Grono strikes back
7:29 6th May 2008

Wybudzając się z błogiego lenistwa niespodziewanie otrzymałem oficjalną odpowiedź z Grono w temacie wywiadu z Tomkiem Lisem. Odezwał się w tym samym czasie Wojtek Sobczuk oraz Michał Krzemień zarzucając mi manipulację, oszczerstwa i stawanie po stronie Tomka Lisa w zamian za czerpanie korzyści z tego ohydnego procederu…
Komentarz takiej oto treści zagościł pod tym wpisem:
“Arturze,
chcialbym Cie spytac dlaczego opublikowales na swoim blogu ten post szkalujacy moja osobe i pelen nieprawdy. Czy jestes jakos zwiazany z Tomaszem Lisem i jego probami wyludzenia ode mnie pieniedzy? Jestes jego przyjacielem/wspolnikiem w oszustwach? Czy dlatego nie zweryfikowales ani slowa z tego co napisal o mnie ze mna? Wyjasnij prosze co Cie do tego sklonilo”.
Cieszy mnie to, że ktoś z Grono w końcu odniósł się do opublikowanego ponad dwa miesiące temu wywiadowi z Tomkiem Lisem. Odpowiadam publicznie ponieważ jest to odpowiedź na komentarze Wojtka i Michała, które każdy może przeczytać.
Cieszy mnie też ton wypowiedzi Wojtka i Michała - obaj zarzucają mi wiele: począwszy od oszczerstwa, manipulację, brak standardów dziennikarskich - Panowie, więcej wyobraźni! Dorzuciłbym jeszcze: efekt cieplarniany, porażki Kubicy i łysienie plackowate. Tak jest za tym wszystim stoję ja a w wolnych chwilach przekabacam wiernych userów Grono i proponuję im rejestrację w Bebo. Panowie, litości!
Wojtku - ewidentnie macie (jako Grono) problemy z reagowaniem w tzw. sytuacjach kryzysowych. Sami produkujecie problemy, które potem wybuchają Wam w twarz: sprawa blip / blimp, walka z wynikami głosowania na AntyWebie, dziwaczne zmiany wpisów na Wikpedii - to tylko ostatnie przykłady skandali wygenerowanych przez Was samych.
Sprawa Tomka (zostawmy na chwilę ocenę sporu kto ma w nim rację) jest także klasycznym przypadkiem zamiatania pod dywan - a nuż się uda i rozejdzie się po kościach. Jako zespół Grono mogliście dojść do porozumienia dawno temu i załatwić to po cichu - w wyniku działań obu stron sprawa nabrała rozgłosu i wymaga załatwienia w świetle reflektorów. Upublicznienie jej było już tylko kwestią czasu.
Do Tomka mam stosunek neutralny - jego wypowiedź opublikowałem ponieważ Tomek w przeciwieństwie do Was zgodził się odpowiedzieć na moje pytania bez problemu. Czy ja mu wierzę to moja osobista sprawa i nie starałem się aby moja postawa czy komentarz sugerował publicznie moje sympatie. Ważne dla Was powinno być co sądzą na ten temat internaci a to możecie poczytać w komentrzach pod wywiadem.
Jak może zauważyłeś jako osoba mieniąca się blogerem przypisałem sobie prawo komentowania wydarzeń i otaczającej mnie rzeczywistości. Nie jestem dziennikarzem, nie obowiązują mnie kodeksy etyczne ani komisje koleżeńskie - te kwestie rozwiązuje za pomocą zdrowego rozsądku. Możesz powiedzieć, że napisałem kłamstwo jeśli udowodnisz mi to - inaczej rzucasz bezpodstawne oskarżenia.
Jako samowolny komentator sam wybiera cel i źródło. Jeśli zarzucasz mi stronniczość to ja odpowiadam - dopełniłem obowiązków i starałem się pozyskać wiedzę z obu stron barykady. Wasze milczenie było dla mnie jednoznacznym dowodem, że nie chcecie (ze mną) rozmawiać na ten temat.
Kwestia problemów w (i z) Grono jest powszechnie znana od lat tym którzy znają się w branży. Tomek postanowił udzielić wywiadu mnie (hmm nie wiem czy wiesz ale również publicznie o zgrozo wypowiadał się podczas tego spotkania Bootstrap) poniewaz poprosilem go o to i byla to moja inicjatywa. Uważam, ze morał płynący z tej historii moze stanowić nauczke dla innych mlodych ambitnych polskich start-upow’ców.
Zarzucasz mi szarganie Twojego nazwiska, pisanie kłamstw - wybacz ale z przedstawionego wywiadu według mnie nie można wyciągnąć takich wniosków. Możesz oczywiście się nie zgodzić z moją opinią i skierować sprawę do odpowiednich instytucji. Deklaruję publicznie, że służę swoją osobą jeśli taki pomysł powstanie w Twojej głowie.
Poza tym to nie jest wypowiedź moja ale Tomka więc jeśli uważasz, że ja powinnienem czuć się odpowiedzialny za postępowania Tomka to muszę Cię zmartwić - nie muszę. Jako osoba dorosła Tomasz Lis odpowiada za wszystkie swoje działania samodzielnie. Tak to już jest po skończeniu 18 roku życia (w Polsce).
Rozumiem, że uważasz wersję Tomka za odbiegającą od prawdy. Oczywiście masz takie prawo. W tym wypadku albo przedstawisz własną wersję (opartą na sprawdzalnych faktach) albo uznam, że nie posiadacie żadnych istotnych argumentów aby zarzucać kłamstwo mi czy Tomkowi.
Jeśli żądasz sprawiedliwości - proszę bardzo opisz jak to było z początkiem Grono w Twojej wersji. Oczekuję, że dotrzymasz słowa i prześlesz mi swój tekst. Jak już wspomniałem kilka razy - gotów byłem i jestem opublikować wersję obu stron aby czytelnicy sami wyrobili sobie własne zdanie. Skorzystasz?
Płakanie, że jestem zły, okrutnie traktuję Grono i działam na korzyść nie wiadomo kogo (Fotki? N-K? Bebo?) jest histerycznym argumentem. Nie mam i nie posiadam udziałów w żadnym serwisie społecznościowym a moja firma Revolver Interactive nie pracuje dla żadnego Waszego konkurenta.
Moja propozycja - uderzcie się gremialnie w piersi, posypcie głowy popiołem (jako zarząd i właściciele) i zacznijcie traktować internautów, użytkowników swojego serwisu poważnie. Grono stacza się sukcesywnie w przepaść (to oczywiście moje zdanie) i próba zaklinania rzeczywistości nie zmienią tego. Ani znajdowanie tematów zastępczych i próba kneblowania innych źródeł niż Wasza firma.
Tak z ciekawości - jak według Ciebie miałaby wyglądać Wasza autoryzacja wywiadu z Tomkiem? Miałbym wyrzucić wszystkie fragmenty w których pojawiają się kwestie sporne? Miałbym opublikować kadłubek wywiadu tylko dlatego, że jednej z zainteresowanych stron nie spodobało się kilka fragmentów? Mamy chyba inne wyobrażenie o prowadzeniu bloga i zabawy w quasi-dziennikarzenie.
Zmiany w serwisie o których słychać od lat może zahamują proces stagnacji ale być może (oby nie) okaże się, że zbiór 1 mln internautów jakie pozyskało Grono nie jest w stanie utrzymać serwisu w perspektywie 2-3 lat. Szkoda abyście zniknęli z rynku w takim stylu i to teraz.
Michale - twój profil zniknął z serwisu GoldenLine. Co to może oznaczać? Ja stawiam na wzięcie się do roboty kogoś z PR kto zakazał wypowiadania się “czołowym” zderzakom Grono.
A może w końcu sponsorom Grono przestała się podobać sytuacje w której serwis pogrążony w stagnacji ssie wagony kasy a członkowie zarządu angażują się w pyskówki na forach i blogach zamiast pracować nad poprawą serwisu?
Albo może sam skasowałeś swój profil bo przestały Ci się podobać rozmowy na forach GL dotyczące Grono - w większości pokazująca niezadowolenie internautów z obecnego kształtu serwisu?
Michale - Twój poziom wypowiedzi nadal mnie bawi i zdumiewa. Jak ulał pasuje do Ciebie taki klasyczny opis “śmieszy, tumani, przestrasza”. Napisałeś:
“Z zalozenia nie dyskutuje z ignorantami. Ale to nie upowaznia Cie do publikowania oszczerstw w stosunku do osob ktorych nawet nie spytales o komentarz”
Mail z pytaniami jaki Ci wysłałem nie był zaproszeniem do dyskusji tylko prośbą o ustosunkowanie się kogoś z Grono (niekoniecznie Ciebie). Zbyłeś mnie, nie raczyłeś odpowiedzić a teraz imputujesz mi ignorancję. Gdzie logika, gdzie sens?
“A jesli nie wiesz jak sie weryfikuje jakikolwiek artykul, to zanim sie wezmiesz za dziennikarstwo(?) to polecam prawo prasowe poczytac”
Aby zweryfikować artykuł trzeba go najpierw móc przesłać zainteresowanemu. Olaliście mnie więc nie chcąc czekać w nieskończoność na ruch z Waszej strony puściłem wersję Tomka. Miałem czekać aż łaskawie ruszycie cztery litery i po dwóch miesiącach mi odpowiecie? Może tak działa się w Gronie. Ja wolę pracować inaczej.
Wtręt o przekręcaniu ksywy / aliasu - tak, przepraszam masz rację. Tutaj się zgadzam i powiem, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Zdarza mi się w trakcie pisania przekręcać daty, liczby, nazwiska. Przyjmij moje przeprosiny.
Mam nadzieję, że doczekam się odpowiedzi od Wojtka, Michała a może nawet Roberta i przedstawienia wersji drugiej wydarzeń dotyczących powstania Grono.
Panowie - bardzo Was do tego zachęcam!
May the Force be with you!
Obrzydliwie bogaty jak Piotr Majewski
8:00 29th April 2008

Natrafiłem ostatnio przypadkiem na kilka newsów i wpisów poświęconych Piotrowi Majewskiemu - osobie z którą sam się parę lat temu zetknąłem a nawet wykupiłem kurs polecany przez jeden z jego serwisów. Majewski jest osobą, która nie pozostawia obojętnym komentujących - zarzuca mu się stosowanie prostych czy metod na sprzedaż swoich mało odkrywczych książek i kursów. Inni twierdzą, że Piotr Majewski posiadł to “coś” i dzięki jego naukom można daleko zajść…
Powiem szerze, że parę razy już miałem ochotę napisać o Piotrze i osobach prowadzących podobne biznesy. Zwlekałem szukając jakiegoś pomysłu na to jak do tego się odnieść. Wybrałem w końcu metodę standardowego wywiadu via mail (szkoda, bo pewnie gdybyśmy mieli możliwość rozmawiania face-2-face parę wątków można by rozwinąć) oraz mój komentarz jako ustosunkowanie się do całości wypowiedzi Piotra.
Ponieważ obiecałem Piotrowi, że nie będę dokonywał zmian w tekście (sam zainteresowany potwierdzi to) poniżej znajdziecie odpowiedzi na moje pytania zadane Piotrowi w takiej formie w jakiej dostałem je od przepytywanego. Enjoy!
AK- Piotrze - możesz się przedstawić?
Piotr Majewski, redaktor CzasNaE-Biznes
AK - Jakiego typu biznesy zakładałeś i co obecnie robisz?
dz. gosp. oraz s.c. (spółka została zamknięta po 2 latach z kawałkiem). Generalnie usługi edukacyjne, szkoleniowe i dla e-biznesu, rzadziej konsultacje.
AK - Jak w zasadzie zaklasyfikować Ciebie - chcesz być postrzegany jako biznesmanem, menadżerem, wizjonerem? Chcesz być polskim Robertem Kiyosakim? Brianem Tracy?
Przedsiębiorca. Menadżer ze mnie jest słaby. Chciałbym być wizjonerem z prawdziwego zdarzenia, ale na razie pozostańmy przy doradcy.
AK - Prowadzisz wiele stron, forum - wygląda na to, że świetnie na nich zarabiasz. Na co wydajesz zarobione pieniądze?
Na rodzinę, mieszkania - kupuję w maju trzecie, na sprzęty AV, komputery i dobre jedzenie.
AK -Kolekcjonujesz samochody? Grasz w golfa na drugim końcu świata?
Jeszcze mnie na to nie stać. Własnego samochodu nie mam, zatrudniam kierowcę z samochodem, a na dłuższe wyprawy wybieram pociąg i taksówki - dzięki temu wydajniej wykorzystuję mój czas.
AK - Nie znam osobiście żadnej bogatej osoby, która ma czas na robienie show z
tego, że zarobiła pieniądze…
W Polsce też nie znam. Za granicą znam bardzo wielu.
AK- ..”jestem milionerem - zrobię z Ciebie też milionera”…
Ja nie jestem milionerem. Zarobiłem milion (nie mówię o obrotach, bo to żadna sztuka) mając 25 lat zaczynając od komputera i modemu. Nigdy nie miałem żadnego dofinansowania, nie miałem też wielu pracowników. Jestem na dobrej drodze aby zostać wielokrotnym milionerem.
Z nikogo nie zrobię też milionera, mogę jednak pokazać dokładnie, jak tego osiągnąć.
AK - Piotrze ty jesteś milionerem? Jak wielki majątek stosując swoje rady, możesz się pochwalić?
Gdybym mieszkał w innym kraju, może bym Ci odpowiedział.
AK - Wiele komentarzy negatywnych na Twój temat na jakie trafiłem podkreśla, że próbujesz kreować się na guru marketigu, PR i reklamy ale tak naprawdę zarabiasz na naiwności subskrybentów. Jak byś odpowiedział na taki zarzut?
Po kolei. Po pierwsze na pewno nie jestem guru PR ani reklamy, bo PR i reklamy prawie w ogóle nie stosuję poza e-mail marketingiem, w którym jestem jednym z najskuteczniejszych w Polsce (jak ktoś się chce zmierzyć, to zapraszam).
Jeśli chodzi o marketing to też nie, ale w e-marketingu potrafię zagiąć prawie każdego (poza specjalistami SEO i SEM), jeśli mówimy o skutecznym, a nie kreatywnym e-marketingu.
Co do naiwności subskrybentów. Zgodzę się, jeśli ktoś mi udowodni, że moje rady są nieskuteczne. Nie chodzi mi jednak o argumenty, bo te z łatwością obalę, chodzi mi o dowód naukowy.
Ponad 7 lat ludzie na mnie psioczą, a jeszcze nikt mi nie udowodnił nieskuteczności moich rad.
AK- Czujesz się ekspertem w SEO / SEM?
5 lat temu tak. Dzisiaj nie, za dużo się zmieniło, a ja tego nie śledzę. Ale i tak wiem więcej niż zdecydowana większość e-biznesmenów na ten temat, bo znam wielu ekspertów SEO i SEM. Mogę więc doradzać w tej kwestii do pewnego poziomu.
AK -Uważasz, że Twoja wiedza, metody i poglądy na temat spamu uprawniają Cię do tworzenia ofert z wykorzystaniem pozycjonowania i mailingów?
Jeśli chodzi o spam jestem z całą pewnością człowiekiem, który w Polsce najwięcej biznesów uświadomił w kwestii e-mail marketingu zgodnego z ustawą i nietykietą.
E-mail marketing robiłem profesjonalnie i skutecznie, gdy najwięksi w Polsce nie mieli o tym pojęcia… zresztą do dzisiaj większość nie ma.
AK- Sprzedajesz wiedzą dotyczącą e-marketingu i Internetu. Mogę znać jakaś polską kampanię reklamową / wirusową w sieci stworzoną przez Ciebie albo Twoją firmę?
Nie zajmuję się reklamą poza e-mail marketingiem. Więc nie znajdziesz żadnych kampanii reklamowych / wirusowych stworzonych przeze mnie.
Zajmuję się tym, co się dzieje z prospectem/klientem gdy już wejdzie na stronę lub gdy kupi. Zajmuję się też organicznym (bezpłatnym) ściąganiem ludzi na stronę.
AK - Nie masz czasami wrażenia, że to co robisz Ty i parę innych osób w Polsce (np. Kamil Cebulski) to gdyby zdjąć Wam krawaty i cygara ze zdjęć to bylibyście mało wiarygodnymi chłopakami, którzy znaleźli niszę sprzedaży porad i szkoleń za grubą kasę?
Tak, w moim wieku (25 lat) byłbym mało wiarygodny, gdyby nie szło za mną 8 lat w e-biznesie, bestseller i zaprojektowanie od strony merytorycznej największego projektu szkoleniowego z zakresu e-biznesu w historii Polski (3 dniowe szkolenia, 1900 firm przeszkolonych).
AK - …dość naiwnym i biednym ludziom?
Obrażasz ludzi, którzy czasami mają znacznie większe doświadczenie w biznesie niż Ty i ja razem wzięci. Większość moich klientów (robię cykliczne badania) to właściciele biznesów z wyższym wykształceniem w wieku 30-40 lat. Oni jednak po prostu robią swoje.
Z drugiej strony jest dużo ludzi, którzy mieli chęć a nie mieli samozaparcia i te sfrustrowane osoby można spotkać w sieci, gdy piszą o mnie.
Moi klienci dostają ode mnie 30 dniową gwarancje satysfakcji, z której korzysta 1% klientów. Gdybym ich oszukiwał, zbankrutowałbym wiele lat temu
AK - Uważasz, że Ty ze swoją wiedzą możesz uczyć ludzi jak stać się milionerami?
Tak. Każdy, kto jest dobrym menadżerem, ma moją wiedzę i nie jest głupi zrobi milion dla siebie w 2 lata. Mi to zajęło 5, bo żaden ze mnie menadżer i wiele robiłem sam tracąc na to masę czasu.
A jak ktoś nie jest menadżerem to potrzebuje dużo samozaparcia i może trochę więcej czasu niż 2 lata.
AK- …i jesteś tak samo wiarygodny jak Kulczyk, Sołowow czy Krauze?
Oczywiście że nie. Oni są tysiąc razy bogatsi ode mnie i działają w biznesie 3, 4 razy dłużej.
AK – Piotrze deklarujesz, że chcesz być “obrzydliwie bogaty”. Co dla Piotra Majewskiego znaczy “obrzydliwie bogaty” - jak szejk naftowy, jak Bill Gates?
Wystarczy mi pierwsza setka wśród Polaków… przynajmniej dzisiaj mi się tak wydaje. Sądzę jednak, że będzie to możliwe głównie dzięki zagranicznej części mojego e-biznesu.
AK- Rozumiem, że odnosisz się do bogactwa finansowego nie duchowego?
Moja rodzina (żona i synek) sprawiają, że czuję się obrzydliwie bogaty duchowo.
AK- Na stronie Twojej akademii znajduje się taki tekst “chcesz być kolejnym internetowym milionerem”. Znasz kogoś kto w Polsce dorobił się milionów złotych na Internecie?
Zdaje mi się, że Rafał Agnieszczak mógł tyle zarobić oraz właściciele innych, czołowych Polskich portali… ale bogacenie się w Internecie to coś innego niż poza nim.
Jak inwestujesz w nieruchomości, to bardzo łatwo stać się milionerem i to widać. Jak działasz w Internecie to możesz być po prostu zamożnym i mieć e-biznes warty wiele milionów - tego nie widać, póki ktoś go od Ciebie nie kupi - np. taki Popowicz milionerem nie jest, ale jego majątek jest warty przynajmniej 3 miliony złotych, jeśli z resztą ekipy naszej-klasy ma po równo udziałów. Ale pewnie też nie gra w golfa na końcu świata i nie kolekcjonuje samochodów.
Znam wiele osób, które zarobiły wielokrotnie więcej w Internecie niż ja, bo są np. dobrymi menadżerami. Sęk w tym, że te osoby nie potrafią lub nie chcą swoich doświadczeń przkezywać innymi, a ja potrafię uczyć i dowodem na to jest moja popularność wśród tych, którzy chcą się uczyć.
W ofercie kursu “Obrzydliwie Bogaty” napisałem: “Jeśli znasz kogoś, kto jest już obrzydliwie bogaty i ta osoba chętnie pomoże Ci dojść do tego samego, słuchaj tej osoby. Nie ma lepszej drogi.”
AK - Zapewne wiesz co znaczy termin “pisać jak Majewski” albo “styl Majewskiego”. Jest to termin o zabarwieniu pejoratywnym i chyba niezbyt pochlebny.
Ludzie go stosujący nie mają pojęcia o skuteczności, a “kreatywni copywriterzy” ich utwierdzają w swojej opinii, bo znacznie łatwiej napisać tekst kreatywny niż skuteczny. Nie mógłbym stworzyć agencji kreatywnej, ale w kwestii skutecznego copywritingu niewiele agencji przebiło by moje teksty (chętnie się zmierzę).
Rozmawiałem kiedyś z dyrektor marketingu w jednej z największych firm w Polsce stosujących direct marketing. Powiedziała mi wtedy, że rozmawiała osobiście z copywriterami każdej liczącej się agencji reklamowej w Polsce i żaden nie miał pojęcia o skutecznym pisaniu. Podkreśliła słowo “żaden”.
Z kolei dyrektor ds. promocji wydawnictwa “Wiedza i Praktyka” stwierdziła: “Nareszcie ktoś w Polsce w profesjonalny sposób porusza zagadnienia e-marketingu i copywritingu.”. WiP stosuje wyłącznie direct marketing i są dzięki temu czołowym wydawnictwem w Polsce.
To, że ktoś pisze slogany do reklam nie czyni do Copywriterem, najwyżej autorem sloganów, których skuteczności nikt nie zbadał.
AK - Wydaje mi się, że jesteś zafascynowany NLP i starasz się wykorzystywać w swoich działaniach wiedzę z tym obszarem związaną. Nie masz wrażenia, że kiedyś NLP było czymś tajemniczym a teraz pojawiła się duża konkurencja, która sprzedaje kurs techniki NLP do podrywania dziewczyn? Warto jeszcze przyznawać się do wykorzystywania NLP?
Reklama służy dzisiaj do promowania stron pornograficznych. Warto przyznawać się do stosowania reklamy?
Dla mnie NLP to jedno z narzędzi. Przeszedłem tylko podstawowy kurs NLP, ponieważ poznałem osobiście większość najważniejszych trenerów w Polsce i nie czułem potrzeby duplikowania ich umiejętności.
AK - Żałujesz, że zamieściłeś tekst “Śmiali się, że…, ale kiedy”? Ten tekst w niektórych kręgach jest kultowy i stawiany jako anty wzór pisania ofert. Teraz mając parę lat więcej napisałbyś taki wstęp i zamieścił na swojej stronie?
Nie żałuję. Nadal jest to nagłówek mojej oferty, tylko krótkowzroczni “analitycy” e-biznesowi uznali, że zamiast starej długiej oferty teraz stosuję tzw. squeeze page z krótką ofertą. Prawda jest taka, że za tą krótką ofertą jest stara, długa. Ale trzeba umieć liczyć i znać się trochę na sktuecznym marketingu, aby rozumieć dlaczego tak się stało.
Co do nagłówka nienawidzę go, nie znoszę i patrzeć na niego nie mogę. Chwilowo jednak jest najskuteczniejszy i to odróżnia mnie od kreatywnych copywriterów.
AK - Powiedzmy, że chcę założyć serwis internetowy i zarabiać na nim. Co mam zrobić i jak zacząć? Jakiej porady mógłbyś udzielić takiej osobie?
Kup dostęp do cneb.pl, a jak nie masz pieniędzy, to zastanów się kto jest Twoim klientem i spytaj go czego potrzebuje. Ta druga rada jest tak banalna, a mogę się założyć, że 99% e-biznesów nigdy tego nie zrobiło.
AK - Piotrze, dziękuję za wywiad
Komentarz do wywiadu:
Przed przygotowaniem pytań dla Piotra nie postawiłem sobie żadnej tezy ani założeń. Przejrzałem fora, strony i notowałem pojawiające się opinie i głosy. Starałem się po “dziennikarsku” pozostać obiektywnym i nie zadawać pytań sugerujących, obraźliwych czy po prostu nie przemyślanych. Piotr z tego co mi napisał w mailu podsumowującym wywiad twierdzi, że starał się poziomem “ostrości” dostosować się do mojego poziomu. Nie mnie to oceniać.
Nie podaruję sobie jednak komentarza osobistego do powyższego wywiadu :) W przeciwieństwie do wielu osób złośliwie komentujących praktyki Majewskiego uważam, że błędem jest próba uciszania Piotra. Pomyślcie ilu z ludzi, którzy wykupią te kursy “zostań milionerem w weekend” czy też zakupią cudowne mechanizmy do spamowania albo e-kursy pozwalające nagle z niczego stać się obrzydliwie bogatym - ilu z tych ludzi nie stanie się nigdy Waszymi klientami czy zleceniodacami.
Oni po prostu żyją w innej galaktyce, myślą i mówią jak Klingoni i wierzą ślepo w NLP. Ja dziękuję Piotrowi Majewskiemu, że za własną kasę zbudował firewall oddzielający mnie od tego całego zalewu e-ludzi z ich e-poglądami nabytymi na e-kursach albo wyuczonych na e-bookach.
Piotr ma rację, że trudno mu zarzucić działania niezgodne z prawem czy też szeroko pojętą etyką. Ja mam prostszą metodą “badania” takich biznesów - po prostu staram się zrozumieć gdzie jest haczyk i na ile ten haczyk jest uczciwy dla mnie jako klienta końcowego. W przypadku biznesów Piotra haczyk polega na tym, że jest (było i będzie) wiele osób apsirujących albo chcących zmienić swój status społeczny szybko i bezboleśnie - dlatego wiele osób chce wierzyć, że kupując kurs za 1 tys. pln zarobi miliony.
I dlatego nie mam pretensji do Piotra. On wyczuł niszę, ma towar i nim dealuje. Głupcami są Ci którzy wierzą w stanie się milionerem za jedyne 9,99 pln netto albo w to, że łykną tabletkę i stracą 10 kg w nocy. Są dwie nieskończone rzeczy - głupota ludza i wszechświat.
Winić powinniśmy mnie / Ciebie / społeczeństwo, że widząc takiego pacjenta nie stara mu się wytłumaczyć, że osoba o wzroście 120 cm nigdy nie będzie w stanie grać w NBA. A niestety widzę, że z tłumu kupującego złote myśli Piotra wiele osób zamiast wędki dostaje po prostu nawet nie samą rybę ale tylko jej obietnicę. Smutne ale to też bizes.
Jeśli ktoś poczuje się obrażony przez moje porównania to poproszę o dowód na sprawdzalność tezy Piotra Majewskiego (może być też Kamila Cebulskiego) z wykorzystaniem: PITa rocznego albo wpisu do KRS (w przypadku firmy). Chętnie odszczekam swoje argumenty. W innym wypadku lojalnie ostrzegam, że będę do bólu prześmiewczy i okrutny w komentrzach.
Materiały dodatkowe dla dociekliwych:
> Wpis na blogu Patrycji “Shrew” Kierzkowskiej, który stał się inspiracją do przepytania Piotra.
> dyskusja na forum poświęcona mailingowi będaca pokłosiem newslettera CNEB.
> kolejny wpis poświęcony Majewskiemu - tym razem jego metodom i stylowi pisania ofert
> Ciekawostka - Piotr zarejestrował domenę “obrzydliwiebogaty.pl” ale nie “com.pl”. Skucha czy przemyślan. Postanowiłem również stać się obrzydliwie bogaty i zakupiłem tę domenę. Cały czas zastanawiam się co tam zamieścić - jakieś pomysły?:)
> Strona Obrzydliwie Bogatego Piotra Majewskiego - dziwne, że jednak w subdomenie implesite?
> …oraz na koniec strona Internetowego Milionera Piotra Majewskiego.
New Connect Club
23:12 24th April 2008

Skorzystałem z zaproszenia od Ewy Stępień i Michała Fabera organizatorów i animatorów NCClub. Mile zostałem zaskoczony atmosferą oraz drinkami i cateringiem. Pałaszując i popijając winem słuchałem opowieści Adama Maciejewskiego oraz Aleksa Osadzińskiego…
Spotkanie w czwartkowy wieczór zaingurowało cykl spotkań New Connect Club w zamyśle organizatorów - miejsce spotkań ludzi z branży IT oraz “garniturowców” z GPW i NC. Faktycznie garniturów było dużo na sali ale krawatów już mniej.
Spotkałem parę znajomych twarzy ale generalnie zaskoczył mnie brak wielu osób developujących swoje projekty widywanych na Auli. Czyżby jednak NC był traktowany jako zło konieczne w szukaniu funduszy? Ciekawy temat do sprawdzenia przy najbliższej okazji.

Adam Maciejewski - GPW - copyright by NCC
Jakby ktoś nie wiedział Adam Maciejewski jest członkiem zarządu NC. Alex Osadziński natomiast pracuje dla VC Trinity i działa od 20 lat w rejonie Doliny Krzemowej nad własnymi start-up’ami oraz przy doradzaniu i inwestowaniu w nie.

Michał Faber na NCC - copyright by NCC
Alex przedstawił prezentację jak działają VC w Dolinie, dlaczego warto być start-upem w US i jakie widzi główne różnice między działaniami funduszy w Stanach a w Europie. Generalnie bida z nędzą panowie i panie - sam Osadziński do tej pory przeputał na start-upy jakieś 230 mld $ (tak, tak - miliardów) jako osoba pracująca w Trinity. Jak to się ma do naszych krajowych VC wolę nie pytać - pewnie troche gorzej…

Alex Osadziński - facet z miliardami dolarów na pomysły - copyright by NCC
Trinity dostaje rocznie jakieś 3 tysiące pomysłów z czego finałowo inwestuje się w 10 pomysłów. Alex podkreślał jednak, że dla niego kontakt z młodym przedsiębiorcą jest świętością - zawsze odpisuje na maile i spotyka się z interesująco wyglądającymi projektami. Dlaczego? Proste - każdy z odrzuconych może być kolejnym Facebookiem albo Googlem. A taka świadomość boli VC.
W Dolinie ważna jest reputacja, którą buduje się latami - nikt normalny nie będzie traktował start-upy jak upierdliwe muchy bo zrażenie do siebie danego przedsiębiorcy może drogo kosztować kiedy to trafi się za jakiś czas na tego samego gościa, którego się wyrzuciło z “głupim” pomysłem.
Ciekawostkę jaką podkreślił parę razy Osadziński - w Stanach jest powszechny element “naiwności”. Taka naiwność skutkuje tym, że realizowane są projekty, które w Europie uznano by za debilne, dziecinne i głupie - w US nie dość, że traktuje się je poważnie i łoży kasę to zdobywają rynek i można na nich zarobić. Ot taka drobna różnica w mentalności między starym a nowym światem.
Po części oficjalnej można było “ponetłorkingować” do czego byliśmy zachęceni kolejnymi porcjami jedzenie i napitków - skorzystałem i jestem zadowolony. Jak na pierwsze spotkanie nie było źle - czekam na kolejne.
PS. Więcej fotek ze spotkania NCC znajdziecie tu
Ci, którzy zapisali się również na dzień otwarty na NewConnect mogli dostać taką fajną koszulkę zaprojektowaną przez Piotra Młodożeńca.

Ja co prawda nie miałem jej na sobie w czwartek ale jak się okazało po powrocie do domu wpasowałem się tematycznie w spotkanie zakładając hmmm… dość przedsiębiorczego t-shirta. A tak się dziwiłem dlaczego kilka osób ze zdziwieniem wpatrywało się w moją klatkę piersiową. Teraz wiem, ze nie chodziło o mięśnie…

Medale za Tybet
10:00 23rd March 2008

Sukces! Polscy zawodnicy mają zagwarantowane, że jeśli nie będą protestować i siedzieć cicho podczas letniej olimpiady w Chinach to dostaną medale. Szef Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski słusznie prawi, że każdy akt publicznej symaptii dla Tybetańczyków chińskie władzy ukarzą odebraniem medalu…
I ma całkowitą rację. Generalnie to ja w życiu pewnie nie pojadę do takiego na przykład Tybetu i guzik mnie obchodzi, że chinole kogoś biją i do kogoś strzelają. To jest bardzo daleko stąd a w Polsce jak wiadomo są Święta i ważniejsze sprawy i poważniejsze problemy. Nikt nie chciał umierać za Gdańsk to nie będziemy się martwili jakimś Tybetem (gdzie to w ogóle jest??)
Dlatego w pełni zgadzam się z szefem PKOLu Panem Piotrem Nurowskim, że po co nam to całe zamieszanie z władzami chińskimi i narażanie się na odebranie tego wora medali jaki zapewne przywieziemy z tej imprezy. Zacytujmy ponownie Pana Nurowskiego:
“Nie powiem może czegoś odkrywczego i nowego, ale my jako wolontariusze, działacze ruchu sportowego, olimpijskiego ciągle podkreślamy, że polityka jak najdalej od sportu, że sportu nie należy wykorzystywać do polityki”
Bo jak wiadomo polityka nigdy nie mieszała się ze sportem. Tak jak USA, Rosja ani Niemcy nigdy nie używali sportowców jako marionetek w politycznych przepychankach. Po prostu nie wypada kalać świętej tradycji igrzysk kiedy to (ale głupi byli kiedyś ludzie!) przerywano wojny na czas trwania. Acha no i ten stary piernik, francuski baron w kółko golony co on tam mógł wiedzieć o imprezie sportowej. Sport to piwo, czipsy i reklamy w kablówce.
Cały wywiad z ex szefem Elektrimu, który jak widać nie do końca odnajduje się w roli reprezentanta sportowców bo jego myśli są po prostu zbyt genialne dla tak przyziemnej rzeczy jaką jest sport. Dobroć i wiara w reżim chiński jaka bije z jego słów może się chyba tylko równać z dobrocią Jarosława Kaczyńskiego.
“Jako działacz sportowy, jako człowiek jestem optymistą czasami trochę niepoprawnym. Wierzę, że tak jak w Korei Południowej w 1988 roku, w tym okresie poprzedzającym igrzyska zmieniła się, nie było już reżimu totalitarnego, dyktatury, nie było gwałcenia praw człowieka, w dalszym ciągu – może naiwnie - wierzę, że Chińczycy wykorzystają tę szansę.”
Podpowiem Panu Prezesowi - niech Pan się dobrze ustawi podczas imprezy otwarcia na trybunach. Może nawet będzie Pan potem widoczny w jakimś dokumencie jakie władze chińskie zapewne nakręcą z okazji igrzysk żeby pokazać, że cały świat swoją obecnością potwierdza słuszną linię polityki rządu. Może nawet wyjdzie z tego takie dzieło?
Podczas igrzysk w 1936 roku w Berlinie Amerykanie ugieli się pod presją nazistów i nie wystawili w jednym z finałowych biegów dwóch zawodników żydowskiego pochodzenia - pewniaków do medali. Na pewno z perspektywy czasu dla takiego mocarstwa jak Ameryka jest to upokarzające doświadczenie i mało chwalebny fakt historyczny. Błędy popełniają jak widać wszyscy - małe i duże kraje. Uczmy się na cudzych błędach.
Jeśli któryś z polskich sportowców podczas olimpiady pomimo oportunizmu i braku jaj PKOL zdecyduje się na nie na zademonstrowanie sympatii z Tybetem (w jakikolwiek sposób) będę dumny i szczęśliwy jako obywatel tego kraju. Czasami nie liczą się zdobyte medale by móc mówić, że dzięki temu coś się zmieniło w świecie.
Czasami po prostu jest potrzebny jakiś ludzki gest. Daliśmy radę ruskim to chińczycy będą nam mówili co mamy mówić i robić?
Nie nawołuję do bojkotu olimpiady przez sportowców (w tym polskich) ale do pokazania władzom chińskim, że sportowcy przybyli na igrzyska nie są bezwolnymi marionetkami. Mówienie o rozdzieleniu polityki i igrzysk w momencie kiedy organizuje je państwo świadomie gwałcące prawa człowieka od wielu lat jest przerażającym i ponurym żartem z całej idei igrzysk.
Pojedźmy na tę olimpiadę ale pokażmy, że niektórych spraw nie można ukryć pod warstwą flag, konfetti i tłumów na rozkaz uśmiechających się widzów.

Wolny Tybet
Save Tibet!
PKOL
The Official Website of the Beijing 2008 Olympic Games
Polska Dolina Piachu
17:10 22nd March 2008

Kto poprawnie rozszyfrował tytuł wie już, że na tapecie pojawi się Silicon Valley (jej polska wersja a raczej powody jej braku) i sprawa “polskiego Skype’a”. W październiku tego roku upłyną dwa lata od zakładu poczynionego w świetle reflektorów przez dwóch inwestorów. Panowie założyli się o to, że w Polsce możliwe jest powstanie “giganta high-tech” na miarę Skype’a…
W 2006 roku Tomasz Czechowicz (MCI) oraz Dariusz Wiatr (Hexagon Capital) dokonali zakładu mającego rozstrzygnąć się w czasie 2 lat. Tomasz Czechowicz twierdził, że “W maju dyskutowałem z ludźmi z różnych krajów podczas branżowej konferencji venture capital w Pradze. Wszyscy byliśmy pewni, że wkrótce w Europie Środkowej - bardzo możliwe, że właśnie w Polsce - narodzi się spółka technologiczna, której ranga na świecie będzie co najmniej porównywalna z firmą Skype.” Wiatr mu odpowiadał: “Jestem zazwyczaj optymistą, typem wolterowskiego Panglossa - mówi nam Dariusz Wiatr. - Ale ten pogląd to typowe myślenie życzeniowe. Taki scenariusz nie ma, niestety, w Polsce realnych szans i mogę się o to założyć.”.
Warunki zakładu zostały jasno określone: “Kiedy rozstrzygnięcie? Na koniec 2008 r. W jakich branżach ma działać firma? Szeroko pojęte high-tech, czyli m.in. internet, technologie mobilne i bezprzewodowe, informatyka, software, półprzewodniki, biotechnologia, zaawansowane technologie medyczne. Jaka ma być miara sukcesu? Polska spółka powinna zaliczać się w swojej branży do pierwszej trójki w Europie pod względem popularności marki, liczby użytkowników (klientów) lub udziału w rynku. Za sukces uznamy też pozyskanie inwestora z absolutnej czołówki światowych funduszy venture capital (typu Benchmark Capital, Sequoia czy Kleiner Perkins).”
Stawką zakładu była butelka kalifornijskiego wina Opus One o wartości 1.5 tys. złotych (teraz pewnie tańsza po spadku dolara) co już wtedy pokazywało, że obaj panowie raczej nie rzucają na szalę wiele. Podana data zakładu mija za 7 miesięcy. Można śmiało przyjąć, że żaden z warunków postawionych w zakładzie nie spełni się. Pospekulujmy dlaczego?
Niestety lista argumentów przeciw wyartykułowana przez Dariusza Wiatra nie straciła na mocy a nawet powiększyła się. Spróbujmy zatem sporządzić listę taką listę pod tytułem “Dlaczego w Polsce niemożliwe jest powstanie spółki high-tech konkurującej ze światowymi firmami?”
* brak kultury rynkowej i biznesowej na odpowiednim poziomie
Obie strony (inwestorzy i właściciele pomysłu) patrzą na siebie i postrzegają jako zło konieczne. Inwestorzy polscy w większości ofiary bańki 1.0 nadal patrzą podejrzliwie na “dotcomy”. Ich zachwyt ale i przerażenie budzi szybkość rozwoju serwisów i usług w Internecie - wiedzą, że chcą się załapać na trend ale nie wiedzą jak. Brak wiedzy i doświadczenia w prowadzeniu takich firm powoduje, że inwestuje się sumy grubo za duże w średnie pomysły a zarazem występuje lęk przed wyłożeniem wielkiej kasy na walkę z konkurentami z zagranicy.
Pomysłodawcy otumanieni wizjami “web-dwa-zero” produkują masowo wizjonerskie produkty czy usługi, które a) działają już na rynkach zachodnich b) nie są wcale takie świetne. Niska bariera wejścia na rynek powoduje, że za “biznes” biorą się osoby, które usłyszłały coś o naszej-klasie i myślą “mi też się uda powielić pomysł albo drenować jakąś niszę”. Przykładów proszę szukać na startups.pl. 90% ogłaszanych tam serwisów wyprodukowano za mniej niż 1 tys. złotych przez grupę dwóch osób (koder+grafik).
Efekt? Zniechęceni inwestorzy, którzy bombardowani są propozycjami inwestycji w kolejny “serwis wymiany zdjęć - lepszy niż flickr!” przestają mieć chęć i siłę na szukanie perełek. Bo perełki są, ale baardzo głęboko ukryte i jakoś same nie chcą wpaść w łapy inwestorów.
* brak podmiotów wyspecjalizowanych w finansowaniu małych spółek
Wbrew pozorom w Polsce nie ma firm, które zajmują się inwestowaniem w pomysły na bardzo wczesnym poziomie rozwoju. Nie ma ani “aniołów biznesu” z prawdziwego zdarzenia ani VC czy PE inwestujących małe pieniądze w celu zobaczenia czy biznes jest sensowny.
Wiem, że jest coś takiego jak BAS ale nadal twierdzę, że to nie ten kaliber. Potrzeba jest firm chętnie inwestujących poniżej 100 tys. złotych na zasadzie “masz pomysł - zrób wersję beta i sprawdzimy Twoje założenia w testach.
Będzie okej - jedziemy z kolejną transza”. Są za to gracze “mam 10 mln złotych i co mi zrobisz”. Jeśli Twój pomysł nie łapie się na spalenie w piecu od 1 mln złotych w górę to panowie garniuturowcy z “wieżowców szklanych drzwi” nie przerwą swojego sushi-lunczu żeby cię wysłuchać.
* mentalność polaków - dobra, stabilna praca jest lepsza niż swoja własna firma
Wiele młodych osób nie stać jest na rzucenie się na głęboką wodę własnego biznesu. Paraliżuje je strach związany z utrzymaniem siebie i pracowników. Brakuje pozytywnych przykładów i case studies, brakuje realnego wsparcia państwa (zmniejszenie czasu na rejestrację firmy nic nie zmieni!). Dodatkowo osoby, które mogą zrobić coś w branży kuszone są dobrze płatnymi posadami w bankach, sektorze IT czy mediach.
Rachunek jest prosty - wolę być inżynierem w Google’u niż ryzykować własnymi środkami budując swój pomysł. Trudno tutaj bezpośrednio winić same młody osoby, ale cóż - kto nie ryzykuje ten nie jedzie.
Łukasz Foltyn czy Maciej Popowicz albo Rafał Agnieszczak i Michał Brański też mogli pewnie pójść pracować u kogoś. Wybrali własne biznesy i nieźle z tego żyją. Można? Można. No pain no game.
* dostęp do internetu i nowych technologii
Nie jesteśmy może małym krajem ale za to dość słabo korzystającym z narzędzi jakimi dysponujemy. Raport, który powinien wstrząsnąć rządem (PO przecież jasno opowiadała się za rozwojem dostępu do Internetu czy się mylę?) a przeszedł w zasadzie bez echa pokazuje, że nasze miejsce jest koło Bułgarii. Nie koło Norwegii, Danii, Niemiec czy Francji ale właśnie koło Bułgarii.
70% rodaków ma dostęp do telefonii stacjonarnej a tylko 8,4 % do szerokopasmowego internetu. A my chcemy produkować amazony, skype’y i inne yahoo’sy. Kto to będzie oglądał i za pomocą czego? Będziemy ciągnąć internet z komórek?
* wsparcie administracji rządowej w dziedzinie nowych technologii
Tego tematu nie trzeb chyba rozwijać. Lepiej ogłosić budowę Centrum Nauki Kopernika i zwołać kilka konferencji niż pomyśleć i wcielić w życie plan pomocy młodym, innowacyjnym firmom. Wiadomo - w takim centrum jak już powstanie ktoś będzie musiał objąć stanowisko dyrektora za parę lat. Idealne miejsce dla byłego ministra, który taki wniosek na budowę podpisze.
A taka spółka technologiczna panie to nie wiadomo co robi. I zdjęcia na jej tle nie można zrobić do ministerialnego newslettera bo jak garaż może być siedzibą zwykłej spółki?
* wielkość polskiego rynku
Jesteśmy zbyt małym i za mało chłonnym rynkiem, aby w miarę szybko zbudować odpowiednio duży popyt na innowacyjny produkt czy usługę. Bez duże grupy użytkowników nie rozwinie się nawet Skype czy Joost. Czyli chodzi o kwestię skali.
Czyli co? Usiąść i płakać? Niekoniecznie.
Jest Psiloc i jest IVO. Są regularnie wygrywający zawody programistyczne grupy młodych osób. Są powracający zza oceanu ludzie, którzy pracowali w prawdziwej Dolinie Krzemowej i mogą przenieść tamtejsze zwyczaje i doświadczenie na nasz grunt.
Są też oddziały Google’a i innych dużych molochów IT, które oprócz tego, że same wysysają obecnie z rodzimego rynku talenty to za chwilę będą je musiały również od siebie wypuścić i może właśnie taka osoba założy firmę, która niczym w amerykańskim śnie przejdzie błyskawicznie drogę od rodzinnego garażu do korporacji rozpoznawalnej na całym świecie.
Wiara i nadzieja to potęga a tego nigdy nam Polakom nie brakowało ale na razie przejdźmy się po Pustyni Błędowskiej i kontemplujmy jej przyrodę. Albo jej brak.
UPADTE: Tutaj Gazeta Wyborcza drukuje więcej informacji o półmetku zakładu
I ciekawostka - Polska jest technologcznym zaściankiem - więcej tutaj
Strzeż się geeka z Twitterem
8:00 12th March 2008

Wywiad z Markiem “Mr.Facebook” Zuckerbergiem przeprowadzony na SXSW przez Sarah Lacy stał się sławny w czasie paru godzin. Jeśi Twitter miały opcję “kill” to Sarah Lacy byłaby martwa już w czasie zadawania drugiego pytania. Dziś w sieci pojawił się cały zapis wideo wywiadu i każdy może wyrobić sobie zdanie na ten temat co stało się w Austin…
Wczoraj zachęcony nagłówkami RSS śledziłem lincz medialno - blogosferowy w serwisach polskich i zagranicznych. Zanosiło się na to, że będziemy świadkami pierwszego w dziejach morderstwa cyfrowego - po takiej ilości negatywnych ocen i kubłów brudów wylanych na dziennikarkę szacownego wydawnictwa inny komentarz nie przychodził mi do głowy.
Dziś rano zerknąłem na AntyWeb a potem na TechCrunch. Zaparzyłem sobie dzbanek herbaty i obejrzałem pełną relację z rzeczonego wywiadu w wersji pełnej 56 minut i 58 sekund. I zdębiałem.
Podpisuje się pod słowami Arringtona ten Pan upatruje źródło problemu w tym, że dziennikarka nie była geekiem ale seksowną młodą kobietą. Ratunku!!
Przytłaczająca liczba komentarzy dosłownie zmieszała z błotem dziennikarkę. Twitter zgrzytał i buczał od wpisów od których cierpły uszy. Użytkownicy tego zacnego serwisu używali sobie na całego podkręcając atmosferę w czasie trwania wywiadu. Patrząc na wpisy i komentarze na blogach wydawałoby się, że sam Szatan zstąpił do sali SXSW i ogłosił koniec świata.
Dla wielu osób pani Sarah Lacy właśnie zakończyła swoją karierę w mediach elektronicznych i powinna dostać dożywotni zakaz komentowanie świętych spraw dotyczących nowych mediów. Amen.
Żeby było jasne - ustalanie czy autorka wywiadu promowała swoją książkę, czy zadawała nudne pytania by jest tylko lansującą się dziennikarką, czy Zuckerberg jest “mało interaktywny” w czasie publicznych występów czy też która strona miała rację - ludzie krzyczaczy z sali, że “pytania są nudne” czy też osoby broniące Sarah Lacy. Nie chcę wchodzi w spory merytoryczne.
Każdy (zachęcam do obejrzenia wywiadu) może sobie wyrobić swoje zdanie po obejrzeniu tego wywiadu. Moje są następujące - Zucekerberg do gigantów krasomóstwa nie należy (Arrington twierdzi, że Zuckerberg jest bardzo trudną osobą jeśli chodzi o wywiady) i zapewne jego nieśmiała i wycofana postawa mocno kontrastowała z odbiorem dziennikarki.
Sarah Lacy faktycznie prezentowała się o niebo lepiej - ładna, uśmiechająca się może zbyt często zadawała dziwne pytania (czasami miałem wrażenie, że to jest randka a nie wywiad). Dodajmy, że wcześnie robiła już wywiady (do swojej książki) z Zuckerbergiem więc znają się i ich “zażyłość” może nie być udawana.
Być może kobieta dziennikarz zadająca banalne czasami (przyznaję bez bicia) pytania to było coś czego środowisko geeks i tekkies i wszelkiej maści zapaleńców z SXSW znieść nie mogło? To pytanie stawiam jako osoba uczestnicząca w ostatniej Auli podczas której widziałem reakcję uczestników na zapowiedź spotkań Geek Girls. Z sali posypały dość jarczmarno-koszarowe żarty. Wypadek przy pracy? Nie sądzę.
Wróćmy do SXWS. Pierwsza fala ataku została przypuszczona przez grupę osób komentujących wywiad na Twitterze potem rozlała się na blogi. Osoby wyposażone w laptipy na sali zapewne czytały komentarze innych (nie znajdujących się na konfernencji osób) jeszcze bardziej podgrzewające atmosferę. Krzyki i pohukiwania z sali stawały się głośniejsze aż do momentu kiedy sam Mark zapytał o co właściwie chodzi w pytaniach dziennikarki.
Oto chodziło publice, która za pomocą oklasków w zasadzie uniemożliwiła zadanie dalszych pytań. Lider pokazał sforze, że można przypuścić atak. Ludzie pokolenia zbudowanego z hierarchii ważności na Diggu dali upust swoim frustracjom. Burn the witch! Burn her!
Jedna z komentujących osób wpis Arringtona napisała: “If twitter helps a group of bored influential people pass their time, great. But let’s keep twitter in the background, and not let it replace valuable discourse or content. The fact you can use it to whine, or led credence to a story, is painful.”.
Komentuje emocjonalnie to co się stało na SXSW z czysto osobistego punktu widzenia. Na konferencjach na których ostatnio byłem czy też uczestniczylem jako organizator regularnie pojawia się kwestia “dopuszczenia głosów z sali” jako elementu “web-dwa-zerowego” podejścia do organizowania konferencji. Dajmy ludziom platformę to zapełnią ją ciekawymi i wiele wnoszącymi do dyskusji wątkami. Guzik prawda. Trele morele.
Nie wypada nie mieć np. Blipcasta i rzutnika pokazującego komentarze na żywo (ba, część wpisów tworzona jest przez ludzi siedzących na sali) uczestnikom. Po doświadczeniach z ostatniej Auli w TVN staje na stanowisku, że komunikator oznacza niestety dopuszczenie do głosu (demokratycznie a jakże!) sfrustrowanych, nihilistycznie nastawionych do życia pacjentów zamkniętych ośrodków.
Nie chcę oczywiście generalizować, ale nawet kilka głosów w stosunku do kilkuset uczestników robi złą atmosferę. Uwierzcie mi, że spędzanie czasu na czyszczeniu relacji z wulgaryzmów, linków do porno site’ów i innych pomysłowych prób zaistnienia jest dość męczące.
To nie zdaje egzaminu. Nie można zmusić ludzi do korzystania z narzędzi tylko w jeden (dobry) sposób. To jest klasyczny dylemat -dajesz ludziom narzędzia i oczekujesz, że wyniknie z tego tylko coś dobrego.
Na blogu Second Thoughts znalazłem bardzo trafne podsumowanie tego co stało się podczas wywiadu z Zuckerbergiem: “Depending on who you are, you will see this incident as either the triumph of the new media, the defeat of the old media, or a resounding indictment of all of them and the posting of another win for “games” and their gods.”
Dzieci rewolucji zjadają siebie żywcem ku uciesze innych dzieci. Tak ma wyglądać blofgosfera i social media? Proszę zatrzymać świat, ja wysiadam.
Moje wnioski osobiste płynące z obserwowanie wydarzeń na SXSW oraz polskich spotkań w duchu barcampowym:
My, Internauci oświeceni blaskiem swoich laptopów, rostrząsający na forach i blogach różnice między Web 2.0 a 3.0 i tym podobne akademickie dylematy działamy tak samo jak zwykły tłum na ulicy. Ktoś rzuci kamień (posta) ktoś potem powie, że widział “na własne oczy jak…” (post napisany na podstawie innego wpisu) i tak to się kręci. Niewiel się zmieniło od czasu pierwszego wydania tej książki. “Wielkie miasto” zmieniło się w “wielką sieć” a demonstracje na ulicach we flame’y na forach i w komentarzach w serwisach informacyjnych.
My, internauci lubimy krew i igrzyska - wystarczy nam rzucić na żer parę nie do końca prawdziwych faktów a w “social media” rozgorzeje bój na wyzwiska i kalumnie. Źródło informacji (wiadomo przecież - tradycyjne media kłamią) nie są już tak istotne co punkt widzenia i moc przebicia się ze swoją wersją. Acha, byle informacje była ze wszechmiar bulwersująca. I najlepiej w postaci wideo, żeby dało się zrobić “copy-paste” i wysłać znajomemu na gg.
Smutne są te nasze social media i rewolucja mająca zmienić na zawsze role nadawcy i odbiorcy.
PS. Na koniec polecam coś ze starej, telewizyjnej szkoły robienia wywiadów. To się nazywa energia i posłannictwo!
PPS. A to jest komentarz Lacy na Twitterze :)
TUBA20 - zaproszenie
7:00 28th February 2008

Panie i Panowie! TUBA02 ponownie zawita do stolicy za sprawą Maćka Budzicha. Tym razem będzie marketingowo - interaktywnie. W panelu gości pojawią się znane i całkiem nowe polskie agencje interaktywne opowiadające o swoich case study. Nie zabraknie też informacji o marketingu szeptanym i politycznym…
Maciek Budzich zaczyna jawić mi się jako główny nakręcacz naszych rodzimych spotkań branżowych - pomaga nam i wspier Aulę a oprócz tego organizuje (z wydatną pomocą Artegence) spotkania z serii TUBA na których pojawiają się wszyscy wielcy świata reklamy i mediów (no prawie wszyscy). Na TUBIE po prostu wypada być do czego serdecznie zapraszam!
TUBA02
Tutaj znajduje się plakat w PDF imprezy.
Start: 16:00 (3 marca 2008, poniedziałek)
Miejsce: Warszawa, Multikino – Złote Tarasy
Koniec: ok. godz. 20:30
Oficjalny program:
1.Andrzej Szewczyk (Artegence) opowie o tym, jak zmienia się, i czy w ogóle jeszcze istnieje, granica między telewizją a internetem.
2. (180heartbeats) - case study Samsung-dobrerady.info – czyli Pani Bożenka z klubu Kreatywnych Księgowych od kuchni. Marcin opowie jak przygotowuje się kampanię wirusową dla wąskiej grupy specjalistów i jej efektach.
3. Adam Wysocki (NEXT) opowie o wprowadzaniu nowego produktu na rynek za pomocą bloga. To przedsięwzięcie (jeśli chodzi o blogi) zdobyło jak do tej pory najwyższe uznanie w konkursach branżowych – otrzymując w tym roku srebrne Effie za telewizjęnowejgeneracji.pl
4. Mariusz Woźnicki z agencji Harder&Harder przybliży kilka spraw związanych z tematem marketingu szeptanego (niestety u nas w Polsce zasługującego częściej na miano marketingu szemranego).
5. Kasia Dragović (Szkoła Mistrzów Reklamy) przedstawi krótki film o marketingu politycznym i jego konsekwencjach w Serbii i na Ukrainie.
6. Pokaz filmu Metropolis Fritza Langa - Metropolis to film nakręcony w 1927 roku przez niemieckiego reżysera Fritza Langa. Film, który już od niemal stulecia stanowi inspirację dla pokoleń twórców filmowych, został całkowicie odrestaurowany. Nowa edycja filmu trwa 118 minut, zawiera odnalezione (zaginione po wojnie) sceny, a także krótkie opisy tych fragmentów, które zostały wycięte, wbrew woli reżysera, niedługo po premierze filmu w 1928 roku. Oprawę muzyczną do tego filmu będzie realizował na żywo Dj Licky.
Jak dostać się na TUBE02?
Jeśli wybierasz się na TUBĘ02, przeczytaj uważnie poniższy akapit. Wstęp na TUBĘ02 jest bezpłatny. Aby jednak ułatwić nam zorganizowanie takiej imprezy postanowiliśmy przy tej edycji wprowadzić listę wstępu. Wystarczy wysłać zgłoszenie zawierające „TUBA02” w temacie, na mój adres (maciekMAUPAmediafun.pl).
Zgłoszenie powinno zawierać:
Imię i nazwisko
Firma (strona www, adres bloga itp)
e-mail kontaktowy
W ciągu dwóch dni organizatorzy wyślą potwierdzenie i szczegóły odbioru zaproszeń.
To wszystko, do zobaczenia na TUBIE02!
Odrobina dystansu
20:46 8th February 2008

Odpadłem na kilka dni od klawiatury stacjonarnego komputera, wybiłem się z rytmu pisania i sprawdzania co piszą inni i muszę stwierdzić ze smutkiem, że life sucks kiedy trzeba znowu przeklikać się przez zaspy zaległej poczty i bardzo-ważnych-informacji na blogach. Naprawdę. Parę dni bez logowania (albo właśnie wylogowania) i zaczynam inaczej patrzeć na ten cały wirtualny zgiełk…
Odpalam srogo przekarmionego zasysacza RSS i popadam w lekką konsternację - a to Ziobro przejechał swój laptop a to Marcin Jagodziński wziął na fleki Alka Tarkowskiego z wdziękiem słonia w składzie porcelany a to znowu stąd i tamtąd krzyk się niesie, że naszą (czyli moja i Twoja) prywatność tylko GIODO może uchronić albo gorzej - już została skonsumowana przez google’owego Lewiatana.
MałyMiękki zapragnął Yahoo więc Google go glanuje płacząc co się stanie jak MS dostanie nową zabawkę. Parę osób na raz poczuło gwałtowną chęć pożyczania mi kasy. Oczywiście na niezły procent. Lichwa? Gdzie tam - social lending you fool!
A jeszcze parę dni temu zanim znowu mój umysł nie został okopcony Bardzo Ważnymi Informacjami śmieliśmy się z pewnej pani z pewnego państwa na A, która wynajmowała nam pokoje, że z poważną miną tłumaczyła nam jak ważne jest segregowanie śmieci a w szczególności wrzucanie resztek biologicznych do specjalnego pojemnika.
Potraktowałem sprawę bardziej zabawowo niż pragmatycznie i zmuszałem się do segregowania odpadów w domowym zaciszu.
Parę dni później ofukałem znajomego, który źle umieścił swoje śmieci w pojemnikach. Po powrocie do rodzinnego miasta-stolicy na widok śmietników z wylewającymi się sfermentowanymi resztkami jedzenia wzruszyłem ramionami - byłem u siebie, na swoich śmieciach (sic!) i nie musiałem się juz wygłupiać pomyślałem.
Błąd. Tak samo jak zatrzymywanie się przed pasami i przepuszczanie pieszych. Albo zbieranie odchodów swoich milusińskich. Albo nie wyrzucanie papierosów na ulicę. Może nie pomoże to nam zbudować drugiego Google’a ale na pewno poprawi relacje między nami. Te prawdziwe nie wirtualne.
I już wiem, że parę osób puknie się w głowę czytając to i pomyśli “po kiego piszesz takie bzdety baranie przecież to ja już wiem”. Ja też tylko kompletnie nie umiem tego zastosować w życiu. Ale zaczynam to dostrzegać z pewnego oddalenia kiedy można nabrać odrobiny dystansu do siebie.
Wrócmy jednak z obłoków na ziemię. Właśnie odbyła się 16-ta edycja Auli i mam wrażenie, że jest to jeden z najważniejszych projektów jakie do tej pory udało mi się współtworzyć ponieważ kompletnie nie chodzi w nim o zysk ale o edukowania i możliwość wymiany doświadczeń.
Aula nabiera rumieńców dzięki świeżemu zaciągowi kilku osób (dziwnym trafem wszyscy są z mafii z bednarskiej). Mamy już więc spory team, który realizuje naprawdę świetne pomysły i odważa się mięć jeszcze lepsze. 26 lutego będziemy mogli zaprezentować spotkanie pod hasłem Ogólnopolski Barcamp, które mam osobiście nadzieję da sposobność do rozmów o wypracowaniu jakieś wspólnej formuły spotkań.
Znowu w TVN tym razem bardziej niż zwykle oficjalnie z większą ilością gości i bogatszym programem a potem impreza dla wytrwałych. Zapowiadam z góry kilka niespodzianek! Wizyta Reshmy Sohoni z Seedcamp.com mam nadzieję pomoże zrozumieć i uwierzyć naszym lokalnym young entrepreneurs, że mogą ścigać się z innymi krajami i wcale nie jest to walka Wisły Kraków z Realem Barcelona.
Chcemy i będę osobiście naciskał aby takich wizyt dających możliwość kontaktu z zagranicznymi środowiskami było więcej bo pomagają walczyć z uprzedzeniami (nie uda się, nie mamy środków, po co walczyć z lepszymi) i być może pomogą realnie jakiemuś polskiemu start-up’owi.
Tak więc uszy do góry, zima łaskawa jest tego roku i widzimy się 26-go lutego!
Ty prosumencie!
21:28 23rd January 2008

Jest wybredną, złą i nielojalną jednostką. Kupuje tylko to o czym dowiedział się od znajomych. Konsumuje tylko towary niszowe, których reklamy nie uświadczy w telewizji czy radio. Kiedyś był zmorą marketerów teraz wreszcie znaleziono niszę dla takich przypadków - prosument!…
W Spale koło Łodzi 31.01-02.2008 odbędzie się konferencja próbująca wyjaśnić “jak zachowuje się klient w interaktywnych czasach, czyli generacja prosumentów w natarciu”.
Format konferencji jest oparty o Consumer Behaviour (Consumer Purchase Decision Process). Jak prowadzić skuteczne działania marketingowe i sprzedażowe w interaktywnych kanałach? Badania, case studies, dyskusje. Celem tegorocznej konferencji jest zbudowanie świadomości, jak media interaktywne zmieniają zachowania konsumentów oraz kryteria wyboru produktów i usług.
To świat, w którym konsumenci oczekują dialogu, poprzez swoją aktywność mają wpływ na markę oraz sposób postrzegania jej przez innych konsumentów. Przejmują inicjatywę i kontrolę nad marką. Dzięki 2nd IMM marketerzy poznają najbardziej efektywne, interaktywne narzędzia, sposoby wywierania wpływu na tzw. prosumenta oraz dowiedzą się, jak przekonać go do swojej marki.
Na ile internauci mają wpływ na naszą markę? Czy są odbiorcami czy nadawcami informacji o produktach? Czy mamy do czynienia z tworzeniem się społecznej piątej władzy?
O aktywnych postawach internautów w procesie poszukiwania i tworzenia informacji o produktach opowie raport firmy Gemius SA “Internauci - konsumenci czy prosumenci?”, przygotowywany specjalnie dla uczestników 2nd IMM, którzy poznają jego wyniki jako pierwsi.
Formuła konferencji oparta jest na modelu “Consumer Purchase Decision Process”, który pozwala prześledzić proces podejmowania decyzji przez prosumenta. Program konferencji “2nd Interactive Marketing Meeting” został podzielony na następujące bloki:
BLOK A | Jak z sukcesem wprowadzić markę na rynek? Czego pragniesz, Prosumencie, czyli rozpoznawanie potrzeb?
BLOK B | Kiedy i gdzie pokazywać markę? Jak Prosument szuka informacji o produkcie/usłudze?
BLOK C | Dlaczego Prosument ma wybrać właśnie Twoją markę? Jak ocenia wartość Twojej marki?
BLOK D | Czy, od kogo i kiedy Prosument kupi Twoją markę? Jak sprawić, żeby dokonał transakcji?
BLOK E | Pamiętasz? Wrócisz? Polecisz innym? Jak budować lojalność Prosumenta wobec marki?
Uczestnicy konferencji “2nd Interactive Marketing Meeting” będą także mogli wziąć udział w warsztatach dotyczących:
Planowania kampanii reklamowych w Internecie
Ideą warsztatów jest zrozumienie podstawowych elementów kampanii reklamowych w Internecie oraz roli Internetu w marketing-mixie.
Jak wygląda proces planowania kampanii internetowej i jakich informacji należy oczekiwać od domu mediowego?
Czy język reklamy internetowej jest tożsamy z językiem mediów tradycyjnych?
Zarządzania projektami e-marketingowymi
Ideą warsztatów jest omówienie procesu tworzenia projektu e-marketingowego pod kątem współpracy Klient - Agencja, z akcentem na wskazanie punktów styku Klient - Agencja istotnych dla powodzenia projektu (począwszy od briefingu, zasad komunikacji, przez harmonogram i zasady jego egzekucji, niezbędne akceptacje, przygotowywanie materiałów, testy, odbiór, weryfikację wyników).
Wasza klasa - nasza kasa
21:58 17th January 2008

Są takie miejsca w których nasze dane powinny być chronione i zabezpieczane z najwyższą troską. Są firmy, którym powierzając swoje nieraz bardzo intymne informacje o sobie powinny swoja reputacją gwarantować nam, że nigdy nie dopuszczą do ich wyjawienia. Wbrew temu co można przeczytać w ostatnich dniach na pierwszych stronach dzienników Nasza-Klasa przy tych innych firmach jest naprawdę małym pikusiem…
Na NK co i rusz spadają grom w postaci wypowiedzi prominentnych polityków (Gosiewski, Kwaśniewski) którzy to odkrywają, że ktoś umieścił profil na najbardziej popularnym serwisie społecznościowym. GIODO zaczeło kontrolę procedur i stanu zabezpieczeń NK w celu sprawdzenia jak przechowywane są dane, które podobno pod względem wielkości są drugie w Polsce (baza danych rzecz jasna). Pierwsza pod kątem ilości danych i wielkości jak zgaduję jest nasz kochany ZUS albo US.
Naprawdę to baza NK jest druga w Polsce? A co z bazą danych TPSA? A dowolnego operatora GSM? A banku PEKAO SA? Jakimi kryteriami kierował się GIODO wydając taką opinię - zgaduję, że ilością komentarzy, zdjęć i informacji zamieszczanych w profilu użytkownika NK? Czy naprawdę te dane można zestawiać z informacjami jakie na nasz temat mają zgromasz
Za kontrolą NK padają różne argumenty (ze zdecydowaną większością się zgadzam) - że jest dziurawe i można prosto wyjąć dane jak na przykład takie zdjęcia śpiącego twórcy NK po imprezie albo takie na którym widzimy Maćka “bawiącego się” z butlką hmmmm… soku (fotek nie opublikuję, poszukajcie sobie sami), że można prosto zdobyć numery GG i Skype i masę innych informacji. Przykładów bardziej nawet mrożących krew w żyłach można mnożyć. Prasa codziennie poczytuje sobie chyba za punkt honoru znaleźć nową kompromitującą rzecz dot Pana Gąbki.
I wiecie co? Gwiżdżę na to sobie. Dlaczego? Bo generalnie to ja mam kontrolę nad swoimi danymi - decyduję gdzie i co umieszczam. Jeśli ktoś jest nowym i całkiem świeżym internautą nie zdającym sobie sprawy, że po drugiej stronie nie zawsze siedzi miły kolega Czarek to jego sprawa. Nikt nikomu nie zabroni przecież zeskanowania swojego dowodu i opublikowanie go na stronie WWW. Można przecież nawet założyć bloga i z imienia i nazwiska opisywać zdarzenia ze swojego życia - kompromitując innych i siebie przy okazji. Można. Wszystko można.
Trzeba po prostu zdawać sobię sprawę co należy a czego nie wolno robić podczas korzystania z serwisów internetowych. Były kampanie dotyczące dzieci w sieci - może trzeba zrobić kampanie dla starszych ludzi, którzy ławą ruszyli zapisywać się do NK?
Na GoldenLine budowałem swój profil z uwagą i chciałem aby wszystko wyglądało profesjonalnie. Na Naszej-Klasie wrzuciłem parę luźnych informacji zapytany przez kolegów ze studiów co u mnie słychać. Nie zamieściłem takich informacji, które uważam, za cenne, kompromitujące czy dające możliwość zdobycia numeru konta bankowego czy wyciągnięcia ode mnie innych ważnych informacji. To jest kwestia edukacji i tak jak nauczyliśmy się nie otwierać maili z nagłówkiem “i love you” tak użytkownicy nauczą się (albo zostaną zmuszeni przez decyzję GIODO) do ukrycia części swoich danych.
A co mi tak naprawdę chodzi? O to, że media podniecając się NK (przoduje niestety pewien portal na literkę “gie”) nie widzą skali problemów jakie są i były obecne w naszym życiu zanim pojawiła się NK i wszyscy skupili się na niej. Wczoraj doszło do wykrycia dwóch o wiele groźniejszych przypadków nadużycia popełnionych przez firmy znane, szanowane i z usług których być może korzysta razem więcej polaków niż z serwisu NK.
Chodzi o sprawę firmy Visa i CitiBank. Pierwszej firmie coś się pokręciło i zabrała z kont użytkowników (wielu banków m.in: Raiffeisen Bank, Pekao SA czy Toyota Bank) poważne kwoty pieniędzy. Sprawę wyjaśniono i okazało się, że winę ponosi system - błąd podobno usunięto. Czy tylko aby wszystko wyjaśniono do końca?
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy użytkownikami Visy albo bank który usług tej firmy korzysta. Jedziemy samochodem i gdzieś na zabitej dechami stacji benzynowej tankuje paliwo płacąc kartą. Przepraszam - usiłując zapłacić ponieważ z naszego konta zniknęły nasze kochane pieniążki. Możemy dzwonić sobie na infolinię, pomstować i nic - nasz bank właśnie pozbawił nas środków do życia.
CitiBank okazał się super sprytny i pobierał 200% większą prowizję za kupno amerykańskiego dolara. “Zielony” kosztował ponad 4 złote kiedy chcieliśmy go kupić w nocy. Bank tłumaczy się, że…to jest kurs nocny. W NBP odpowiedziano, że “banki prywatne mogą dowolnie ustalać kurs walut”. I co powiedzieć na takie dictum? Zmienić bank następnego dnia? Kto zagwarantuje nam, że choć raz na kwartał nasz nowy bank nie zastosuje sobie nowego kursu w nocy okradając swoich klientów?
Teraz dochodzimy do tego o czym pisałem na samym początku - moje konto na NK podlega mojej kontroli. W zasadzie tylko ode mnie zależy (jeśli moje konto nie zostanie zhackowane) co upublicznię na swój temat. Oczywiście mogą pojawić się opisy jak w 6-tej klasie podwijałem spódnicę koleżankom (yyyy niech tylko nie czyta tego narzeczona!) albo jak wyglądałem po konsumpcji pierwszego w życiu jabola (kiepsko przyznaję).
Na to nie mam wpływu ale tego typu dane krążą po już po sieci - zobaczcie gdzie się udzielaliście na forach i grupach dyskusyjnych, pamiętajcie, że cały czas łapiecie cookies i pewnie korzystacie z masy spyware’owych aplikacji albo po prostu macie IE ustawione jako główna przeglądarka. Innymi słowymi - siejeci danymi w sieci tylko nie jest to banalnie prosto je wyłapać. W NK każdy głupi to zrobi i to jest różnica.
Moje dane jakie powierzam bankom, operatorom telefonii stacjonarnej i mobilnej, urzędom - krążą bez mojej wiedzy i kontroli. Podpisując na dokumencie jedno pole “zgadzam się na przetwarzanie danych przez firrmy trzecie..” otwieramy bramy piekła dla wszelkiej maści domokrążców, pań sprzedających wycieczki do Lichenia i ubezpieczenia w jednej osobie. Spróbujcie skasować z “publicznej” sfery wasze dane takie jak adres zamieszkania czy numer telefonu. Powodzenia.
Podsumumowując celem mojego przydługiego uzewnętrzenia była próba pokazania, że prasa kłamie, banki oszukują nas w biały (w nocy tylko CitiBank) dzień a jednym sprawiedliwym jest Pan Gąbka bo jego można wyłączyć (w zasadzie sam się cały czas skutecznie wyłącza). Kto się nie zgadza z moją tezą jest po prostu głupi a jego stara ma konto na Naszej Klasie ;)
UPDATE:
Visa jak donosi Gazeta.pl “chowa głowę w piasek”. Ja powiem dobitniej - pani rzecznik rżnie głupa. Ale to w końcu jest wpisane w “job description” każdego rzecznika. Gratulacje dla banków - zdaje się, że stanęły na wyskości zadania w sytuacji kryzysowej. Jak ta reklama konkurencji leciała? “Bezpieczeństwo twojego konta….bezecenne“?
UPDATE:
Poniższy tekst jest napisany przez Zbyszka Nowickiego z agencji interaktywnej D1, któremu bardzo dziękuję za możliwość zamieszczenia go na moim blogu:
“VISA or not to VISA
“Gdy zła wiadomość obiega glob, dobra właśnie wkłada kapcie. Gdy niewłaściwie i arogancko reagujemy na złą wiadomość odnoszącą sie do naszego biznesu, to właśnie sprezentowaliśmy konkurencji silniki odrzutowe”.
Błędy się zdarzają i awarie również. Czasami błędy dotykają tych, których systemy powinny być ultra bezpieczne w minimum 300%. Ważne, aby wiedzieć jak w tym momencie zareagować i z trudnego wyjść na prosta. Zachowanie VISA w obliczu awarii jest skrajnym przykładem braku profesjonalizmu molocha, który staje twarzą w twarz z sytuacja kryzysowa. Zarówno VISA jak i Pani Małgorzata O’Shaughnessy nie podołali problemowi, ani organizacyjnie, ani tonem formułowanych komentarzy.
Łatwo widać, ze planu działania nie było, a wszyscy spali spokojnie, parzyli 5 oclock tea i czytali wzrost notowań na NYSE. I nagle stało sie, VISA zanotowała błędnie powielone transakcje i miast natychmiast rozpocząć akcje zapobiegawcza dla konsumentów oraz informacyjna dla banków schowała głowę w piasek. Zmowa milczenia, pieniądze i błędne transakcje krążyłyby sobie w elektronicznym świecie, gdyby nie bliskość zakupów karta i korzystania z Internetu oraz bankowych rachunków elektronicznych gdzie podgląd transakcji możemy sprawdzać na bieżąco.
Dla wielu osób awaria i jej skutki w postaci naruszonego lub często ujemnego salda na koncie to nie powód , aby „Pokochać Każdy Dzień” parafrazując slogan VISA.
To co w sieci nastąpiło później najlepiej oddaje komentarz jednego z forów finansowych: “zmienię moja kartę VISA na MasterCard, a jak nie to pójdę do banku który to oferuje”. Oczywiście można było inaczej. Można było mimo braku planu podejść profesjonalnie do klientów końcowych i natychmiast po stwierdzeniu problemu rozpocząć akcje wyjaśniającą i zapobiegawczą.
Można było skorzystać z odpowiednich narzędzi do formowania opinii online w celu utrzymania wizerunku. W obliczu braku ekspertów od elektronicznego PR w zespole VISA, należało skorzystać z usług profesjonalistów, którzy potrafią kształtować i kontrolować informacje w sieci.
Teraz jest juz za późno, ale zalecamy taka profilaktykę na przyszłość.
Zbigniew Nowicki
Solution Consulting Director
Digital One”
22 komentarze »
