Szukaj
Zamknij
Wywiady

Wojciech Chmielarz: klasyczny kryminał zaczyna mnie powoli trochę nużyć

W księgarniach przy okazji wertowania regałów z książkami SF czy fantasy często zaglądam też na półki literatury określanej jako kryminalna i widzę ogromny wybór pozycji. Wydaje mi się, że w Polsce nie było lepszego czasu na pisanie książek z tego gatunku? Dojrzeliśmy do kryminału jako społeczeństwo?

Wojciech Chmielarz – To jest skomplikowana kwestia. Zacznijmy od tego, że kryminał generalnie to cholernie popularny gatunek na całym świecie. W Wielkiej Brytanii w zeszłym roku był to najchętniej kupowany rodzaj literatury, ze 19 proc. wzrostem rok do roku.

W Polsce też nie było tak źle jak może wydawać. Kiedyś wydawało się bardzo dużo. Seria z jamnikiem, ze srebrnym kluczykiem i tak dalej. Ludzie chętnie to czytali, ale z oczywistych przyczyn historycznych były to głównie tzw. powieści milicyjne.

A po 1989, kiedy rynek się otworzył, nastąpiło naturalne zachłyśnięcie się literaturą zachodnią. Półki księgarskie były wtedy dosłownie zalewane  tonami powieści Ludluma i naśladowców. Zawsze z mięśniakiem z karabinem na okładce i laską w bikini obok.

I to trwało mniej więcej przez dekadę aż przyszedł pan Marek Krajewski i pokazał, że Polacy nie tylko potrafią pisać kryminały, ale także, że czytelnicy chcą te polskie kryminały pisać. I wtedy się zaczęło. Także w moim mniemaniu to nie jest kwestia dojrzewania społeczeństwa do gatunku. Kryminały zawsze się w Polsce czytało. Po prostu czytało się coś innego.   

Kryminał w Polsce niejedno ma imię. Kolega podsunął mi kiedyś “dla żartu” jak się przyznał jedną z powieści Pauliny Świst. Kiedy kryminał przeszedł gładko w mocno erotyczną opisy zacząłem nerwowo zerkać na okładkę czy nie pomyliłem książki z “50 twarzami Greya”…

Akurat Pauliny Świst nie czytałem, ale to jeden z fenomenów wydawniczych. Który potem został pobity przez fenomen wydawniczy Blanki Lipińskiej, gdzie też jest mafia, porwania i ciemne interesy.

No, kryminał, jak się kurna patrzy… Dobra, ale na poważnie. Tak, kryminał w Polsce i na świecie niejedno ma imię. To bogaty gatunek, gdzie da się zmieścić bardzo wiele bardzo interesujących historii.

Cholernie mnie to fascynuje. Bo niby napisano już wszystko, ale raz na jakiś czas trafia się książka, która pokazuje, że  ciągle daje się z niego wycisnąć coś nowego i świeżego.

Niewielu autorów książek w Polsce (szczególnie tych promowanych w mediach głównego nurtu) mówi o tym, że piszą dla pieniędzy. To krygowanie się czy naprawdę mamy taki wysyp autorów dla których liczą się tylko gwiazdki w recenzjach uznanych krytyków?

Dobra. To jest tak, że w Polsce przez kilka pierwszych lat „kariery” pisarskiej (celowo w cudzysłowie), szczególnie jak uprawia się jeden z mniej popularnych gatunków, to pieniądze są takie, że faktycznie jedyne, czym się można jarać to te gwiazdki od krytyków.

Inna sprawa, że żeby dostać te gwiazdki, to trzeba jakoś się do tego krytyka dostać. Pieniędzmi nie ma się co chwalić, bo ich właściwie nie ma.

Pamiętam, że za pierwszą zaliczkę za mój debiut opłaciłem ubezpieczenie samochodu, wziąłem znajomych na kolację, żeby poświętować sukces i już właściwie było po zaliczce. 

Jak wygląda współpraca pisarza z wydawnictwem? Zdarzyło Ci się, że wysłałeś plik z książką i dostałeś odpowiedź “Panie Wojciechu, jest super! Nic nie trzeba zmieniać – drukujemy!” Ile sukcesu książki to zasługa redaktorów i ludzi po stronie wydawcy a ile samego autora?

Jakbym dostał taką wiadomość, to bym natychmiast zerwał współpracę z takim wydawnictwem. Każda książka to blisko rok pracy. Kilkaset tysięcy znaków. Kilka wątków. Postacie. Nie ma siły, żeby czegoś tam nie zawalić.  Jako pisarz potrzebuję dobrego redaktora. Takiego, który nie tylko sprawdzi przecinki, ale prześledzi całą opowieść. Powie, co tam na sens, a co nie.

Mówi się w branży, że żeby zaistnieć na polskim rynku wydawniczym potrzeba 4-5 lat. Co początkujący pisarz powinien zacząć robić żeby jak najlepiej wykorzystać ten okres? Założyć bloga? Jeździć po Polsce i spotykać się z pierwszymi fanami?

Powiem ci szczerze, że nie wiem. Marketing pisarski w Polsce leży. Ktokolwiek się tym zajmuje to robi to mocno na czuja. Niektórym to wychodzi, innym nie. A jeszcze inni nic nie robią, a i tak zdobywają listy bestsellerów.

Ja osobiście mam wrażenie, że jak już zaczynam działać, to i tak jestem trzy kroki za całą resztą. Ale dobra, przede wszystkim, trzeba jak najszybciej zaistnieć na Facebooku i Instagramie.

Przy czym nie chodzi o to, żeby się nachalnie promować i swoje książki, ale próbować swoim odbiorcom dawać jakąś wartość dodaną – polecać ciekawe książki, dzielić się przemyśleniami, a przy okazji wspominać, że coś tam się wypuszcza na rynek.

Do tego oczywiście spotkania autorskie, chociaż tych zawsze jest na początku mało, i udział we wszystkich możliwych targach książki. Jasne, na pierwszych, drugich, trzecich do autora podejście pewnie góra pięć osób, ale te pięć osób opowie kolejnym pięciu osobom, że spotkali kogoś fajnego. I już na czwarte przyjdzie tych osób dziesięć.

Najczęściej spotykana umowa między wydawnictwem a pisarzem w naszym kraju można streścić tak: pisarz dostaje procent od ceny okładkowej. Zazwyczaj jest to około 10 procent. Czyli żeby tak naprawdę żyć z pisania trzeba w Polsce sprzedawać około 50-100 tysięcy książek rocznie. A statystycznie autor sprzedaje 3 tysiące sprzedanych egzemplarzy…To Ilu jest takich twórców utrzymujących się z pisania? Ty mówisz o sobie, że jesteś zawodowym pisarzem?

Okej. Zacznijmy od tego, że te 50 do 100 tysięcy książek to jest liczba sporo przesadzona. Podejrzewam, że ten próg od którego da się żyć z pisania oscyluje od około 20 tysięcy. Ale żeby było zabawniej, na polskim rynku książki to i tak koszmarnie dużo.

Tak więc autorów, którzy w Polsce są w stanie żyć z pisania faktycznie jest niewielu. Nie chcę szacować teraz ich liczby, ale gdybyś mnie zmusił, to bym powiedział, że od 50 do 100. Ale to są liczby totalnie z mojej głowy, nie poparte żadnymi twardymi danymi.

Natomiast znacznie więcej osób może żyć z tego, że jest pisarzem. Bo bycie pisarzem oznacza, że zaczynasz być zapraszany na spotkania autorskie, które w większości są płatne. Różne gazety i portale proszą cię, żebyś coś dla nich napisał.

Raz nawet tworzyłem mini opowiadanie do gry rekrutacyjnej dla jednej z dużych warszawskich korporacji. Świetnie płatna i bardzo przyjemna fucha.

I w sumie tak właśnie wygląda w Polsce życie pisarze, żonglujemy zleceniami i modlimy się, żeby w następnym miesiącu wpadły jakieś kolejne.

Piszesz jedną książkę rocznie. Czyli dużo ryzykujesz bo to musi być naprawdę dobra książka. Nie kusiło Cię obniżenie poziomu ale zwiększenie szans na napisanie bardziej komercyjnej pozycji?

Dobra… Piszę, kurwa, kryminały. Co mam bardziej komercyjnego napisać? Kolejnego pornosa a’la Blanka Lipińska? No nie. A obniżenie poziomu mnie po prostu nie interesuje. Możesz się śmiać, ale czuję, że mam zobowiązanie wobec czytelnika.

Nawet w gatunku, w którym z definicji chodzi o danie mu rozrywki. Wiesz, ktoś bierze do ręki moją książkę i poświęca jej od sześciu do dziesięciu godzin swojego życia.

To jest czas, którego nikt mu nie zwróci. A wobec tego, moim cholernym obowiązkiem, jest dać mu najlepszą powieść, jaką jestem w stanie napisać. Tego nie da się zrobić, jeśli wydaje się trzy, cztery, pięć książek rocznie. Zresztą to, co się dzieje na polskim rynku książki to jest jakaś makabra.

To parcie, żeby wydawać jak najwięcej, jak najszybciej. Jo Nesbo od czasu swojego debiutu w 1997 wydał około 20 książek dla dorosłych i kilka dla dzieci. Mniej więcej jedną rocznie. Dennis Lehane jest jeszcze lepszy. Debiutował w 1994 roku, wydał do tej pory 14 powieści. Mniej niż jedną rocznie.

Nawet Stephen King przez 46 lat aktywności pisarskiej opublikował trochę ponad 60 pozycji. A on  jest uważany za wyjątkowo płodnego twórcę. I martwi mnie to, bo zamiast tworzyć sensowną literaturę gatunkową, zalewamy czytelnika syfem.

Ale czytelnik kiedyś w końcu się zorientuje i się od nas odwróci. Piłujemy gałąź, na której wszyscy siedzimy.

Czytając Twoją najnowszą książkę (“Rana”) myślałem sobie “kurde, co to za kryminał skoro pierwszy trup pojawia się dopiero około setnej strony?” Nie boisz się, że masowy czytelnik wychowany na skandynawskich autorach woli jednak żeby krew tryskała częściej?

Bardzo dobre pytanie, bo faktycznie cholernie bałem jak to czytelnik przyjmie. Ale wychodzi na to, że wyszło ok. Ludzie mają już do mnie zaufanie, wiedzą, że dostarczę im wystarczającą liczbę trupów.

A w tej książce potrzebowałem tych sto stron, żeby wprowadzić czytelnika w przedstawiany świat, rozstawić pionki na planszy. Inna sprawa, że mnie taki klasyczny kryminał zaczyna powoli trochę nużyć. Zaczynam się bawić tą formułą. Robiłem tak w „Żmijowisku”, robię tak w „Ranie”.

Najpierw był cykl z Mortką a potem pojawił się Wolski. Jak to się stało, że wymyśliłeś kolejnego bohatera? Chciałeś czy musiałeś? Poczułeś, że zbyt już piszesz “mortką” i twoja twórczość jest przewidywalna? I czy nie bałeś się reakcji wielbicieli przygód komisarza Mortki?

Kryminał jako gatunek ma pewną kolosalną zaletę, która równocześnie jest jego wadą. To bardzo silna konwencja. Generalnie, kiedy bierzemy kryminał do ręki, to wiemy, co tam się zdarzy. Ktoś kogoś zabije, pojawi się jakiś detektyw, który będzie prowadzić śledztwo, po drodze zginie jeszcze kilka osób, a koniec końców winny zostanie ukarany. Tak wygląda tak na oko 95 procent kryminałów.

I to zaleta. Bo dzięki temu czytelnik łatwiej wchodzi w opisany świat, kupuje daną historię, zawiesza swoją niewiarę. Ale to też rodzi ryzyko dla autora. Bo bardzo łatwo dać się zniewolić tej konwencji i pisać cały czas jedno i to samo, jedno i to samo.

A ja jako autor cholernie się tego boję. Dlatego po trzech policyjnych kryminałach pojawiła się powieść o „najgorszym prywatnym detektywie w Polsce” Dawidzie Wolskim. „Wampir” był bardziej mroczny, nawiązywał do czarnego kryminału, ale równocześnie sporo tam było groteski.

I z tego samego powodu napisałem „Żmijowisko” i „Ranę” powieści o zwykłych ludziach, którzy muszą się mierzyć ze zbrodnią i niechętnie prowadzą własne śledztwo. Potrzebowałem nowych wyzwań. Próbuję się boksować z gatunkiem. Sprawdzam, ile się da w tej konwencji zmieścić.

Pamiętam lata 90 w Polsce i co wtedy działo się na ulicach. Bomby pod samochodami, strzelania z broni maszynowej, wymuszenia i rozboje. Mafia jawnie działa w Pruszkowie przekupując polityków i policjantów. Patrzę teraz za okno i widzę spadającą przestępczość i ogromne (w porównaniu do tamtych lat) bezpieczeństwo. Czy Polska za chwilę nie będzie zbyt nudna żeby pisać tutaj kryminały?

Wbrew przeciwnie! Szwecja czy Norwegia to przecież najnudniejsze chyba państwa świata! A na pewno najbardziej dostatnie. Ja obserwuję odwrotny wręcz trend. Im dane państwo spokojniejsze i bezpieczniejsze, tym chętniej ludzie sięgają tam po kryminały. I to jest chyba normalne.

Fajnie sobie poczytać o wojnach gangów, kiedy wiesz, że jak wyjdziesz w nocy na spacer z psem to jedyne, co ci grozi to wejście w pozostawioną na trawniku kupę. Jak ci za oknem wybuchają samochody pułapki, to sięgasz raczej po inną literaturę.

Taką, która nie przypomina ci, że idąc do sklepu po zwykłe mleko, ryzykujesz życie.

Tęsknimy za rozmachem, przestrzenią i polskim Lee Childem ale z drugiej strony o książka o zblatowanym polityku z małego miasteczka, który bije swoją żonę i zdradza ją a wieczorem zwozi śmieci na nielegalne wyspisko brzmi bardziej wiarygodnie w Polsce. Mniej “sexy” ale taka jest nasza rzeczywistość…

Kryminał to zawsze jednak fantazja. Ani prawdziwe śledztwa nie są prowadzone tak jak u mnie w Mortce, ani nie ma u nas tylu seryjnych zabójców, ilu pojawia się na kartach powieści różnych autorów. Ale faktycznie pewne rzeczy u nas nie wyjdą i takie pełnoprawne thrillery to jedna z takich rzeczy.

Może mnie ktoś za to ukamieniuje, ale Polska jest jednak peryferyjnym i mało ważnym krajem na mapie świata. A w thrillerze to jednak musi być jakaś solidna stawka. Losy świata albo przynajmniej kontynentu. Trudno wykreować wiarygodną historię o takiej stawce, która działaby się u nas w kraju. Zazwyczaj coś będzie jednak zgrzytać.

Druga rzecz to przestrzeń. Thriller wymaga przestrzeni. Jest taka jedna książka Lee Childa, kiedy Jack Reacher łapie stopa i jedzie z Nebraski do Chicago. Ta trasa ma około tysiąc kilometrów przez słabo zaludnione tereny.

W Polsce, gdyby chciał zrobić podobny dystans, to musiałby pojechać z Gdańska do Zakopanego, a potem zawrócić do dojechać jeszcze i dojechać, nie wiem, do Łodzi.

Jakich autorów podpatrujesz zawodowo i uczysz się od nich?

Wojciech Chmielarz – Każdego, którego czytam. Po skończeniu każdej książki, szczególnie kryminału, siadam sobie na dziesięć, piętnaście minut i zastanawiam się, co w tej powieści się udało, co się nie udało i dlaczego. Zastanawiam się, czego ja się mogę z tego wszystkiego nauczyć i czego użyć w swoich powieściach.

Ale jeśli pytasz o takich autorów, którzy w ostatnich latach zrobili na mnie największe wrażenie, to na pewno jest to Richard Flanagan ze „Ścieżkami Północy”, Szczepan Twardoch z „Królem”, Dan Simmons z „Ilionem” i „Olimpem”, Anna Kańtoch z „Wiarą” i „Łaską”, Gillian Flynn z „Mrocznym miejscem”. Ostatnio cholernie mi zaimponował Mariusz Czubaj z „Około Północy”, bo to kawał wybitnej prozy, która również mocuje się z gatunkiem. Uff… A jeszcze nie doszliśmy do reportażu!

A co z serialami? Oglądasz? Co obejrzałeś niedawno i co byś polecił?

No właśnie z serialami u mnie słabo. Kilka rzeczy zaczynałem, ale w sumie nie skończyłem. Kilka innych mam w planach, ale nie wiem, kiedy uda mi się do nich zasiąść. Powiem szczerze, mam tyle roboty, że kiedy widzę, że jakiemuś tytułowi miałbym poświęcić około dziesięciu godzin swojego życia na jeden sezon (a jeśli jeszcze się okazuje, że sezonów jest więcej!), to czuję przerażenie.

Ale dobra, jest kilka rzeczy, które oglądałem z dużą przyjemnością. Pierwszy sezon „Stranger Things” (odpadłem od drugiego), serialową adaptację „Paragrafu 22” (tylko sześć odcinków), „Święte gry” (pierwszy indyjski serial dla Netflixa, połączenie sagi policyjnej i gangsterskiej, najpierw się od tego odbiłem, ale ostatnio wróciłem i oglądam z wypiekami). No, a teraz na pewno znajdę czas, żeby zobaczyć drugi sezon „Mindhuntera”.

Grasz w coś na konsoli albo komputerze? Wirtualne światy cię kręcą? Jakub Szamałek, scenarzysta “Wiedźmina 3” opublikował niedawno swoją kolejną książkę więc jak widać można łączyć tworzenie gier z pisaniem

Grywam na PS4, ale znowu, jak z serialami, brakuje czasu, żeby wziąć się za coś większego. Męczę więc ze średnimi wynikami (okej, słabymi) Battlefielda albo pykam od czasu do czasu w starą Fifę. Z większych tytułów to udało mi się po latach skończyć Dishonored 2, a z nowszych tytułów to w miarę na świeżo zrobiłem „Spidermana”. Bardzo fajny tytuł, z fajną mechaniką. „Wiedźmina 3” mam za sobą, ale bez dodatków.

A najbardziej czekam na „Dying Light 2”. Pierwsza część bardzo mi się podobała ze względu na gameplay (fabuła trochę kulała), a zaangażowanie Chrisa Avellona sprawia, że mam nadzieję, że to właśnie „Dying Light 2” jest tym Falloutem, na który wszyscy czekamy. Tak, jestem megafanem franczyzy. Chociaż nie tak wielkim, żeby kupić i grać w „Fallout 76”.

Jak radzisz sobie z promocją własnej twórczości? Jesteś osobą, która wierzy w potęgę mediów społecznościowych czy raczej niezbyt lubisz “objazdówek” po mediach i wolisz skupiać się na tworzeniu?

Robię wszystko. Jestem obecny w mediach społecznościowych, chodzę na wywiady w mediach, udzielam się, ale koniec końców – nie mam pojęcia, co działa, a co nie.

W kontekście działań promocyjnych to strasznie frustrujące, bo nie wiesz, na jakie działania warto poświęcić czas, a na jakie nie. Z drugiej strony, wierzę w taką ciężką, pozytywistyczną robotę. Że nie ma jednego złotego środka.

Nie zbudujesz pozycji tylko na socialach mediach. Tak samo jak najlepsza nawet recenzja nie zrobi z twojej książki bestsellera. To zawsze jest splot wielu działań, kombinowanie na wielu frontach. Jednego dnia idziesz do telewizji, kolejnego piszesz komentarz na facebooku, a trzeciego udzielasz wywiadu blogerowi. 

Zawsze mnie ciekawiło jak bardzo rzeczywistość opisywana w książkach kryminalnych pokrywa się z realnym życiem policjantów. Ty pracowałeś w wywiadowni gospodarczej więc miałeś do czynienia z policją i detektywami więc sądzę, że starasz się jednak dość realnie opisać te realia?

Jasne. Natomiast raz jeszcze powtórzę, to fikcja, fabuła. Pewne rzeczy trzeba uprościć, inne pokazać inaczej w atrakcyjny dla czytelnika sposób. Wiesz, jeden z funkcjonariuszy powiedział mi kiedyś, że praca policjanta polega w sześćdziesięciu procentach na wypełnianiu formularzy, w trzydziestu procentach na poprawianiu błędów w tych formularzach, a w dziesięciu na tej prawdziwej policyjnej robocie.

A przecież nikt nie chce czytać książki, w której główny bohater przez ponad połowę czasu przebija się przez papierkową robotę. Niemniej, jestem jakoś dumny z tego, że wszyscy policjanci, o których wiem, że czytali moje książki generalnie je chwalili.

Jasne, rzucali pewne uwagi, że coś tam się nie zgadza, że w rzeczywistości postąpili by inaczej, ale jakoś odnajdują w tych powieściach prawdę o swoim zawodzie.

Jak wygląda Twój proces pisania książki? Pewnie jest pomysł, zaczyn. A potem? Naklejasz żółte karteczki na ścianę, piszesz ogromne opisy postaci w Wordzie czy siadasz z piórem wiecznym i piszesz jak leci?

Potem jest długa i męcząca praca nad planem, konspektem powieści. Nienawidzę tego etapu. Nie ma w nim niczego pociągającego. To ślęczenie nad kartką papieru z długopisem i kreślenie kolejnych wersji tej samej historii. Ale nie da się tego zrobić inaczej.

Kryminał to gatunek, który wymaga od autora niewiarygodnej precyzji. Wszystko tam musi logicznie z siebie wynikać. Trzeba więc wiedzieć, kto kogo zabił i dlaczego. A także, jak główny bohater ma rozwiązać zagadkę.

Czytałem kilka wywiadów z twórcami, którzy twierdzili, że podczas pisania wpadają w specyficzny trans i piszą sami nie wiedząc gdzie ich poniesie wyobraźnia. Sami do ostatniej strony nie wiedzą “kto zabił”. To jest możliwe? Książka może “sama” się pisać? A co ze słynnym “writer’s block”?

Wiesz, ja naprawdę nie wierzę, żeby twórca kryminału do końca nie wiedział „kto zabił” i napisał dobrą książkę. Ale dobra, przejdźmy jednak do sedna twojego pytania. Tak, książka może się w pewnym sensie „sama pisać”. W pewnym momencie Ci bohaterowie, których do tej pory miałem w głowie i którzy do tej pory byli tylko zbiorem słów, rzeczowników, przymiotników, nagle ożywają.

Zaczynają mówić własnym językiem, mają jakieś uczucia, myśli. I tak, czasami się okazuje, że ten plan nad którym tak długo siedziałem, trzeba wyrzucić do kosza i zacząć pracę od początku, bo postacie zaczęły się zachowywać inaczej niż to przewidywałem. To dziwna chwila. Trochę przerażająca i trochę magiczna.

A co do pisarskiej blokady, to mnie się to nigdy nie przydarzyło. Ale wiesz, ja też głęboko wierzę, że pisanie w osiemdziesięciu, dziewięćdziesięciu procentach to działalność czysto rzemieślnicza.

Masz pewien zestaw umiejętności i narzędzi i z nich korzystasz. Ludzie mitologizują ten zawód. A przecież nikt nigdy nie opowiadał o blokadzie krawieckiej czy blokadzie kowalskiej.

Drukowałeś swoje teksty w między innymi “Nowej Fantastyce”. Nie kusi cię żeby poeksperymentować z innymi gatunkami? Może horror?

Tak, kusiło mnie. I to wielokrotnie. Napisałem nawet powieść fantastyczną „Królowa Głodu”, która nawet zebrała niezłe recenzje. Natomiast to wszystko nie jest takie proste. Napisanie książki zajmuje mi około roku pracy. Jestem znany jako twórca kryminałów.

Mam swoich czytelników, którzy mają swoje oczekiwania. Nie wiem, jak zareagowaliby na powieść w zupełnie innym gatunku. To kolosalne ryzyko. Nie wiem, czy mam odwagę je podjąć.

Miałeś propozycje pisania scenariuszy filmowej albo seriali?

Sporo tego było, ale tylko jeden projekt doszedł do skutku. Mówię oczywiście o ekranizacji „Żmijowiska”. Jestem tam współautorem scenariusza razem z Daną Łukasińską. Natomiast powiem ci szczerze, jakby to dziwnie nie zabrzmiało, nie ciągnie mnie w stronę kina. Pisanie scenariuszy to zupełnie inny sport. Potrzebne są inne umiejętności, inny sposób myślenia. A potem i tak cała chwała spada na reżysera!

Na zakończenie zapytam się o czym marzy autor kryminałów w Polsce? O czym marzy Wojciech Chmielarz?

Jestem niecałe dwa tygodnie po premierze mojej najnowszej powieści. Wakacje spędziłem jeżdżąc na festiwale literackie i na spotkania autorskie. Dlatego szczerze? O czym marzę w tej chwili? O kilku dniach odpoczynku.

Zapisz się do mojego newslettera

Raz w tygodniu wyślę Ci wyselekcjowane informacje ze świata: technologii, biznesu i mediów. Jeśli interesujesz się startupami, dronami, drukiem 3D, EV, VR, AI, AR, video czy bitcoinami to witaj w domu.

Obiecuję - zero spamu tylko samo "mięcho"!

Wahasz się? Dostaniesz też za darmo w PDFie komiks "Strange Years" stworzony przez Michała "Śledzia" Śledzińskiego!




Dziękuje, nie chcę