to jest obecnie w PL) spójrzmy na statystyki jak to wygląda w USA i krajach zachodnich – tam ta edukacja seksualna wprowadziła skutki odwrotne do pożądanych! Jasne że statystyki bywają różne i przekłamane, ale akurat z liczbą przeprowadzonych aborcji nie sposób dyskutować – takie są fakty.

    I naprawdę nie chodzi tutaj nawet o sprawy moralności, religii, wstydu czy zaściankowości (jak to mnie określił jeden z komentujących, z którym akurat nie zamierzam dyskutować – nie zaczyna się rozmowy od obrazy drugiej strony) – nachalna edukacja seksualna prowadziła wszędzie do skutków odwrotnych do oczekiwanych – więcej niechcianych ciąż, więcej aborcji, więcej chorób przenoszonych drogą płciową. Poza tym – ileż można mówić o edukacji seksualnej – temat da się przedstawić uczniom w kilka lekcji, nie ma potrzeby robić osobnego przedmiotu, który zapewne będzie obecny przez 1-2 lata.

    Trochę odeszliśmy od tematu, myślę że nie ma go co dalej tutaj poruszać – generalnie jednak i tutaj widzę, że mimo różnych poglądów mamy podobny cel: mniejsza liczba niechcianych ciąż/aborcji. W Polsce pod tym względem jest dużo lepiej niż w krajach zachodnich, dlatego nie ma co kopiować ich wzorców. Dodam tylko, że jestem też przeciwnikiem robienia z tematu seksu tabu – wręcz przeciwnie, powinniśmy głośno mówić młodym ludziom, że poza karierą niech robią też dzieci, bo jak tak dalej pójdzie to ten naród wyginie – przyrost naturalny mamy ujemny. Ja tam nie chcę, by za 50 lat biedni-bezrobotni-imigranci latali mi pod domem i podpalali auta, domagając się wyższych wydatków socjalnych.

    „Tak, zgadzam się – przekonałeś mnie. Nie wszędzie komputery, racja.”
    „100% racji :)”

    Cieszę się, że zgadzasz się z tymi tezami – we wszystkim potrzebne jest trochę umiaru, a jak znam życie w rządzie wyglądało to tak „informatyka jest teraz na topie, zróbmy informatyzację, rozdamy dzieciom komputery i mamy gospodarkę opartą na wiedzy hurra”.

    Bardziej przykre jest to, że po tym jak rząd się z tego pomysłu wycofał, to prędko do niego nie wróci. Wystarczyło zamiast wycofania zmienić trochę założenia (chociażby na wzór tych przedstawionych przeze mnie) i bez ponoszenia kosztów informatyzacja by jednak następowała. Tak to pewnie za X lat przyjdzie nam kolejny raz przerabiać to co teraz.

Zapisz się do mojego newslettera

Raz w tygodniu wyślę Ci wyselekcjowane informacje ze świata: technologii, biznesu i mediów. Jeśli interesujesz się startupami, dronami, drukiem 3D, EV, VR, AI, AR, video czy bitcoinami to witaj w domu.

Obiecuję - zero spamu tylko samo "mięcho"!

Wahasz się? Dostaniesz też za darmo w PDFie komiks "Strange Years" stworzony przez Michała "Śledzia" Śledzińskiego!




Dziękuje, nie chcę