Szukaj
Zamknij
Blogi

Social Media Day – dziennikarz to taki bloger tylko nie oszukuje.

Tak, potwierdzam: na Social Media Day naczelny Press Adam Skworz bardzo dobrze się przygotował do rozmowy (w przeciwieństwie do nas) co w zestawieniu z retorycznymi oraz erystycznym popisami dobrze się oglądało i sprzedało…

Niemniej fakt pozostaje faktem – artykuł Małgorzaty Wyszyńskiej jest kłamliwym tekstem „z tezą” (co i jak dokładnie opisałem) i udowadniany na siłę. Tego nie zmieniła ani dyskusja ani przekonywanie nas, że tak wygląda warsztat pracy dziennikarza (na przykład przesyłanie tylko części wypowiedzi do autoryzacji).

Domyślam się, że w głowie autorki zakiełkował myśl aby zwrócić uwagę na pewną patologie występujące (zapewne) również wśród blogerów czy innych przedstawicieli mediów elektronicznych. Styl w jakim to zrobiła oraz konieczność „złapania za rękę” spaliły na panewce – żaden z przytoczonych przykładów w tekście nie jest prawdziwy. Niemniej redaktor naczelny bronił tekstu swojej pracownicy od samego końca.

Napiszę na początku co mi się nie podobało (a tego było bardzo mało). Nie podobały mi się zagrywki Pana Andrzeja Skworza w stylu „wy to tego nie wiecie bo jesteście spoza branży” albo „nie wiem w zasadzie po co to przyjechałem”.

Ja nie musiałem niczego udowodnić ani do niczego przekonać – byłem otwarty na racjonalną i merytoryczną rozmowę. Mam osobiste przekonanie, że ta dyskusja wyglądałby o niebo lepiej gdyby zrezygnować ze sztucznego podziału (o co apelował Piotr Stasiak naczelny „Polityki” za co jestem mu ogromnie wdzięczny i pozdrawiam) na „my, dziennikarze, którzy budowali polskie media” i „gówniarzy przystawiających nam technologiczny pistolet do głowy, których jedyną zaletą jest to, że mają czytelników”.

W czasie swojej prezentacji ironiczniej mówiłem, żeby nie używać w stosunku do mnie określenia „bloger” bo jest ono dla mnie obraźliwe – oznacza jakaś czynność a ja jednak mam kilka innych cech i zalet, które chciałbym aby kojarzyły się ze mną. Pojęcie „bloger” jest trudne do zdefiniowania a same blogi również nie wzbudzają zaufania. Co innego „jestem dziennikarzem i wydaję gazetę”. No to już jest coś!

Andrzej Skworz uczepił się akcji BMW zorganizowanej wraz z Blogomotive – stwierdził nawet dobitnie, że ten blog nie może być już wiarygodny „bo się sprzedał”. Czyli to co wszystkie inne media chwalą za pomysłowość i tworzenie niestandardowych metod na promocję nagle jest be..bo przecież ten blog nie napisze już nigdy źle o marce BMW.

Kominka zrugał za akcję z „hamburgerami” bo..”na pewno powstała ogromna umowa w myśl której wszystko zostało ustalone jak bloger ma się wypowiadać o marce”. Padły też słowa krytyki w stosunku do działań Maćka Budzicha – jednym słowem co bloger to krętacz i oszust sprzedający reklamę pod płaszczykiem własnych poglądów.

Ma rację Paweł Opydo, że w rozmowie powinniśmy podnieść bardziej wątek czytelników, którzy stanowią wyrocznię i jedyne kryterium pracy blogera. Dla mnie to było oczywiste ale fakt jest faktem – daliśmy ciała nie wywlekając tego na wierzch.

W czasie Social Media Day Jarek Rybus pokazał kilkanaście minut nowego materiału ze swojego filmu „Blogersi”. Jest w nim fragment w którym mówię coś takiego: „nam wszystko wolno, kto nas wyłączy?” Zdumiałem się jak często było ono brane jako argument „przeciw” (Wam nic nie wolno więcej, nie wiadomo kto za Wami stoi, musicie być kontrolowani itd.). To co w filmie mówi Jacek Żakowski (potrzeba kontroli, kagańca, transparentności w publikacjach blogerów) większość dziennikarzy myśli na serio.

Do Wrocławia jechałem aby (jak sądziłem) pogadać sobie o mediach, kryzysie w dziennikarstwie i być może o roli nowoczesnych środków przekazu. Dostałem się jednak w okopy walki o „jedynie słuszną definicję blogera” (tworzoną przez dziennikarzy!) oraz odmawianie mi prawa do pisania ponieważ…nie jestem w stanie rozdzielić ról „agencji reklamowej” (tej złej, merkantylnej hydrze, która zarabia brudną kasę na pracę redakcji), „dziennikarza” (czyli twórcę tekstów) i „redakcji” (czyli ciała kolegialnego, dbającego o merytorykę artykułów).

Czyli jesteś wiarygodny kiedy umiesz oddzielić zarabiania pieniędzy od interesów reklamodawców. Medium w którym to granica się zaciera nie może (serio – taki tekst padł!) nazywać siebie „miejscem pracy dziennikarza”. Super!

No bo przecież dziennikarz to byt idealny – przychodzi do pracy, tworzy tekst, idzie do kasy i pobiera pensję. Nie interesuje go zdanie naczelnego (musi być niezależny od opinii!), pokusy z działów PR („zafundujemy Ci wycieczkę do USA jeśli dobrze opiszesz nasz produkt”) czy namawianie jego działu sprzedaży reklam („no weź do testów ten telewizor – wtedy firma X kupi u nas reklamę”).

Bloger natomiast to społeczny wyrzutek i truteń – nie ma redakcji (a guzik, niektórzy mają), naczelnego, działu sprzedaży..czyli to jakaś popierdółka jest a nie dziennikarz. I co? Do niego przychodzi Samsung czy LG i daje mu na konkurs telewizor a nie do mnie? Czemu? Przecież to ja jestem prawdziwym dziennikarzem!

Uwierzyłbym w to (może) gdybym miał 5 lat, nie mieszkał w Polsce i nie miał kolegów pracujących na różnych stanowiskach w mediach (sam też mając parę małych wstydliwych epizodów dziennikarskich). A nawet wtedy miałbym wątpliwości.

W czasie spotkania wywiązała się dyskusja na temat przykładu, który podrzucił Jacek Gadzinowski. Chodziło mu o to, że w pogoni za nowymi formami reklamy i zdobywaniem klientów redakcje uginają się pod presją reklamodawców stosując różne triki. Łączą artykuły opisowe z tekstami dziennikarskimi (niby przez przypadek).

Upodabniają layouty artykułów tak aby nie wprost komunikowały konkretne brandy. Urządzają sesje zdjęciowe w których to modele występują w ubraniach firmy X czy Y. Przykładów można mnożyć. Wystarczy sięgnąć do prasy kolorowej oraz tzw. darmowej.

Otrzymaliśmy odpowiedź, że to się rzadko zdarza, redakcje z tym walczą i jest napiętnowane środowiskowo a w ogóle to wyolbrzymiamy problem bo przecież na blogach to się dopiero robi przekręty, że ho ho…

Gdybym był złośliwy to napisałbym, że tak naprawdę „media tradycyjne” boją się konkurencji, która w sposób legalny (etycznie jak i prawny) może to robić to o czym one marzą od lat.

Gdybym był bardzo złośliwy to zawyrokowałbym twierdzenie, że to co jest w jego branży dziennikarskiej powszechne obecne (walkę nie tyle „czy mogę zrobić kroczek poza normy i zarobić na tym” tylko „ile mogę przebiec zgarniając dla siebie zanim mnie dogoni reszta peletonu”) na zasadzie projekcji przenoszone jest na innych uczestników gry.

Jedyna akcja, której się wstydzę (ale głównie dlatego, że nie wziąłem za to kasy) to Axe i „stopowanie cenzury”. Pozostałe projekty, które realizowałem i realizuję dla swoich ludz cudzych klientów wykorzystujące bloga jako „nadajnik” czy powierzchnię reklamową robię w oparciu o jasne zasady, które wyjaśniam każdemu na początku.

Argument, że „bloger nie może zarabiać na reklamie bo wtedy nie jest jasne czy pisze obiektywnie” traktuję jako żart powtarzany przez osoby nie mające pojęcia o prowadzeniu interesu zwanego blogiem. Dlaczego nie przeszkadza Wam oglądanie telewizji czy portali? Tam też są reklamy, których właściele bardzo by chcieli wpływać na nastawienie medium je emitującęgo. Skąd wiecie czy mówią prawdę?

Założę się jednak, że temat „masz reklamę nie możesz prowadzić i nazywać się blogerem” czy „reklama to koniec wolności” będzie wracał. Bo jak każdy temat związany z zarabianiem kasy wywołuje silne emocje.

Wracają z Wrocławia zakupiłem tzw. lekturę na podróż – między innymi tygodnik „Newsweek” wraz z dodatkiem „Kobieta”. Jakież było moje zdziwienie kiedy to obok artykułu Magdaleny Rigamonti rozmawiającej z Agatą Młynarską zobaczyłem reklamę leku reklamowanego przez…Agatę Młynarską.

Czyli co? Dział Sprzedaży na chwilę sterroryzował Redakcję i Naczelnego?

PS. Żeby nie było, że tak sam się czepiami – poczytajcie co piszą inni uczestnicy panelu:

Paweł Opydo
Maciek Budzich
Pan Kominek

PPS. Bardzo dziękuję organizatorom za przychylenie mi (i chyba generalnie nam) w trakcie pobytu. Profesjonalna organizacja i mnóstwo dobrej energii było we Wrocławiu. A Wojtkowi Gajewskiemu za foty!

  • Artur, za krótko było, by wyciągnąć z tej debaty więcej. Najciekawszą moim zdaniem frazą było: „boje się Waszych emocji i tego, że nie macie doświadczenia w zarządzaniu informacją”. I tak naprawdę mi się wydaje, że to nie było do Was czterech – bo fakt, że się tymi tematami interesujecie (przyjęliście wszak nasze zaproszenie – BTW dzięki raz jeszcze) – czyni Was świadomymi komunikatorami – a do rzeszy blogerów i blogowania jako zjawisko.

    BTW: a Ty byś się na ich miejscu Was nie bał ? Jak blogi okrzepną, nabiorą trochę świadomości swojej siły, media będą musiały naprawdę pomyśleć nad swoją ofertą :]

  • Przeczytałem. Zacząłem pisać komentarz. Skasowałem. Bezsensowne bicie piany i przykłady z dupy + masa błędów logicznych. Po obu stronach.

  • Będę leniwy i zrobię copy-paste mojego komentu z playra:

    Myślę, że mój komentarz i tak przejdzie niezauważony, ale generalnie to wszystko sprowadza się do prostego strachu przed nieznanym. No bo przez dziesiątki lat sprawa była prosta – dziennikarze piszą, jest ich nie tak wielu, redaktorzy wybierają materiały, drukarnie drukują, reklamodawcy się publikują, a czytelnicy czytają. Aż tu nagle napadł ich Internet. „Byle gówniarz” może się mądrzyć w sieci, czytelnik czytać za darmo, do tego jeszcze szukać artykułów z niemal całego świata, a nie tylko często nieudolne tłumaczenia, reklamodawcy mają więcej możliwości dotarcia i całkiem dobrego targetowania, no generalnie nagle ci dziennikarze stracili większość swoich atutów, szczególnie, że studia dziennikarskie nie za wiele dają, jeśli się z tym „czymś” nie urodziłeś, więc niektórzy z tych blogerów nie-dziennikarzy, okazało się, że potrafią być równie dobrzy, a nawet czasem lepsi.Status dziennikarza w PRLu też zrobił swoje, bo w tym samym czasie dziennikarz na zachodzie nie był aż tak prestiżowym zawodem. Reasumując, moim zdaniem, dziennikarze nie potrafią się w tym nowym świecie odnaleźć, więc z nim walczą (w sumie, trochę jak wytwórnie muzyczne). Pocieszające (?) może być to, że za kilka/kilkanaście lat w tym samym miejscu znajdą się blogerzy, którzy będą masowo zastępowani przez boty i algorytmy, i oni też będą się oburzać.A prawda jest taka, że napradę dobre gazety się sprzedają, a naprawdę dobre blogi zarabiają. Niezależnie od sytuacji. Oraz, nie wiem w sumie o co u nas się spierają, bo przecież wystarczy spojrzeć na USA i już wiadomo do czego zmierzamy, i jest to nieuniknione (jeśli komuś się wydaje, że jest inaczej i Polska będzie zieloną wyspą dziennikarstwa, to być może powinien się przebranżowić na pisarza sci-fi…)

  • Wiesz kurcze ale jaka oni (dziennikarze) maja moc zeby decydowac o tym kto moze pisac? Ja mam to gdzies bo nie buduje swojego imperium blogowego (ani nie zamierzam rozszerzac dzialan w celu pozyskania reklamodawcow) ale pomysl – masz jakis pomysl na zycie, zaczynasz pisac, masz czytelnikow – rozwija Ci sie biznes.  I pewnego dnia jakis Pan z Biur Kontroli Wszystkich Słów nagle mowi „przeanalizowalismy – nie mozesz pisac, kasuj bloga” :)

  • tak, poprosze – podziel sie :)

  • 4pomidor

    Mimo wszystko mam nadzieję, ze jakieś pozytywne wrazenia z Wrocka przywiozłeś i się jeszcze kiedyś będzie okazja w innej edycji SMD spotkać. W końcu audytorium w większości było za blogerami (poza grupką nagonionych państwa z Warszawy, gorąco pozdrawiam jeśli czytają i następnym razem radzę się nie demaskować przed wejściem do samochodu). Opisywać drugi raz swoich odczuć nie będę, bo się uzewnętrzniłem juz u Macka Budzicha, ale ogólnie mysle, ze szykuje sie dluzsza kampania wojenna na linii blogerzy-dziennikarze.

  • sfs

  • Nie widzę powodu by musiała trwać „kampania wojenna” – to temat zastępczy. Postawiona teza o sprzedaży/nie sprzedaży ideałów/blogerów/dziennikarzy etc. powinna raczej dotyczyć zmiany istoty komunikacji na linii firma – medium/narzędzie – odbiorca/konsument. Wszystko inne jest biciem piany i szukaniem winnych że ktoś ma rząd dusz lub go kiedyś straci. Do Wrocławia nie jechałem walczyć, tak jak nie uważam się obrońcą czy talibem blogerskim (zostawiam to innym, którzy już się wypowiedzieli). Blog dla mnie jest hobby i przyjemnością, nie będę go wystawiał na linii jakiś wyimaginowanych konfliktów. Jeśli uznam że znudził mi sie on, nie mam pomysłu na niego, bez żalu go wyłącze.  Nie czuje się przez nikogo zniewolony czy pod presją walki o wolność przed krwiożerczymi reklamodawcami. Więc tym bardziej nie będę walczył o coś czego po prostu nie ma.

  • Gość

    Panie Arturze, ja generalnie się z Panem zgadzam, ale błagam! Proszę się wybrać na jakiś warsztat z pisanego języka polskiego. Masa błędów, dziesiątki brakujących przecinków, strasznie się czyta takie wpisy :/

  • Zgadzam się. Blogerzy przeciez nie stanowią zadnej grupy zawodowej, ani do tego nie aspirują. Jesli nawet jakaś część tej społeczności celuje w blogowanie „zarobkowe” to raczej jest to wąska grupa. To, ze Wasza czwórka zasiadła po drugiej stronie dyskusji z dziennikarzami mimo wszystko wystawiło Was jako grupę reprezentującą blogosferę. Pomijając słuszność takiego traktowania Was, zastanawiające jest dlaczego dla naczelnych, blogerzy stanowią tak wielki problem, zeby się posuwać do prymitywnej momentami dyskusji. Jeszcze stanowisko Pana Skworza jako broniącego swojego tytułu mógłbym zrozumieć, ale skąd taka wielka solidarność ze strony GW i częściowo Polityki.pl? Przeciez to nie jest zaden wielki reklamowy rynek, a wpisy podpadające jako sponsorowane to mozna na palcach kilku rąk zliczyć. W skali kilku milionów blogerów, to podpada pod błąd statystyczny, skąd więc to zacietrzewienie?

  • Tomasz

    Jasne zasady? Proszę mnie nie rozśmieszać. Przykład? Konkurs organizowany wspólnie z Adobe i Galaxy Tab przyznany po łebkach (a najprawdopodobniej i znajomości). Hipokryzji Panu nie brak, zapewne. ;]

    W teorii zawód dziennikarza to nie przychodzenie do redakcji odpalanie 8 godzin, czy 8 tekstów i powrót do domu. Zapomina się o aspekcie etycznym, który ciąży na każdym, kto próbuje siebie w ten sposób definiować. Możemy zatem śmiało powiedzieć, że jest to zawód pożytku publicznego – informowanie. Dziennikarz jest poddany kontroli ze strony pracodawcy (wydawcy i linii programowej danego medium), redakcji oraz czytelników. W przypadku blogera mamy tylko ten ostatni czynnik. Nie obrażając nikogo – dobra strategia pseudo-PR-owa, garść marketingu, szczypta przebiegłości i 3 tys. osób zrobione w bambuko. I tutaj przejawia się wyższość dziennikarza nad blogerem, który w domowym zaciszu może wstukiwać do internetu wszystko, co mu do głowy przyjdzie. Tutaj nie ma podziału na dział marketingu i dział redakcji – wszystko łączy się w jednej osobie, która musiałaby być Mahometem, żeby w takim wypadku wykazać się pełną obiektywnością (z resztą po co miałaby to robić, skoro po drugiej stronie czają się profity – jak piękny, lśniący Maybach chociażby).

    A ten przykład z Newsweeka na końcu zakrawa o akt desperacji. To już dział marketingu nie może dopasowywać tematycznie reklam do materiałów? Chyba na tym polega strategia sprzedaży, że przy artykule o stołku z lepszym odbiorem spotka się reklama stołków niż szamponu na porost włosów.

    Cały wpis to właśnie to przysłowiowe bicie piany i rzucanie przykładami tak naciągniętymi i wygrzebanymi z najbardziej niedostępnych zakamarków odbytu, że już chyba bardziej się nie da (chwała Panu Piotrowi za obrazowe określenie).

  • Serio? Nie chce mi się. Po raz kolejny pisać o fap circle? O tym, że nie ma w Polsce czegoś takiego, jak blogosfera? O tym, że wpływowość blogów ogranicza się w praktyce do branży IT (w małym zakresie) oraz działów marketingu? O tym, że z tych kilkunastu milionów P.T. Internautów zdecydowana większość o najpopularniejszych blogach nigdy nie słyszała i pewnie miałaby problem z podaniem choćby jednej nazwy blogaska czy nazwiska autora?

    Przyjedziesz na Olcamp lub na Olcamp Grill (ma być), to sobie siądziemy z jakimś wyrobem Browaru Kormoran i pogadamy.

  • Qbexus

    IMHO wszystkie te dyskusje są bez sensu, weryfikacji dokonują czytelnicy a do sprawach spornych  są sądy. Dlaczego dziennikarze nie prowadzą blogów skoro w gazetach tak im źle? Jest różnica między prywatnym blogiem a dziennikarsko-korporacyjnym tworem. Tam gdzie ktoś podpisuje się nazwiskiem sprawy nie ma. Wydawnictwa papierowe powinny myśleć o integracji a nie antagonizowaniu ale na to wpadną pewnie jak zwykle dopiero jak będzie już dużo za późno.

  • Argumenty „strony” dziennikarskiej opieraja sie w duzym stopniu na tym, ze dziennikarze sa obiektywni, co ma jakoby wprowadzac jakas specjalna wartosc do tego, co robia. Problem tylko w tym, ze to gowno prawda. Dwunastu redaktorow debatujacych nad artykulem nie czyni go obiektywnym, tylko wyrazajacym kolektywne mysli tych dwunastu redaktorow. Wspomniany w poscie wybryk w Newsweeku, nawet bez reklamy srodka dowcipnego  w bocznej kolumnie, stanowi promocje medialnej marki „Agata Młynarska”, tak samo jak wywiady z Dodą czy Tuskiem. Artykuły polityczne reklamuja glowne partie, ktore sa w tej branzy dla zysku, chociaz niekoniecznie rozumianego w kategoriach finansowych. Wybór treści jest juz sam w sobie dzialaniem subiektywnym.

    Ja moze jestem skrzywiony swoim scislym umyslem, ale jesli tradycyjne media sa takie obiektywne, to niech mi ktos wyjasni skad sie bierze oczywista korelacja tytulow prasowych z pogladami politycznymi ich czytelnikow. W obiektywnym swiecie swiatlego dziennikarstwa taka korelacja nie ma prawa wystepowac, chyba ze np. poglady lewicowe sa zwiazane z potrzeba czytania artykulow pisanych okreslona czcionka.

    Zawezanie pola, w ktorym obiektywizm jest wymagany do typowej reklamy produktow jest zwyklym ignorowaniem belki we wlasnym oku. 

  • Ciekawe. Dla mnie, jako czytelnika wygląda to tak- kiedy czytam bloga, spodziewam się prywatnych opinii jego twórcy. I tyle. Natomiast w przypadku dziennikarzy zazwyczaj spodziewam się opinii zgodnej z linią ideologiczną pisma- gazety dla której taki dziennikarz pisze- (lewicowy „przekrój”, ultra prawicowe „uważam rze”, bzdury i tania sensacja „faktu” czy innych tabloidów.)
    Rzetelność i obiektywizm dziennikarski to fikcja, i chyba nikt nie bierze tego na poważnie. Określenia takie jak „pismak”, nie wzięły się  znikąd. Są chlubne wyjątki, ale generalnie nie ufam dziennikarzom. Dlatego ich, moralizatorski i autorytatywny ton w tym przypadku bardzo śmieszy.

    Pozdrawiam, i polecam nie oglądać się na klasę wymierającą.

Zapisz się do mojego newslettera

Raz w tygodniu wyślę Ci wyselekcjowane informacje ze świata: technologii, biznesu i mediów. Jeśli interesujesz się startupami, dronami, drukiem 3D, EV, VR, AI, AR, video czy bitcoinami to witaj w domu.

Obiecuję - zero spamu tylko samo "mięcho"!

Wahasz się? Dostaniesz też za darmo w PDFie komiks "Strange Years" stworzony przez Michała "Śledzia" Śledzińskiego!




Dziękuje, nie chcę