Kto zabił Indiana Jones?

Artur Kurasiński
24 maja 2008
Ten artykuł przeczytasz w 4 minut

indiana jones i królestwo kryształowej czaszki

19 lat czekania na film do czegoś zobowiązuje. Po obejrzeniu najnowszej odsłony przygód najsławniejszego archeologa nie wiem kto zwariował – Spielberg (kręcąc), Lucas (maczając palce w scenariuszu) czy Kamiński (próbując zrobić ładne zdjęcia do złego filmu opartego głównie na scenach z blue-boksem)…

Cykl o dzielnym doktorze Jones jest wspólnym dzieckiem właśnie Lucasa i Spielberga. Ten duet parę razy spotykał się na planach swoich filmów i widać, że panowie mają podobnie rozbuchaną wyobraźnię. Pamiętajmy, że to poprzez Lucasa i jego „Gwiezdne Wojny” oraz „Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia” Spielberg w Hollywood dokonała się zmiana pokoleniowa – miejsca starych producentów i reżyserów zajął duet „cudownych dzieci” tworząc dzięki swoim filmom kanon tzw. „Kina Nowej Przygody”.

To, że George Lucas jest w złej formie powinien świadczyć fakt, że za kamerą stanął po wielu latach kręcąc mocno krytykowane nowe części trylogii „Gwiezdnych Wojen”. Opinie fanów (do których zalicza się również piszący ten tekst) były w zasadzie zgodne – Lucas totalnie zinfantylizował całe swoje uniwersum grzebiąc w trzech odsłonach wszystkie najlepsze wątki oraz dodając jeszcze gorsze ocierające się o parodię elementy i postacie (żeby wymienić choćby Jar-Jar’a).

Nad scenariuszem „Indiany Jones IV” od samego początku wisiało fatum – w prace nad nim zaangażowanych było przeszło sześciu scenarzystów (w tym M. Nighta Shyamalana), których praca nie podobała się albo Lucasowi albo Spielbergowi. Wydaje się, że obaj panowie chcieli potwierdzić swój status gwiazd pierwszej ligi i długo przebierali i wybierali fabułę – jak się okazało ze stratą dla samego obrazu. Taki scenariusz może sobie napisać sobie Michael Bay ale nie Spielberg i Lucas!

A propos M. Bay’a (to ten facet, który reżyserował takie hity kasowe jak „Twierdza”, „Armageddon” czy ostatnio „Transformers”) to wbrew pozorom on i jego kolega Jerry Bruckheimer (wyprodukował trylogię z Kapitanem Jackiem Sparrowem, „Pearl Harbor”, „Skarb Narodów” czy „Helikopter w Ogniu”) stworzyli w Hollywood coś na kszałt „kina nowej przygody 2” – lepiej rozumieją gusta młodej publiki, mają więcej pomysłów (i często lepszych) na scenariusze. Wygląda mi na to, że przyszłość będzie należała do panów B. – dla nich efekty spod znaku CG są naturalniejsze. I wiedzą jak ich używać.

Mały test dla tych którzy juź widzieli „Królestwo Kryształowej Czaszki” – w scenie kiedy na dworcu kolejowym pojawia się Mutt widzimy go w na motorze (charakterystycznym) i ubraniu (równie charakterystycznym). Kto zgadnie do czego piją panowie Spielberg i Lucas? Otóż puszczają oko do widza nawiązując do filmu z Marlonem Brando „Dziki”. Brawo – jeśli na sali zasiąść mają młodzi widzowie to skąd na boga mają wiedzieć o filmie z 1953 roku? Czy to nie jest strzał w stopę?

Nie będę zdradzał całej historii warto wybrać się do kina żeby zobaczyć jak 66 letni Harrison Ford zmierzył się z własną legendą. Niestety widać, że ząb czasu nadgryzł i jego w większości scen (umiejętnie ciętych) zastępowany jest przez kaskaderów. Sceny walki zaczynają ocierać się o farsę – twórcy filmu chcą abyśmy wierzyli, że posiwiały Ford ma tyle samo pary co 20 lat temu kiedy widzieliśmy go w „Ostatniej Krucjacie”.

Aktor daję radę czasami jeszcze wytworzyć coś z atmosfery poprzednich części ale jak dla mnie jest to już bardziej zmaganie się ze swoimi słabościami i wiekiem niż mrocznymi siłami tego świata. Sorry Indy – you are old and slow bro’.

Inni aktorzy nie zawodzą ale też nie uwodzą – Shia LaBeouf (naprawdę świetny w „Transformersach”) tutaj ma swoje parę minut za które zostanie może zapamiętany ale gdzie mu tam do małego chińczyka ze „Świątyni Zagłady” (Short Round), który oszukuje w karty i lubi damskie wdzięki? Cate Blanchette jako czarny charakter daje radę, ale znowu – gdzie jej do niemieckich nazistów i kapłanów krwawej bogini Kali?

Obsadzenie aktorki z pierwszej części (Karen Allen), która w tej części przygód Indiany ani nie pije ani nie wali patelnią tylko prawi morały jest znowu jakąś pomyłką – nie ratuje tego nawet „skomplikowany” zwrot akcji dobrze znany z „Gwiezdnych Wojen”…

Generalnie scenariusz rozłazi się w szwach, postacie próbują mówić teksty, które scenarzyści uznali za takie, które wejdą do języka popkultury a efekty komputerowe starają się wypełnić to czego nie ma w filmie – atmosfery, napięcia i klimatu trzech poprzednich części. Może jednak cykl powinien zakończyć się na „Ostatniej Krucjacie”? Może Jones Junior napiwszy się z Graala powinien wyjechać gdzieś w dzikie ostępy i tam uczyć do końca świata?

Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule – Indiana Jones został uśmiercony poprzez Lucasa i Spielberga poprzez chęć udowodnienia sobie i światu, że można reanimować legendę. Nawet jeśli Ford będzie w stanie skakać po dachach pędzących ciężarówek w następnych częściach to będzie to tylko cień samego siebie z poprzednich części. Tego panowie S. i L. nie rozumieją. Podobnie jak ich starsi koledzy nie rozumieli co takiego przebojowego jest w quasi mitach ala „Star Wars” czy bajce o obcym na ziemi czyli „E.T.”.

Nie chcę krakać i wieścić końca tego duetu ale zapewne dla nich również kiedyś nadejdzie taki czas, że to co chcą przekazać i pokazać na ekranie przestanie być taki wspaniały – młode wilki tylko czekają żeby udowodnić, że lepieją znają gusta publiki i potrafią sprawniej wyciągać z niej kasę.

Na kolejny film z cyklu „Indiana Jones” nie zamierzam się już wybrać. Zamiast tego wezmę z półki DVD ze wszystkimi poprzednimi częściami i po raz kolejny będę się rozkoszował ucieczką przed ogromną kulą, jedzeniem małych węży i kłótniami profesorskiej rodziny w czasie pościgów motocyklem. To jest prawdziwa przygoda!

Może zainteresują Cię również:



facebook linkedin twitter youtube instagram search-icon