Grono strikes back

7:29 6th May 2008

grono ciemną stroną mocy?

Wybudzając się z błogiego lenistwa niespodziewanie otrzymałem oficjalną odpowiedź z Grono w temacie wywiadu z Tomkiem Lisem. Odezwał się w tym samym czasie Wojtek Sobczuk oraz Michał Krzemień zarzucając mi manipulację, oszczerstwa i stawanie po stronie Tomka Lisa w zamian za czerpanie korzyści z tego ohydnego procederu…

Komentarz takiej oto treści zagościł pod tym wpisem:

“Arturze,

chcialbym Cie spytac dlaczego opublikowales na swoim blogu ten post szkalujacy moja osobe i pelen nieprawdy. Czy jestes jakos zwiazany z Tomaszem Lisem i jego probami wyludzenia ode mnie pieniedzy? Jestes jego przyjacielem/wspolnikiem w oszustwach? Czy dlatego nie zweryfikowales ani slowa z tego co napisal o mnie ze mna? Wyjasnij prosze co Cie do tego sklonilo”.

Cieszy mnie to, że ktoś z Grono w końcu odniósł się do opublikowanego ponad dwa miesiące temu wywiadowi z Tomkiem Lisem. Odpowiadam publicznie ponieważ jest to odpowiedź na komentarze Wojtka i Michała, które każdy może przeczytać.

Cieszy mnie też ton wypowiedzi Wojtka i Michała - obaj zarzucają mi wiele: począwszy od oszczerstwa, manipulację, brak standardów dziennikarskich - Panowie, więcej wyobraźni! Dorzuciłbym jeszcze: efekt cieplarniany, porażki Kubicy i łysienie plackowate. Tak jest za tym wszystim stoję ja a w wolnych chwilach przekabacam wiernych userów Grono i proponuję im rejestrację w Bebo. Panowie, litości!

Wojtku - ewidentnie macie (jako Grono) problemy z reagowaniem w tzw. sytuacjach kryzysowych. Sami produkujecie problemy, które potem wybuchają Wam w twarz: sprawa blip / blimp, walka z wynikami głosowania na AntyWebie, dziwaczne zmiany wpisów na Wikpedii - to tylko ostatnie przykłady skandali wygenerowanych przez Was samych.

Sprawa Tomka (zostawmy na chwilę ocenę sporu kto ma w nim rację) jest także klasycznym przypadkiem zamiatania pod dywan - a nuż się uda i rozejdzie się po kościach. Jako zespół Grono mogliście dojść do porozumienia dawno temu i załatwić to po cichu - w wyniku działań obu stron sprawa nabrała rozgłosu i wymaga załatwienia w świetle reflektorów. Upublicznienie jej było już tylko kwestią czasu.

Do Tomka mam stosunek neutralny - jego wypowiedź opublikowałem ponieważ Tomek w przeciwieństwie do Was zgodził się odpowiedzieć na moje pytania bez problemu. Czy ja mu wierzę to moja osobista sprawa i nie starałem się aby moja postawa czy komentarz sugerował publicznie moje sympatie. Ważne dla Was powinno być co sądzą na ten temat internaci a to możecie poczytać w komentrzach pod wywiadem.

Jak może zauważyłeś jako osoba mieniąca się blogerem przypisałem sobie prawo komentowania wydarzeń i otaczającej mnie rzeczywistości. Nie jestem dziennikarzem, nie obowiązują mnie kodeksy etyczne ani komisje koleżeńskie - te kwestie rozwiązuje za pomocą zdrowego rozsądku. Możesz powiedzieć, że napisałem kłamstwo jeśli udowodnisz mi to - inaczej rzucasz bezpodstawne oskarżenia.

Jako samowolny komentator sam wybiera cel i źródło. Jeśli zarzucasz mi stronniczość to ja odpowiadam - dopełniłem obowiązków i starałem się pozyskać wiedzę z obu stron barykady. Wasze milczenie było dla mnie jednoznacznym dowodem, że nie chcecie (ze mną) rozmawiać na ten temat.

Kwestia problemów w (i z) Grono jest powszechnie znana od lat tym którzy znają się w branży. Tomek postanowił udzielić wywiadu mnie (hmm nie wiem czy wiesz ale również publicznie o zgrozo wypowiadał się podczas tego spotkania Bootstrap) poniewaz poprosilem go o to i byla to moja inicjatywa. Uważam, ze morał płynący z tej historii moze stanowić nauczke dla innych mlodych ambitnych polskich start-upow’ców.

Zarzucasz mi szarganie Twojego nazwiska, pisanie kłamstw - wybacz ale z przedstawionego wywiadu według mnie nie można wyciągnąć takich wniosków. Możesz oczywiście się nie zgodzić z moją opinią i skierować sprawę do odpowiednich instytucji. Deklaruję publicznie, że służę swoją osobą jeśli taki pomysł powstanie w Twojej głowie.

Poza tym to nie jest wypowiedź moja ale Tomka więc jeśli uważasz, że ja powinnienem czuć się odpowiedzialny za postępowania Tomka to muszę Cię zmartwić - nie muszę. Jako osoba dorosła Tomasz Lis odpowiada za wszystkie swoje działania samodzielnie. Tak to już jest po skończeniu 18 roku życia (w Polsce).

Rozumiem, że uważasz wersję Tomka za odbiegającą od prawdy. Oczywiście masz takie prawo. W tym wypadku albo przedstawisz własną wersję (opartą na sprawdzalnych faktach) albo uznam, że nie posiadacie żadnych istotnych argumentów aby zarzucać kłamstwo mi czy Tomkowi.

Jeśli żądasz sprawiedliwości - proszę bardzo opisz jak to było z początkiem Grono w Twojej wersji. Oczekuję, że dotrzymasz słowa i prześlesz mi swój tekst. Jak już wspomniałem kilka razy - gotów byłem i jestem opublikować wersję obu stron aby czytelnicy sami wyrobili sobie własne zdanie. Skorzystasz?

Płakanie, że jestem zły, okrutnie traktuję Grono i działam na korzyść nie wiadomo kogo (Fotki? N-K? Bebo?) jest histerycznym argumentem. Nie mam i nie posiadam udziałów w żadnym serwisie społecznościowym a moja firma Revolver Interactive nie pracuje dla żadnego Waszego konkurenta.

Moja propozycja - uderzcie się gremialnie w piersi, posypcie głowy popiołem (jako zarząd i właściciele) i zacznijcie traktować internautów, użytkowników swojego serwisu poważnie. Grono stacza się sukcesywnie w przepaść (to oczywiście moje zdanie) i próba zaklinania rzeczywistości nie zmienią tego. Ani znajdowanie tematów zastępczych i próba kneblowania innych źródeł niż Wasza firma.

Tak z ciekawości - jak według Ciebie miałaby wyglądać Wasza autoryzacja wywiadu z Tomkiem? Miałbym wyrzucić wszystkie fragmenty w których pojawiają się kwestie sporne? Miałbym opublikować kadłubek wywiadu tylko dlatego, że jednej z zainteresowanych stron nie spodobało się kilka fragmentów? Mamy chyba inne wyobrażenie o prowadzeniu bloga i zabawy w quasi-dziennikarzenie.

Zmiany w serwisie o których słychać od lat może zahamują proces stagnacji ale być może (oby nie) okaże się, że zbiór 1 mln internautów jakie pozyskało Grono nie jest w stanie utrzymać serwisu w perspektywie 2-3 lat. Szkoda abyście zniknęli z rynku w takim stylu i to teraz.

Michale - twój profil zniknął z serwisu GoldenLine. Co to może oznaczać? Ja stawiam na wzięcie się do roboty kogoś z PR kto zakazał wypowiadania się “czołowym” zderzakom Grono.

A może w końcu sponsorom Grono przestała się podobać sytuacje w której serwis pogrążony w stagnacji ssie wagony kasy a członkowie zarządu angażują się w pyskówki na forach i blogach zamiast pracować nad poprawą serwisu?

Albo może sam skasowałeś swój profil bo przestały Ci się podobać rozmowy na forach GL dotyczące Grono - w większości pokazująca niezadowolenie internautów z obecnego kształtu serwisu?

Michale - Twój poziom wypowiedzi nadal mnie bawi i zdumiewa. Jak ulał pasuje do Ciebie taki klasyczny opis “śmieszy, tumani, przestrasza”. Napisałeś:


“Z zalozenia nie dyskutuje z ignorantami. Ale to nie upowaznia Cie do publikowania oszczerstw w stosunku do osob ktorych nawet nie spytales o komentarz”

Mail z pytaniami jaki Ci wysłałem nie był zaproszeniem do dyskusji tylko prośbą o ustosunkowanie się kogoś z Grono (niekoniecznie Ciebie). Zbyłeś mnie, nie raczyłeś odpowiedzić a teraz imputujesz mi ignorancję. Gdzie logika, gdzie sens?


“A jesli nie wiesz jak sie weryfikuje jakikolwiek artykul, to zanim sie wezmiesz za dziennikarstwo(?) to polecam prawo prasowe poczytac”

Aby zweryfikować artykuł trzeba go najpierw móc przesłać zainteresowanemu. Olaliście mnie więc nie chcąc czekać w nieskończoność na ruch z Waszej strony puściłem wersję Tomka. Miałem czekać aż łaskawie ruszycie cztery litery i po dwóch miesiącach mi odpowiecie? Może tak działa się w Gronie. Ja wolę pracować inaczej.

Wtręt o przekręcaniu ksywy / aliasu - tak, przepraszam masz rację. Tutaj się zgadzam i powiem, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Zdarza mi się w trakcie pisania przekręcać daty, liczby, nazwiska. Przyjmij moje przeprosiny.

Mam nadzieję, że doczekam się odpowiedzi od Wojtka, Michała a może nawet Roberta i przedstawienia wersji drugiej wydarzeń dotyczących powstania Grono.

Panowie - bardzo Was do tego zachęcam!

May the Force be with you!

Apteo.pl - start!

17:07 3rd May 2008

Apteo.pl - apteka internetowa leki lekarstwa

Pogoda jest jaka jest ale ludzie rzucili się na wypoczyn. Telefony milczą więc korzystając z kilku dni wolnych od natłoku innych spraw postanowiliśmy w majowy długi weekend oficjalnie uruchomić naszą aptekę internetową w wersji beta - Apteo.pl. Projekt z szybkiego i prostego (planowaliśmy 2-3 miesięcy prac) przeistoczył się w ponad roczną walkę ze wszystkim i wszystkimi…

Fajnie jest coś domknąć i poczuć, że projekt nabiera w końcu komercyjnego sznytu (czytaj zaczyna w końcu zarabiać na siebie zamiast generować koszta). Apteo jako projekt dało nam nieźle w kość - zaczynając od strony realnej apteki a skończywszy na softwarze i programistach. Tym bardziej, że zaczynając prace nad nim kompletnie nie znaliśmy branży oraz nie byliśmy w stanie poprawnie ocenić zagrożeń - niczym Titanic wpadaliśmy na gorę lodową tylko, że w naszym wypadku co chwilę i to na coraz większą.

Z pamiętnika project managera: z designem oraz strukturą serwisu poszło łatwo - rok temu Apteo byłby jedną z lepszych designów aptek w sieci - niestety stworzona przez nas grafika obecnie lekko już się zestarzała a i konkurencja zdążyła pozmieniać swoje witryny. Poświeciliśmy trochę czasu (pewnie jak zwykle okaże się, że za mało) na testowanie interface’u i ekranów z mechanizmami zakupowymi - chyba pozbyliśmy się większości problemów jakie występują w innych podobnych serwisach.

Mam nadzieję, że będę klienci polubią naszą aptekę i będą do niej wracać - moim pomysłem było abyśmy odeszli od standardowej prezentacji produktów na stronie na rzecz serwisu z pożytecznymi informacjami - stąd u dołu serwisu zobaczycie kilka kategorii z informacjami przydatnymi dla osób robiących zakupy w Apteo. W przyszłości chcemy rozwijać te działy, ba być może ewoluują one w stronę osobnych blogów wspierających sprzedaż? Zobaczymy.

Jak widać Apteo nie jest apteką walczącą z konkurencją cenami - co prawda plasujemy się w górnej części peletonu jeśli chodzi o ceny ale tak naprawdę chcemy bić się z konkurentami dzięki ofercie (tak, tak “the long tail” się kłania). Oprócz tego zamierzamy wykorzystać synergię między zakupami w sieci a siecią aptek (w Warszawie mamy ich siedem) do promowania a być może również sprzedaży (odbioru) produktów zamawianych przez internet. O reszcie planów nie powiem - niech konkurencja sama pogłówkuje :)

Sam serwis został oparty o komercyjny silnik sklepu z mechanizmami e-apteki - niezbędna okazała się współpraca i zakup dodatkowych licencji od KamSoftu ponieważ inaczej nie moglibyśmy automatycznie aktualizować cen (co w przypadku apteki skazywałoby nas na ręczne sprawdzanie cen każdego z kilku tysięcy produktów). Dzięki temu z poziomu panelu admina możemy zawiadywać całością zakupów, płatności, kampanii reklamowych i programy partnerskiego w jednym miejscu.

Kiedy już daliśmy sobie radę z softem, serwerem oraz podłączeniem do bazy zmieniło się prawo dotyczące aptek. W wywiadzie dla Gazety naprawdę nie przesadzałem - widmo rychłego zamknięcia działania e-aptek zajrzało nam do oczu. Środowiska i lobby aptekarskie zaczęło gwałtownie domagać się usankcjonowania (w domyśle - wydania negatywnej opinii na temat handlu w sieci) działań aptek internetowych. Prawie im się udało - min. Religa wysłał do Brukseli propozycję zmian prawnych a w międzyczasie PiS został odspawany od sterów władzy.

Z dużym poślizgiem czasowym rozporządzenie zostało pozytywnie zaopiniowane i wydane - jak można było się spodziewać Minister Zdrowia Pani Ewa Kopacz (znana z otwartej niechęci do sprzedaży leków poprzez internet) postawiła poprzeczkę wysoko narzucając bardzo restrykcyjne warunki sprzedaży (nie chcąc się powtarzać proponuję zajrzeć do jednego z poprzednich wpisów na ten temat).

Dziś jest 3 maja czyli dzień w którym ustawa zaczyna obowiązywać. Jak widzę na stronach konkurencji nie ma żadnych zmian ani dodatkowych informacji dotyczących nowych metod transportu. Ciekaw jestem czy jest to wynik majowego lenistwa czy po prostu nikt w tych firmach nie przejmuje się sankcjami prawnymi?

Apteo dostosowało się do zaleceń prawnych i dysponuje wszystkimi wymienionymi w rozporządzeniu mechanizmami do transportu produktów farmaceutycznych. Co czyni nas na tę chwilę jedyną legalnie działającą apteką w sieci :) Zobaczymy jak swoja ofertę zmodyfikują inne apteki. Bo muszą to pewne inaczej grozi im odebranie koncesji na prowadzenie apteki.

Możemy już sprzedawać ale to nie oznacza, że prace zakończyły się - teraz czas na zabawę w pozycjonowaniu serwisu, poprawianie błędów programistycznych, usability no i dbanie o poprawne relacje z klientami. Cieszę sie, że na własnej skórze będę testował dość spory projekt e-commerce’owy - do tej pory byłem jedynie specem teoretykiem w tej dziedzinie. Teraz zaczną mi się śnić google’owe statystyki, ilości odbić i conversion ratio. Ratunku.

Na koniec chciałbym podziękować moim partnerom w bojach - Łukaszowi i Przemkowi, którzy tak jak ja zaliczali doły psychiczne w walce z przeciwnościami losu ale nie poddali się. Wspieraliśmy się wzajemnie i dziś wiem, że jedna osoba nie byłaby w stanie udźwignąć całości sama. Guys I owe you one :)!

Kolejne gorące podziękowania ślę Wojtkowi Kyciakowi znanemu niektórym z bloga o e-commerce. Mogę szczerze polecić wiedzę i usługi Wojtak jako speca od wielu spraw związanych z e-commerce i to nie tylko w Polsce. Wojtek wsparł Apteo w początkowej fazie i dzięki jego pracy uwierzyliśmy, że nam się uda zrealizować to tak jak chcemy.

Ostatnie ale ważne podziękowania chciałbym przekazać zespołowi z firmy Aptus, który dzielnie wspierał nas w bojach z warstwą programistyczną i dokonał tego co na początku wydawałoby się niemożliwe - postawił i spiął to wszystko do kupy. Panie Piotrze, dziękuję bardzo :) Zmienił Pan moje zdanie o informatykach dzięki Pana poświęceniu i zaangażowaniu!

PS. A wszytkim życzliwych proszę o wsparcie :) Obyśmy nie skończyli jak oni

New Connect Club

23:12 24th April 2008

New Connect Club

Skorzystałem z zaproszenia od Ewy Stępień i Michała Fabera organizatorów i animatorów NCClub. Mile zostałem zaskoczony atmosferą oraz drinkami i cateringiem. Pałaszując i popijając winem słuchałem opowieści Adama Maciejewskiego oraz Aleksa Osadzińskiego…

Spotkanie w czwartkowy wieczór zaingurowało cykl spotkań New Connect Club w zamyśle organizatorów - miejsce spotkań ludzi z branży IT oraz “garniturowców” z GPW i NC. Faktycznie garniturów było dużo na sali ale krawatów już mniej.

Spotkałem parę znajomych twarzy ale generalnie zaskoczył mnie brak wielu osób developujących swoje projekty widywanych na Auli. Czyżby jednak NC był traktowany jako zło konieczne w szukaniu funduszy? Ciekawy temat do sprawdzenia przy najbliższej okazji.

adam maciejewski GPW

Adam Maciejewski - GPW - copyright by NCC

Jakby ktoś nie wiedział Adam Maciejewski jest członkiem zarządu NC. Alex Osadziński natomiast pracuje dla VC Trinity i działa od 20 lat w rejonie Doliny Krzemowej nad własnymi start-up’ami oraz przy doradzaniu i inwestowaniu w nie.

michał faber

Michał Faber na NCC - copyright by NCC

Alex przedstawił prezentację jak działają VC w Dolinie, dlaczego warto być start-upem w US i jakie widzi główne różnice między działaniami funduszy w Stanach a w Europie. Generalnie bida z nędzą panowie i panie - sam Osadziński do tej pory przeputał na start-upy jakieś 230 mld $ (tak, tak - miliardów) jako osoba pracująca w Trinity. Jak to się ma do naszych krajowych VC wolę nie pytać - pewnie troche gorzej…

alex osadziński trinity

Alex Osadziński - facet z miliardami dolarów na pomysły - copyright by NCC

Trinity dostaje rocznie jakieś 3 tysiące pomysłów z czego finałowo inwestuje się w 10 pomysłów. Alex podkreślał jednak, że dla niego kontakt z młodym przedsiębiorcą jest świętością - zawsze odpisuje na maile i spotyka się z interesująco wyglądającymi projektami. Dlaczego? Proste - każdy z odrzuconych może być kolejnym Facebookiem albo Googlem. A taka świadomość boli VC.

W Dolinie ważna jest reputacja, którą buduje się latami - nikt normalny nie będzie traktował start-upy jak upierdliwe muchy bo zrażenie do siebie danego przedsiębiorcy może drogo kosztować kiedy to trafi się za jakiś czas na tego samego gościa, którego się wyrzuciło z “głupim” pomysłem.

Ciekawostkę jaką podkreślił parę razy Osadziński - w Stanach jest powszechny element “naiwności”. Taka naiwność skutkuje tym, że realizowane są projekty, które w Europie uznano by za debilne, dziecinne i głupie - w US nie dość, że traktuje się je poważnie i łoży kasę to zdobywają rynek i można na nich zarobić. Ot taka drobna różnica w mentalności między starym a nowym światem.

Po części oficjalnej można było “ponetłorkingować” do czego byliśmy zachęceni kolejnymi porcjami jedzenie i napitków - skorzystałem i jestem zadowolony. Jak na pierwsze spotkanie nie było źle - czekam na kolejne.

PS. Więcej fotek ze spotkania NCC znajdziecie tu

Ci, którzy zapisali się również na dzień otwarty na NewConnect mogli dostać taką fajną koszulkę zaprojektowaną przez Piotra Młodożeńca.

united pot smokers t-shirt

Ja co prawda nie miałem jej na sobie w czwartek ale jak się okazało po powrocie do domu wpasowałem się tematycznie w spotkanie zakładając hmmm… dość przedsiębiorczego t-shirta. A tak się dziwiłem dlaczego kilka osób ze zdziwieniem wpatrywało się w moją klatkę piersiową. Teraz wiem, ze nie chodziło o mięśnie…

official new connect club t-shirt

Telewizja umiera. Na śmierć.

16:18 24th April 2008

tv internet

Wiem, że wiele osób, firm konsultingowych i podmiotów ciszej lub głośniej powtarza takie twierdzenie od wielu lat. Niestety (dla bossów szklanego ekranu) perspektywa zmiecenia przez Internet i mobile tradycyjnej telewizji w modelu w jakim znanym jest bliższa, coraz bliższa…

Na takie rewelacyjne wnioski wpadłem po 2 miesięcznej abstynencji od odbiornika TV w domu. Brak telewizora okazał się być kompletnie mało istotnym elementem w życiu codziennym. Nie potrzebuję oglądać informacji wieczornych czy też TV24 w czasie dnia aby wiedzieć co się dzieje. Ba jeśli odczuwam potrzebę zobaczenia czegoś w postaci ruchomych obrazków - włączam tvn24.pl czy też inne portale stacji telewizyjnych.

Co więcej - poczytajcie co mówią ludzie, którzy byli u źródła czyli piastowali urząd prezesa Telewizji Polskiej. Wiesław Walendziak w wywiadzie dla Przekroju mówi o cyfryzacji telewizji:

W 2012 roku, lecz pierwsze kroki to już przyszły rok. Dziś trzeba zaprojektować kształt tego rynku, jacy gracze będą na nim funkcjonowali i jakie będzie miejsce telewizji publicznej. Szefowie telewizji chcą mieć połowę rynku. A jakimi siłami, jak to zrobią, to w ogóle nie jest przedmiotem dyskusji. Telewizja publiczna może produkować sto więcej projektów komercyjnych i co z tego? Tylko szybciej sobie grób wykopie. Problem polega na tym, że tę połowę rynku trzeba wypełnić własną, oryginalną propozycją programową. A nie widzę tego wysiłku czy tej wyobraźni związanej z kosztami, z zapleczem producenckim, twórczym. Więc to jest znowu sen o potędze, ale sen gracza komercyjnego albo sen górników węgla kamiennego w XXI wieku.

Oczywiście pan Walendziak mówi stricte pod kątem sytuacji w Polsce ale jak popatrzeć po rynkach ościennych to widać, że w mniejszych lub większym stopniu taka sytuacja spotykana jest powszechnie.
Co to oznacza? Większe formatowanie i tworzenie nowych sub i mini kanałów. Dlaczego? Bo to co w Internecie jest stało się żyłą złota dla małych i średnich graczy (tworzenie grup odbiorców i społeczności na bazie jasno zdefiniowanych i ściśle określonych tematów) zaczyna się przekładać na TV.

Szybki test. Pytanie: “jaki kanał przyjdzie Wam do głowy jeśli powiem - podróże, natura, przyroda?”. Założe się, że National Geographic Channel. Sport? EuroSport. Sporty ekstremalne? Extreme Sports Channel. Zaraz zaraz - przecież każda stacja telewizyjna (komercyjna i publiczna) ma w swojej ramówce informacje sportowe, naukowe czy przyrodnicze. Dlaczego pomimo ogromnego zasięgu w stosunku do stacji stacje “kanałowe” zarabiają na siebie? Bo przyciągają dokładnie sprecyzowaną grupę odbiorców za co “kanał” każe sobie płacić więcej.

Telewizja musi naginać się do gustów i upodobań odbiorców, którzy coraz chętniej korzystają z monitora na biurku i klawiatury niż ekranu telewizora. Chcą personalizowanych treści? Dajmy im! Tylko, że TV jako medium “zimne” nie jest w stanie wejść w taką interakcję jak Internet.

A telewizja bardzo by chciała położyć łapę na użytkownikach internetu - stąd nagminne cytowanie “wypowiedzi na forach” odwołania do tego “co mówią internauci” (najbrdziej debilne sformułowanie jakie słyszałem w ustach “analogowych” dziennikarzy - jak wiadomo opinie w Internecie są spolaryzowane więc aby udowodnić swoją tezę dziennikarz wybiera takie opinie, które potwierdzają jego tezę) oraz puszczania w pasku na dole zapisów czatów i inne bzdury.

Trend i rysę na pancerzu “największego z mediów” wyznaczył TiVo. To z pozoru mało seksy urządzenie (w działaniu przypomina magnetowid) pokazało kły kiedy okazało się, że dzięki softowi wgranu do tego małego pudełka można samemu tworzyć swoją ramówkę (i to na kilka miesięcy do przodu!) oraz uwaga, uwaga - pomijać reklamy. Reklamy, które cytując Walendziaka są bardzo ważne dla telewizji:

To będzie wielki kryzys natury nie politycznej, ale czysto organizacyjnej. Telewizja zwali się pod własnym, zbyt rozległym ciężarem. Nie będzie w stanie robić rzeczy, które się wpisują w definicję misji, tylko będzie się musiała coraz bardziej ścigać z telewizjami komercyjnymi, żeby przetrwać na rynku. Tak wielki parowiec będzie potrzebował coraz więcej paliwa, czyli reklam. Tymczasem paliwo z rynku będzie można ściągnąć jedynie poprzez formaty komercyjne. A i tak na koniec kotłownia wybuchnie. I wtedy będzie inna dyskusja – o tym, jak ratować coś z tej masy upadłościowej. Być może to jest ostatni moment, żeby temu zaradzić.

Przepis zatem jest prosty - chcesz walczyć z telewizją zabierz jej reklamę. A reklamy nie lubią oglądający (podobnie jak z reklamą w Internecie). Czas więc tworzyć takie kanały i produkty reklamowe, które współgrają z treścią - tutaj pojawił się cudowne pomysł na wrzucanie różnych produktów do treści i budowanie wokół nich fabuły (product placement). I na takiej formule telewizja się zatrzymała - nic więcej nie da się z tego rekliktu ubiegłego wieku wykrzesać. No może pseudo interaktywne konkursy z dzwonieniem do studia w czasie programu aby odpowiedzieć na super proste pytania.

Jak zatem będzie wyglądała telewizja za parę lat? Znikną odbiorniki telewizyjne zastąpione przez duże wielofunkcyjne (gry / komputer / tv) matryce. Zniknie program. Pamiętajmy, że to stacje telewizyjne kupują gwiazdy aby podbić sobie oglądalność. Tu stanie się to samo co w wypadku molochów fonograficznych - artyści dojdą do słusznego wniosku i będą chcieli pozbyć się “pośrednika” czyli wytwórnię, która zżera ich zyski i negocjując z pozycji siły ograbia ich. Po co Majewskiemu czy innemu Wojewódziemu stacja skoro ludzie znają jego twarz i jego nazwisko - i tę twarz i nazwisko sam zainteresowany może sprzedać. Sam. Bo będzie miał narzędzia pod ręką.

Przykład? Proszę bardzo. I proszę mi nie mówić, że Farrel jest mało znanym aktorem. YouTube pokazał, że może kreować gwiazdy na poczekaniu. Nie potrzeba tourne ani kosztownej promocji aby stać się bożyszczem i sprzedawać w milionach kopii swoje dzieła. A poza YouTubem są przecież inne serwisy również przebierające nogami aby mieć swoją gwiazdę.

Ktoś powie - a co z programem Lisa? Dlaczego nie pobił na głowę ratingów? Dlaczego nie stał się hitem? Ano program Pana Lisa został zrobiony na kolanie, w zasadzie przerzucony 1:1 z formatu telewizynego co spowodowało, że jako streaming w internecie nie wniosił nic nowego. Zresztą widać było, że decyzja o zaistnieniu w sieci spowodowana była ego Lisa wywalonego z Polastu niż przemyślaną strategią marktetingową. A to się mści - program robiony gdzieś “na korytarzu”, od czapy bez zaangażowania nawet wykorzystujący znaną “twarz” w Internecie nie będzie miał ogromnej rzeszy widzów.

Wracając do tematu przyszłości telewizji - mało odkrywczo powtórzę za innymi, że to będzie mix internetu / mobile i starej telewizji. Nie będzie stacji jako miejsc gdzie tworzone są treści ale duża ilość małych domów producenckich które produkować będą dużą ilość materiałów. Dominować będą wyszukiwarki i agregatory treści łączące chaotycznie rozsiane treści w ciąg logicznie poukładanych plików dający się otagować i uporządkować. Reklamy będą ale w innej postaci - jako elementy służące wyszukiwaniu i lepszemu informowaniu o produktach - SEO będzie panowało jeszcze bardziej.

Ramówka zniknie jako przeżytek poprzedniej epoki - kto będzie miał czas siadać przed odbiornikiem akurat w piątek o 13.00 skoro jest w pracy? Strumień kanałów będzie sterowany przez nas i dla nas. Mierzalność programów wzrośnie poprzez bardzo dokładne możliwości trackingowania widza (podobnie jak w przypadku reklamy internetowej).

Popularność danego serialu czy produkcji będzie mierzona globalnie - najlepsze show zamiast milionów widzów będą miały setki jak nie miliardy (do Chin i Indii zapewne rewolucja dotrze później ale dotrze) - jednocześnie ściągany w Polsce i w Niemczech program będzie miał inny dubbing, napisy i promowane (globalnie!) produkty i usługi. TV będzie chodziła za nami - mobilność pozwoli na docieranie z treściami zawsze, wszędzie i świetnie dopasowanymi (nasze komórki są z nami wszędzie - pod tym kątem są lepsze niż laptop).

Dość tych fantazji - wróćmy na ziemię na własne podwórko. Ciekaw jestem czy PO faktycznie uda się przegłosować ustawę ponieważ oznaczałoby to gwałtowny spadek przychodów TVP. Pożyjemy zobaczymy.

Good night, and good luck

GetApple - dorwij jabłuszko!

8:00 18th April 2008

getapple.pl apple mac

Już za chwileczkę już za momencik w Warszawie i Krakowie będziesz mógł podzielić się swoją niewiedzą z innymi uczestnikami weekendowych spotkań. Dewizą spotkań będzie zdanie: “pokaż mi czego nie umiesz”. Zapraszamy wszystkich, którzy nie umieją i nie boją się do tego przyznać…

Podczas ostatniej Auli oficjalnie poinformowałem o GetApple czyli warsztatach dla słiczerów z Windows na Mac’a, którzy mają wreszcie to “cudowne” urządzenie w swoim ręku i nie za bardzo wiedzą co z nim zrobić :) Warsztaty będą się odbywać w którejś z warszawskich knajpek w centrum - będzie wi-fi, rzutnik i osoba prowadząca - od chętnych wymagane będzie posiadanie własnego sprzętu i kasy na herbatę / ciastko i tym podobne smakowitości.

GetApple jest całkowicie darmowe i nie jest inicjatywą związaną z SAD ani Apple ani żadną inną organizacją czy firmą. Amen. Niemniej jednak jeśli ktoś (firma) chce stać się sponsorem spotkań w Wawie czy Krakowie - zapraszam do kontaktu. Dogadamy się.

GetApple to spotkania dla pomyślane jako warsztaty z prostą formułą - nie zamierzamy uczyć tam czegoś wielkiego. Nie będzie to namiastka szkoleń ani streszczenia podręczników dostępnych w księgarniach z gatunku “how to..”. Chciałbym aby na GetApple pojawiały się osoby świadome czego nie wiedzą i z czym mają problemy.

Osoba prowadząca będzie cierpliwie wyjaśniała, tłumaczyła i pokazywała co i jak zrobić aby pozbyć się problemu czy uzyskać stosowany efekt. Nie chciałbym tłumów i raczej będę rezerwował na spotkania małe salki zdolne pomieścić 15-20 osób.

Będzie liczyła się szybkość zapisów a może jakaś praca domowa wykonana na rzecz spotkań. Albo może będziemy dobierali ludzi po problemach jakie chcą rozwiązać - zobaczymy, rozmowy i ustalenia trwają.

GetApple będzie odbywać się w dwóch miastach (jeśli ktoś z innego miasta poza stolicą i Krakowem chciałbym także zorganizować takie spotkanie zapraszam do kontaktu i omówienia spraw franczyzy). W Krakowie osobą prowadzącą spotkania będzie Paweł Nowak znany z appleblog.pl “mac ewangelista”. Polecam blog Pawła oraz jego drugi projekt - skarbnica wiedzy dla osób stawiających pierwsze kroki z nowym mac sprzętem.

Paweł oprócz GetApple prowadzi również szkolenia komercyjne więc takie warsztaty mogą stać się fajną i miłą opcją aby zapoznać się z maczkiem a potem pomyśleć o profesjonalnym pakiecie szkoleń. Po szczegóły w sprawach “GetApple Kraków” albo szkoleń zapraszam do skontaktowania się z Pawłem.

Oprócz tematów Mac’a chcemy (jeśli będzie zainteresowanie) w przyszłości pochylić się nad iPhone’m, iPod’em i innymi ciekawymi rozwiązaniami ze stajni Apple. Mam nadzieję, że formuła barcampowa i atmosfera weekendowa udzieli się wszystkim uczestnikom - w końcu chodzi o zabawę!

Zapraszamy gadżeciarzy / wyznawców PC / gejów i lesbijki / tramwajarzy / kolekcjonerów podstawek pod piwo / bogatych i rozrzutnych maniaków / biednych studentów zapożyczających się do ostatniej koszuli na swojego pierwszego “maczka”.

Słowem powitamy każdego. Nawet jeśli powiesz publicznie “Nienawidzę jobsa. nienawidzę Apple” przyjmiemy Cię z otwartymi ramionami i postaram przekonać, że jesteś w mylnym błędzie.

Jeśli nadal nie jesteś przekonany czy warto się zapisać i uczestniczyć w naszych spotkaniach - krótki film. Nadal nie chcesz dołączyć do nas?:)

DRM wiecznie żywy

19:00 10th April 2008

DRM i ziemia obiecana

Panie i Panowie. A jednak polska myśl technologiczna daje o sobie znać! Polska firma wprowadza to co właśnie jest wycofywane przez liderów. Dzięki genialnemu wizjonerstwu możemy cieszyć się w Polsce korzystaniem z technologii zabezpieczeń DRM w polskich filmach. Taadaam!…

Na stronę plaformadrm.pl trafiłem z tego z linku skuszony ofertą polskich filmów do pobrania firmowaną przez Polską Szkołę Filmową. Wszedłem, pooglądałem ale przezornie zerknąłem na sposób płatności oraz system zabezpieczeń. Niestety zgodnie z przewidywaniami jest to DRM. Nie wiem dlaczego ale polscy twórcy filmowi z uporem maniaka forsują DRM jako technologie, która zbawi nas wszystkich.

Rozumiem, że Polska to nadal dziki kraj i wszyscy kradną ale niech ktoś wytłumaczy wszystkim świętym, że zabezpieczenie kopii filmu DRM nie daje ŻADNYCH gwarancji. Ten sam film można bowiem ściągnąc z sieci p2p albo przegrać od kolegi. DRM utrudnia życie jedynie osobom, które legalnie nabędą plik.

Żeby było jasne - nie chcę generować kolejnej dyskusji “DRM kontra reszta świata” ale zwrócić uwagę na zaściankowość rodzimych akcji i prób wprowadzenia porządku za cenę forsowania złych rozwiązań w imię naiwnego przekonania, że “super technologia rozwiąże wszystkie problemy”. Jeśli iTunes wycofał się ze sprzedaży zabezpieczonych plików rok temu to warto naśladować wujka Gatesa czy Jobsa?

A propos innowacyjności - próbowałem sciągnąć “Odę do radości” z iTVP jakiś czas temu i wspominam to doświadczenie z zażenowaniem. Problemy z system płatności a potem właśnie z DRMem, który nie pozwolił mi na odpalenie pliku ponieważ przekroczyłem czas “autentykacji” (z powodu….opóźnienia w autoryzacji płatności).

Na stronie firmy, która stworzyła “platformę” do ściągania filmów znalazłem takie oto słowa:

“Zmiany zachodzące we współczesnym świecie, pozwalają zauważyć wzrastającą rolę produktów informatycznych w codziennym życiu. Wystarczyło piętnaście lat od wprowadzenia do powszechnego użytku, przyjaznych narzędzi, ułatwiających korzystanie z sieci (komputery PC, system Windows), aby zmieniły się ludzkie przyzwyczajenia.”

Nie wiedziałem, że Windows ma 15 lat. Czy Gates i Balmer o tym wiedzą? Dzwońcie do Microsoftu!! Nie wiedziałem też, że PC ma 15 lat. Kurde to na czym ja grałem w Tetrisa w 1989? Pewnie na trąbce.

“Zmieniło się podejście do czerpania wiedzy i szukania informacji na różne tematy. Nieskończone i różnorodne zasoby Sieci stały się także niezwykle konkurencyjną alternatywą dla dotychczasowych źródeł rozrywki. Internet przestał być luksusem, a stał się niezbędnym narzędziem poznania, bez którego trudno się obejść.”

Tak jest. Dlatego nadal płacę za ten “niezbędny” luksus 200 pln brutto TP S.A. Co miesiąc. Podobno moża taniej, ale w centrum stolicy żadna firma - powtarzam ŻADNA - świadcząca usługi (poza internetetm z powietrza za który po testach podziękowałem - mieszkam między wysokimi budynkami i zasięg rwie mi się) nie może dociągąć mi kabla do domu poza tepsą.

“Dzieje się tak również w naszym kraju mimo, że opłaty za dostęp do sieci należą do najwyższych w Europie. Stało się oczywiste, że nie da się powstrzymać zachodzących zmian. Warto jest za nimi podążać, a nawet starać się być o krok przed.”

Tak! Kto nie maszeruje ten ginie! Kto nie wprowadza technologii z której wszyscy się wycofują ten nie stoi na straży postępu! Technologia zawsze z partią! Polska młodzież używa DRM ku chwale ojczyzny! P2P is bad! Very bad!!

“Szybko postępujący rozwój technologiczny stawia przed firmami usługowymi, takimi jak PLAFORMA DRM, konieczność nadążania za wzrastającymi wymaganiami klienta; klienta dysponującego coraz łatwiejszym dostępem do Internetu, szybszym łączem, sprawniejszym komputerem, multimedialnym telefonem i miejmy nadzieję coraz zasobniejszym portfelem, którego zawartość jest skłonny przeznaczyć na korzystanie z oferowanych mu usług.”

Zauważyliście? “Plaforma DRM”. Nie “Platforma” i nie “Paltforma” jak widnieje w opisie strony. Może ta zabawa słowem “platforma” ma jakieś drugi dno i głębszy sens? Może to krypto manifest nowej partii politycznej?

“Współpracującym z nami firmom oferującym dostęp do Internetu, właścicielom portali internetowych oraz innym podmiotom zainteresowanym legalną dystrybucją filmów w internecie dostarczamy rozwiązanie, które zapewni im dodatkowe dochody z tytułu poszerzenia portfolio świadczonych usług.”

“Zachęcamy także Państwa do nawiązania z nami współpracy i czerpania korzyści ekonomicznych z nowych możliwości i usług jakie niesie ze sobą globalny postęp.”

ATM ma swojego “voda”, Interia ma swojego i jeszcze istnieje coś takiego jak Netino. Niw słyszałem żeby te projekty przynosiły lukratywne przychody.Ba! Taki ATM w zasadzie cały czas dokłada i nawet nie promuje swojej usługi.

“Mając nadzieję na owocną współpracę pragniemy zaznaczyć, że Platforma DRM dostarcza swoim klientom rozwiązania oparte na wieloletnich i różnorodnych doświadczeniach. Chcielibyśmy podkreślić także, że firma nasza, zatrudniając wykwalifikowanych specjalistów w dziedzinie informatyki, telekomunikacji, finansów i mediów, wspiera i promuje myśl technologiczną na terenie Polski.”

Szczególnie wspomnienie o specjalistach z dziedziny finansów mnie zaciekawiło. Kreatywna księgowość?

Nie wiem czy ktoś powiedział Wajdzie, Lubaszence, Krauzemu, Machulskiemu jak bardzo się wygłupili dając swoje twarze i firmując jakby nie było ten projekt swoimi nazwiskami. Banialuki, które wygadują (założe się, że nie wiedzą wogóle o czym mówią) pokazują dobitnie, że a) niektórymi kwestiami nie powinni się zajmować artyści b) głupota jest cechą występującą nawet wśród ludzi z Oskarem c) kult nowych technologii jest wprost proporcjonalny do wiedzy o nich.

Na marginesie po co płacić za “palformę” skoro można mieć podobny produkt za darmo? Przykłady znajdą się szybko jeśli tylko chce się ich poszukać.

Odpalcie np. przemówienie reżysera i producenta Machulskiego. Gdybyście nie wiedzieli na jakiej stronie jesteście można by odnieść wrażenie, że twórca “Killerów” mówi o unikalnej metodzie prażenia guano nietoperzy albo o rafinacji ropy naftowej. Podobny poziom ogólności i zrozumienia. Dobrze, że nie czyta z kartki jak Wajda.

Szczególeni mnie rozwalił tekst Machulskiego “to na pewno przerośnie nasze oczekiwania na tak albo i na nie”. Tough. Trudno zaprzeczyć. Oraz taka perełka “życzę powodzenia w tym europejskim i uczciwym przedwsięzięciu”. Eeeee bo jeśli nie europejskie to podejrzane i złodziejskie? Ejże co to za radiomaryjna retoryka?

Sorry panowie twórcy ale trzymajcie się z dala o “przełomowych nowinek technicznych”, “fascynujących technologii”. Róbcie swoje ekranizacje lektur szkolnych (Wajda), komedie (Machulski) albo komedie (Lubaszenko) a w międzyczasie poczytajcie trochę gazet i newsów. Podobno Amerykanie wylądowali na księżycu! Proszę nie kompromitujcie siebie biorąc udział w czymś o czym najwyraźniej nie macie zielonego pojęcia.

Dziwaczne wywody Andrzeja Wajdy mówiącego o “przybliżaniu widzowi filmów” w kontekście zastosowania DRM budzą śmiech. A potem zażenowanie, że to właśnie tacy ludzie jak Machulski, Wajda i Lubaszenko stają się “ekspertami” od ‘nowych mediów” i wyznaczają standardy w polskiej branży filmowej.

Dziwi mnie obecność w tym gronie “technokratów” Krzysztofa Krauzego - miałem go za rozsądnego faceta, który nie ulega łatwo trendom i instynktom stadnym. Szkoda. Pomimo tego, że jako jedyny mówił do rzeczy.

UPDATE: Telewizja Polska sięga po p2p :)

Plejada plotek

8:28 10th April 2008

dorota doda rabaczewska tvn

Taki dzień musiał kiedyś nadejść. Duży koncern medialny ładuje solidną kasę i odpala serwis mający stać się konkurencją dla innych tworzonych przez amatorów serwisów plotkarskich. ITI rusza na łowy plotek i sensacji nakierowanych na target Magdy M…

Plejada.pl wystartowała jakiś czas temu (pisał już o tym np. Kuba Filipowski) a jej redaktor naczelną została Karolina Korwin Piotrowska osoba o bogatym doświadczeniu w pracy z mediami elektronicznymi. Mam nadzieję, że epizod z Ahoj.pl pomoże w zrozumieniu internetu bo jakoś nie pamiętam żeby to co robiła Pani Karolina za czasów Ahoja szarpało statystykami portalu.

Anyway. Z innej beczki - ciekaw jestem jaką oglądalność dostanie w prezencie Centrum Handlowe Plejada w Sosnowcu (www.plejada.com.pl) z ruchu wygenerowanego przez zagubionych i słabo pamiętających prawidłowy adres internautów. Może ich też ITI kupi?

Plejada jako serwis plotkarski jest grzeczny, dopieszcza swoich bohaterów i pokazuje ich jako ładnych i mądrych. To taki styl jaki spotkać możemy w prasie spod znaku “people” gdzie nie opłaca się napisać prawdy o przepytywanej gwieździe ponieważ następnym razem manager takiego pacjenta nie zgodzi się na wywiad. Ujawnione brudy zwiększą zatem sprzedaż jednorazowo a potem ciężko będzie szukać kolejnych gwiazd chętnych do publicznego dawania ciała.

Jak sam serwis się nam przedstawia? Plejada.pl to w zamierzeniach twórców “nowy, niezależny, informacyjno-rozrywkowy kanał tematyczny w internecie” - nie wiem od czego ma być niezależny skoro redakcję karmi ręka ITI. Może to taki zwrot mający służyć w rozmowach z gwiazdami “niezależnie co piszą inni - my możemy napisać, że byłeś pijany jak świnia i ćpałeś kokę!”. Przepraszam, że się czepiam ale jakoś nie czuję tutaj ducha “indie” i anty-korporacyjnego luzu w gronie takich firm jak Onet / ITI / TVN.

Dalej czytamy “Nastawiamy się na informacje pozytywne, pogłębione, jesteśmy zdecydowanie bardziej łagodni niż konkurencja, ale w poszukiwaniu prawdy posuwamy się znacznie dalej niż inni. Nasze informacje są rzetelne, sprawdzone i prawdziwe. Jesteśmy dalecy od oskarżania i obrażania kogokolwiek. Nie ma u nas donosów. Zawsze powołujemy się na źródła.”

Subtelny kop w miękkie podbrzusze Pudelka i serwisów żyjących z informacji od czytelników i nawiedzonych fanów z komórkami z aparatami fotograficznymi. Plejada ostro rozgranicza i rozdaje uwierzytelnienia - dobre to co sprawdzone i przygotowane zgodnie z dziennikarską starannością. Taka taktyka może zdać egzamin jeśli nikt nie złapie redakcję Plejady na tworzeniu newsów na kolanie i wątpliwej treści.

Z daleka widać, że Plejada poszła tam gdzie Pudelek i podobne serwisy wejść nie mogą - za scenę teleturnieju, na plan serialu itd. Wreszcie ktoś konsumuje i przetwarza to co się produkuje w takiej machinie jak TVN i podaje to internautom. O kanibalizacji nie może być mowy bo treści produkowane przez Plejadę są po prostu specyficzne i dostosowane do medium internetu. Brawo.

Co ciekawe Plejada czyli tuba TVN pisze rowniez o konkurencji! I to pisze w sposób wyważony i poprawny. Przykład tutaj. To kolejny wyróżnik Plejady od internetowej konkurencji - patrzcie, możemy i umiemy współpracować a nie zagryzać się w boju o bardziej krawego newsa.

Plejada w zasadzie mogłaby być multimedialnym dodatkiem do “Vivy”, “Gali” czy “Twojego Stylu” - stonowane wypowiedzi i brak “mięsa” newsów charakterystyczny dla internetowych “pudelków” epatujących zdjęciami majtek B.S. upapranych krwią menstruacyjną pokazuje, że droga do sukcesu dla Plejady została wytyczona poprzez dobre relacje z reklamodawcami.

Dla koncernu medialnego to jedyna słuszna droga - pozwala to na przerzucanie budżetów między podmiotami i tworzenie ofert reklamowych “cross-platformowych” (kupcie tyle a tyle czasu w TV a dorzucimy Wam tyle i tyle odsłon na naszym serwisie) oraz buduje sobie zaplecze internetowe dość małym kosztem.

Czy zatem “internetowa prasa plotkarska” powinna się bać? Nie sądze. Stracą raczej portalowe quasi-plotkarskie serwisy (Plotek, XoXo, Pomponik.pl itd.) tworzone ze ścinków newsów, które nie weszły na “jedynkę”. Czytelnicy Pudelka trzymać się będą tego serwisu ponieważ radykalizm materiałów jest tam specyficzny a piętnowanie “gwiazdorzenia” polskich celebrytów jest kultowe.

Żaden inny gracz nie zdecyduje się na glanowanie gwiazd ponieważ kiedyś będzie wyciągał do nich rękę (przy promocji kolejnego serialu, imprezy, sprzedaży płyty itd.) Agora, TVN, Bauer nie może zrazić do siebie lokalnych gwiazd - o2 może i musi nawet.

Różnica styli jest ogromna - weźmy newsa o Wielkim Artyście Rubiku na Pudelku i tym w Plejadzie. To są zupełnie różne style i trafiające do zupełnie innych odbiorców. Mnie się bardziej podoba styl Pudelka - zawsze fajniej kopać leżącego i obserwować jak polskie “gwiazdki” raz po raz spadają z ramówek wraz z nimi walą się kredyty, plany życiowe i kupione domy. Mniam.

Pojawienie się Plejady to sygnał dla całego rynku medialnego, że czas też aby “duzi” zaczeli grodzić i wyrzucać “małych” z ich zagród i poletek. TVN ładuje kasę o wiele większą niż o2 będzie w stanie dać na rozwój Pudelka. Oznacz to, że czeka nas podział na low-costową prasę plotkarską i tę okraszoną eksluzywnymi wywiadami i klipami w jakości HQ 16:9. O2 flirtował z tv w pudelku ale to nie ta liga - ITI pokazał kły i szybko zgarnia co jest mu należne.

Ciekawie może wyglądać odpowiedź Polsatu w świetle ich zakupów ostatnich oraz zmian kadrowych. Czy Marcin Pery stanie się pardon my french koniem pociągowym części interenetowej Polsatu? Polsat ma w ręku świetny produkt - prawa do ME 2008. Można wokół tego zrobić wydarzenie internetowe, postawić ogromny serwis, zbudować społeczność. Z drugiej strony - Polsat ma dziwny talent do spieprzania szans na zaistnienie w sieci. Może to taka karma. Szczególnie, że o Polsat sam przyznaje, że nie ma odpowiedniej infrastruktury aby zrobić dobrą transmisję w sieci…

Elementy przewagi “Plejady” nad “pudelkami i kozaczkami tego świata”:

> sklep online - dobry pomysl chociaż to Mango :)
> wersja mobilna - w formule onetowej “lajt”. krok w przyszłość teraz mało osób z tego skorzysta
> materiały video 16:9 - nie do pobicia dla konkurencji bez własnego zaplecza TV
> merytoryka materiałów - pamiętacie lemon.tv? no to właśnie o takiej różnicy mówię.
> promocja w kanałach TVN - bez komentarza
> duży brat, budżet, stabilność - bezcenne
> eksluzywność materiałów - nie do pobicia przez konkurencję internetową.

PS. Dopóki gwiazdy i idole będą wygadywały podobnej klasy bzdury dopóty Plejada i Pudelek żyć będą spokojnie. Jak widać nasze lokalne gwiazdy dzielą i pod tym względem kosmiczne odległości od zachodnich kolegów - no może lekko zbliża się w swoich “filipinkach” posłanka Anna “Zdrowaś-Maryja-Zawsze-Dziewica” Sobecka.

Polska Dolina Piachu

17:10 22nd March 2008

Polska Dolina Krzemowa

Kto poprawnie rozszyfrował tytuł wie już, że na tapecie pojawi się Silicon Valley (jej polska wersja a raczej powody jej braku) i sprawa “polskiego Skype’a”. W październiku tego roku upłyną dwa lata od zakładu poczynionego w świetle reflektorów przez dwóch inwestorów. Panowie założyli się o to, że w Polsce możliwe jest powstanie “giganta high-tech” na miarę Skype’a…

W 2006 roku Tomasz Czechowicz (MCI) oraz Dariusz Wiatr (Hexagon Capital) dokonali zakładu mającego rozstrzygnąć się w czasie 2 lat. Tomasz Czechowicz twierdził, że “W maju dyskutowałem z ludźmi z różnych krajów podczas branżowej konferencji venture capital w Pradze. Wszyscy byliśmy pewni, że wkrótce w Europie Środkowej - bardzo możliwe, że właśnie w Polsce - narodzi się spółka technologiczna, której ranga na świecie będzie co najmniej porównywalna z firmą Skype.” Wiatr mu odpowiadał: “Jestem zazwyczaj optymistą, typem wolterowskiego Panglossa - mówi nam Dariusz Wiatr. - Ale ten pogląd to typowe myślenie życzeniowe. Taki scenariusz nie ma, niestety, w Polsce realnych szans i mogę się o to założyć.”.

Warunki zakładu zostały jasno określone: “Kiedy rozstrzygnięcie? Na koniec 2008 r. W jakich branżach ma działać firma? Szeroko pojęte high-tech, czyli m.in. internet, technologie mobilne i bezprzewodowe, informatyka, software, półprzewodniki, biotechnologia, zaawansowane technologie medyczne. Jaka ma być miara sukcesu? Polska spółka powinna zaliczać się w swojej branży do pierwszej trójki w Europie pod względem popularności marki, liczby użytkowników (klientów) lub udziału w rynku. Za sukces uznamy też pozyskanie inwestora z absolutnej czołówki światowych funduszy venture capital (typu Benchmark Capital, Sequoia czy Kleiner Perkins).”

Stawką zakładu była butelka kalifornijskiego wina Opus One o wartości 1.5 tys. złotych (teraz pewnie tańsza po spadku dolara) co już wtedy pokazywało, że obaj panowie raczej nie rzucają na szalę wiele. Podana data zakładu mija za 7 miesięcy. Można śmiało przyjąć, że żaden z warunków postawionych w zakładzie nie spełni się. Pospekulujmy dlaczego?

Niestety lista argumentów przeciw wyartykułowana przez Dariusza Wiatra nie straciła na mocy a nawet powiększyła się. Spróbujmy zatem sporządzić listę taką listę pod tytułem “Dlaczego w Polsce niemożliwe jest powstanie spółki high-tech konkurującej ze światowymi firmami?”

* brak kultury rynkowej i biznesowej na odpowiednim poziomie

Obie strony (inwestorzy i właściciele pomysłu) patrzą na siebie i postrzegają jako zło konieczne. Inwestorzy polscy w większości ofiary bańki 1.0 nadal patrzą podejrzliwie na “dotcomy”. Ich zachwyt ale i przerażenie budzi szybkość rozwoju serwisów i usług w Internecie - wiedzą, że chcą się załapać na trend ale nie wiedzą jak. Brak wiedzy i doświadczenia w prowadzeniu takich firm powoduje, że inwestuje się sumy grubo za duże w średnie pomysły a zarazem występuje lęk przed wyłożeniem wielkiej kasy na walkę z konkurentami z zagranicy.

Pomysłodawcy otumanieni wizjami “web-dwa-zero” produkują masowo wizjonerskie produkty czy usługi, które a) działają już na rynkach zachodnich b) nie są wcale takie świetne. Niska bariera wejścia na rynek powoduje, że za “biznes” biorą się osoby, które usłyszłały coś o naszej-klasie i myślą “mi też się uda powielić pomysł albo drenować jakąś niszę”. Przykładów proszę szukać na startups.pl. 90% ogłaszanych tam serwisów wyprodukowano za mniej niż 1 tys. złotych przez grupę dwóch osób (koder+grafik).

Efekt? Zniechęceni inwestorzy, którzy bombardowani są propozycjami inwestycji w kolejny “serwis wymiany zdjęć - lepszy niż flickr!” przestają mieć chęć i siłę na szukanie perełek. Bo perełki są, ale baardzo głęboko ukryte i jakoś same nie chcą wpaść w łapy inwestorów.

* brak podmiotów wyspecjalizowanych w finansowaniu małych spółek

Wbrew pozorom w Polsce nie ma firm, które zajmują się inwestowaniem w pomysły na bardzo wczesnym poziomie rozwoju. Nie ma ani “aniołów biznesu” z prawdziwego zdarzenia ani VC czy PE inwestujących małe pieniądze w celu zobaczenia czy biznes jest sensowny.

Wiem, że jest coś takiego jak BAS ale nadal twierdzę, że to nie ten kaliber. Potrzeba jest firm chętnie inwestujących poniżej 100 tys. złotych na zasadzie “masz pomysł - zrób wersję beta i sprawdzimy Twoje założenia w testach.

Będzie okej - jedziemy z kolejną transza”. Są za to gracze “mam 10 mln złotych i co mi zrobisz”. Jeśli Twój pomysł nie łapie się na spalenie w piecu od 1 mln złotych w górę to panowie garniuturowcy z “wieżowców szklanych drzwi” nie przerwą swojego sushi-lunczu żeby cię wysłuchać.

* mentalność polaków - dobra, stabilna praca jest lepsza niż swoja własna firma

Wiele młodych osób nie stać jest na rzucenie się na głęboką wodę własnego biznesu. Paraliżuje je strach związany z utrzymaniem siebie i pracowników. Brakuje pozytywnych przykładów i case studies, brakuje realnego wsparcia państwa (zmniejszenie czasu na rejestrację firmy nic nie zmieni!). Dodatkowo osoby, które mogą zrobić coś w branży kuszone są dobrze płatnymi posadami w bankach, sektorze IT czy mediach.

Rachunek jest prosty - wolę być inżynierem w Google’u niż ryzykować własnymi środkami budując swój pomysł. Trudno tutaj bezpośrednio winić same młody osoby, ale cóż - kto nie ryzykuje ten nie jedzie.

Łukasz Foltyn czy Maciej Popowicz albo Rafał Agnieszczak i Michał Brański też mogli pewnie pójść pracować u kogoś. Wybrali własne biznesy i nieźle z tego żyją. Można? Można. No pain no game.

* dostęp do internetu i nowych technologii

Nie jesteśmy może małym krajem ale za to dość słabo korzystającym z narzędzi jakimi dysponujemy. Raport, który powinien wstrząsnąć rządem (PO przecież jasno opowiadała się za rozwojem dostępu do Internetu czy się mylę?) a przeszedł w zasadzie bez echa pokazuje, że nasze miejsce jest koło Bułgarii. Nie koło Norwegii, Danii, Niemiec czy Francji ale właśnie koło Bułgarii.

70% rodaków ma dostęp do telefonii stacjonarnej a tylko 8,4 % do szerokopasmowego internetu. A my chcemy produkować amazony, skype’y i inne yahoo’sy. Kto to będzie oglądał i za pomocą czego? Będziemy ciągnąć internet z komórek?

* wsparcie administracji rządowej w dziedzinie nowych technologii

Tego tematu nie trzeb chyba rozwijać. Lepiej ogłosić budowę Centrum Nauki Kopernika i zwołać kilka konferencji niż pomyśleć i wcielić w życie plan pomocy młodym, innowacyjnym firmom. Wiadomo - w takim centrum jak już powstanie ktoś będzie musiał objąć stanowisko dyrektora za parę lat. Idealne miejsce dla byłego ministra, który taki wniosek na budowę podpisze.

A taka spółka technologiczna panie to nie wiadomo co robi. I zdjęcia na jej tle nie można zrobić do ministerialnego newslettera bo jak garaż może być siedzibą zwykłej spółki?

* wielkość polskiego rynku

Jesteśmy zbyt małym i za mało chłonnym rynkiem, aby w miarę szybko zbudować odpowiednio duży popyt na innowacyjny produkt czy usługę. Bez duże grupy użytkowników nie rozwinie się nawet Skype czy Joost. Czyli chodzi o kwestię skali.

Czyli co? Usiąść i płakać? Niekoniecznie.

Jest Psiloc i jest IVO. Są regularnie wygrywający zawody programistyczne grupy młodych osób. Są powracający zza oceanu ludzie, którzy pracowali w prawdziwej Dolinie Krzemowej i mogą przenieść tamtejsze zwyczaje i doświadczenie na nasz grunt.

Są też oddziały Google’a i innych dużych molochów IT, które oprócz tego, że same wysysają obecnie z rodzimego rynku talenty to za chwilę będą je musiały również od siebie wypuścić i może właśnie taka osoba założy firmę, która niczym w amerykańskim śnie przejdzie błyskawicznie drogę od rodzinnego garażu do korporacji rozpoznawalnej na całym świecie.

Wiara i nadzieja to potęga a tego nigdy nam Polakom nie brakowało ale na razie przejdźmy się po Pustyni Błędowskiej i kontemplujmy jej przyrodę. Albo jej brak.

UPADTE: Tutaj Gazeta Wyborcza drukuje więcej informacji o półmetku zakładu

I ciekawostka - Polska jest technologcznym zaściankiem - więcej tutaj

iPhone chce (do) biznesu

8:00 14th March 2008

iphone sdk business

14 dni po wypuszczeniu SDK dla iPhone’a firma Apple ogłosiła 100 tysięczne pobranie tego pakietu aplikacji (tylko w USA!). Oznacza to, że wierna armia gorliwych wyznawców religii kościoła Apple’a pod wezwaniem św.Jobsa dostała do rąk narzędzia do walki z Bablionem nie tyle już Microsoftu co całej branży telefonii komórkowej…

Mam taką swoją prywatną teorię - myślę, że Gates i Ballmer mają kilka laleczek voodoo, których bardzo często używają (może nawet sie wymieniają nimi?). Jedna przedstawia Steve’a Jobs’a a dwie pozostałe Larry’ego Page’a i i Sergey’a Brin’a. Laleczki są wyciągane przy okazji ogłaszania przez Apple lub Google nowych informacji dotyczących rozwoju obu firm.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni laleczka Jobsa została zapewne nieźle zmaltretowana - Apple wypuścił swój zestaw narzędzi deweloperskich do iPhone’a czym oficjalnie zaprosił programistów do pisania nowych aplikacji na swoim telefonie. Dodajmy, że z sukcesem jak widać po ilości pobrań.

Jobs ma powody do zadowolenia - iPhona sprzedaje się bardzo dobrze. Wyniki zaprezentowane podczas tej konferencji pokazują, że magia Apple’a działa. W USA rynek przeglądarek mobilnych został zmonoplizowany przez Safari (ponad 70%). Udział iPhone w sprzedaży smrtphones uplasował się na poziomie 28% (cytuję z głowy). To oznacza, że Jobs ze swoim telefonem wdarł się na ciężki rynek szturmem i zajął świetny przyczółek do dalszych działań.

Kto podczas ogłaszania debiutu iPhone’a widział w tym wydarzeniu tylko przełom w telekomunikacji ten mylił się bardzo. Jobs za pomocą Apple zamierza konsekwentnie realizować strategię żywcem wziętą z pola walki o muzykę - najpierw hardware (iPod), potem software (iTunes) i możliwość sprzedaży online (znowu iTunes).

To samo zamierza powtórzyć z iPhone’m - najpierw słuchawka, potem software do niej (kontrolowany przez Apple) a na końcu sklep AppStore gdzie każdy developer będzie mógł sprzedawać swój produkt za dowolną cenę. Gdzie jest haczyk? Apple zabierze 30% (można dyskutować czy to jest dużo czy mało - patrząc na praktyki polskich operatorów GSM uważam, że to bardzo uczciwy podział) oraz ma głos decydujący jaki soft może być wystawiane w AppStore - zarzekają się na razie, że pozwoli to na kontrolę eleminację pornografii, wirusów i wszelkiego innego zła epoki cyfrowej.

Stworzenie sklepu z którego oprogramowanie ściagane może być za pomocą telefonu nie jest niczym nowym - patrząc jednak na fakt, że Apple kontroluje i decyduje jakie aplikacji mogą być wgrywane na ich urządzenie nie można nie zauważyć, że firma z Cupertino jest monopolistą z ludzką twarzą. Albo grasz tak jak my chcemy albo produkuj soft do szuflady.

Z drugiej strony - masz małą firmę w garażu ze świetnym produktem - wrzucasz na AppStore i czekasz na kasę co miesiąc od Apple’a. Zero kosztów utrzymania ruchu, promocji (założę się, że znalezienie się w “Top 10′ aplikacji w AppStore będzie miało siłę “efektu Digg’a”) i dostajesz 70% kasy. Miodnie.

Dłuższą część konferencji zdominowała tematyka biznesowych narzędzi jakie pojawią się w nowym updacie dla iPhone. Nie obyło się bez sojuszu z wrogiem - soft iPhone 2.0 będzie zawierał wsparcie dla Microsoft Exchange. Ten ruch pokazuje, że ponad krytyką “evil software from Redmond” Jobs potrafi dostrzeć pieniądze leżące w firmach i dużych korporacjach.

Prostota tworzenia softu na iPhone’a miały obrazować testy przeprowadzone przez grupy inżynierów z branży gier komputerowych (Electronics Arts i SEGA). Dostali oni do ręki iPhony i SDK i w czasie 2 tygodni mieli pokazać co można zrobić w tak krótkim czasie.

EA przedstawiła wersję gry “Spore” a Nintendo w zasadzie całkowicie grywalną iPhonow’ą wersję “Super Monkey Ball”. Jeśli to prawda o nie marketingowy chwyt to czeka nas wysyp gier na iPhone’a - 10 milionów użytowników na pewno chce w coś pograć na swoich jabłkowych cacuszkach.

Dla tych, którzy chcą dokładnie widzieć co oferuje SDK i jakie zmiany pojawią się w firmware 2.0 zapraszam na blog Appleblog Pawła Nowaka (swoją drogą dzięki Pawłowi odkryłem co to znaczy znaleźć się w “rodzinie” Apple’a - Paweł bardzo cierpliwie sekundował mi w moich potyczkach z MacBookiem i dodawał otuchy. Pawle, jeszcze raz dziękuję!).

A tu znajdziecie parę cierpkich słów na temat SDK - nie wszystko wygląda tak różowo jakby deweloperzy chcieli..

PS. Acha no i oczywiście wyścig zbrojeń kręci się dalek - firmware 2.0 został już złamane. Jak zareaguje Apple?

Strzeż się geeka z Twitterem

8:00 12th March 2008

sarah lacy - sexy disaster

Wywiad z Markiem “Mr.Facebook” Zuckerbergiem przeprowadzony na SXSW przez Sarah Lacy stał się sławny w czasie paru godzin. Jeśi Twitter miały opcję “kill” to Sarah Lacy byłaby martwa już w czasie zadawania drugiego pytania. Dziś w sieci pojawił się cały zapis wideo wywiadu i każdy może wyrobić sobie zdanie na ten temat co stało się w Austin…

Wczoraj zachęcony nagłówkami RSS śledziłem lincz medialno - blogosferowy w serwisach polskich i zagranicznych. Zanosiło się na to, że będziemy świadkami pierwszego w dziejach morderstwa cyfrowego - po takiej ilości negatywnych ocen i kubłów brudów wylanych na dziennikarkę szacownego wydawnictwa inny komentarz nie przychodził mi do głowy.

Dziś rano zerknąłem na AntyWeb a potem na TechCrunch. Zaparzyłem sobie dzbanek herbaty i obejrzałem pełną relację z rzeczonego wywiadu w wersji pełnej 56 minut i 58 sekund. I zdębiałem.

Podpisuje się pod słowami Arringtona ten Pan upatruje źródło problemu w tym, że dziennikarka nie była geekiem ale seksowną młodą kobietą. Ratunku!!

Przytłaczająca liczba komentarzy dosłownie zmieszała z błotem dziennikarkę. Twitter zgrzytał i buczał od wpisów od których cierpły uszy. Użytkownicy tego zacnego serwisu używali sobie na całego podkręcając atmosferę w czasie trwania wywiadu. Patrząc na wpisy i komentarze na blogach wydawałoby się, że sam Szatan zstąpił do sali SXSW i ogłosił koniec świata.

Dla wielu osób pani Sarah Lacy właśnie zakończyła swoją karierę w mediach elektronicznych i powinna dostać dożywotni zakaz komentowanie świętych spraw dotyczących nowych mediów. Amen.

Żeby było jasne - ustalanie czy autorka wywiadu promowała swoją książkę, czy zadawała nudne pytania by jest tylko lansującą się dziennikarką, czy Zuckerberg jest “mało interaktywny” w czasie publicznych występów czy też która strona miała rację - ludzie krzyczaczy z sali, że “pytania są nudne” czy też osoby broniące Sarah Lacy. Nie chcę wchodzi w spory merytoryczne.

Każdy (zachęcam do obejrzenia wywiadu) może sobie wyrobić swoje zdanie po obejrzeniu tego wywiadu. Moje są następujące - Zucekerberg do gigantów krasomóstwa nie należy (Arrington twierdzi, że Zuckerberg jest bardzo trudną osobą jeśli chodzi o wywiady) i zapewne jego nieśmiała i wycofana postawa mocno kontrastowała z odbiorem dziennikarki.

Sarah Lacy faktycznie prezentowała się o niebo lepiej - ładna, uśmiechająca się może zbyt często zadawała dziwne pytania (czasami miałem wrażenie, że to jest randka a nie wywiad). Dodajmy, że wcześnie robiła już wywiady (do swojej książki) z Zuckerbergiem więc znają się i ich “zażyłość” może nie być udawana.

Być może kobieta dziennikarz zadająca banalne czasami (przyznaję bez bicia) pytania to było coś czego środowisko geeks i tekkies i wszelkiej maści zapaleńców z SXSW znieść nie mogło? To pytanie stawiam jako osoba uczestnicząca w ostatniej Auli podczas której widziałem reakcję uczestników na zapowiedź spotkań Geek Girls. Z sali posypały dość jarczmarno-koszarowe żarty. Wypadek przy pracy? Nie sądzę.

Wróćmy do SXWS. Pierwsza fala ataku została przypuszczona przez grupę osób komentujących wywiad na Twitterze potem rozlała się na blogi. Osoby wyposażone w laptipy na sali zapewne czytały komentarze innych (nie znajdujących się na konfernencji osób) jeszcze bardziej podgrzewające atmosferę. Krzyki i pohukiwania z sali stawały się głośniejsze aż do momentu kiedy sam Mark zapytał o co właściwie chodzi w pytaniach dziennikarki.

Oto chodziło publice, która za pomocą oklasków w zasadzie uniemożliwiła zadanie dalszych pytań. Lider pokazał sforze, że można przypuścić atak. Ludzie pokolenia zbudowanego z hierarchii ważności na Diggu dali upust swoim frustracjom. Burn the witch! Burn her!

Jedna z komentujących osób wpis Arringtona napisała: “If twitter helps a group of bored influential people pass their time, great. But let’s keep twitter in the background, and not let it replace valuable discourse or content. The fact you can use it to whine, or led credence to a story, is painful.”.

Komentuje emocjonalnie to co się stało na SXSW z czysto osobistego punktu widzenia. Na konferencjach na których ostatnio byłem czy też uczestniczylem jako organizator regularnie pojawia się kwestia “dopuszczenia głosów z sali” jako elementu “web-dwa-zerowego” podejścia do organizowania konferencji. Dajmy ludziom platformę to zapełnią ją ciekawymi i wiele wnoszącymi do dyskusji wątkami. Guzik prawda. Trele morele.

Nie wypada nie mieć np. Blipcasta i rzutnika pokazującego komentarze na żywo (ba, część wpisów tworzona jest przez ludzi siedzących na sali) uczestnikom. Po doświadczeniach z ostatniej Auli w TVN staje na stanowisku, że komunikator oznacza niestety dopuszczenie do głosu (demokratycznie a jakże!) sfrustrowanych, nihilistycznie nastawionych do życia pacjentów zamkniętych ośrodków.

Nie chcę oczywiście generalizować, ale nawet kilka głosów w stosunku do kilkuset uczestników robi złą atmosferę. Uwierzcie mi, że spędzanie czasu na czyszczeniu relacji z wulgaryzmów, linków do porno site’ów i innych pomysłowych prób zaistnienia jest dość męczące.

To nie zdaje egzaminu. Nie można zmusić ludzi do korzystania z narzędzi tylko w jeden (dobry) sposób. To jest klasyczny dylemat -dajesz ludziom narzędzia i oczekujesz, że wyniknie z tego tylko coś dobrego.

Na blogu Second Thoughts znalazłem bardzo trafne podsumowanie tego co stało się podczas wywiadu z Zuckerbergiem: “Depending on who you are, you will see this incident as either the triumph of the new media, the defeat of the old media, or a resounding indictment of all of them and the posting of another win for “games” and their gods.”

Dzieci rewolucji zjadają siebie żywcem ku uciesze innych dzieci. Tak ma wyglądać blofgosfera i social media? Proszę zatrzymać świat, ja wysiadam.

Moje wnioski osobiste płynące z obserwowanie wydarzeń na SXSW oraz polskich spotkań w duchu barcampowym:

My, Internauci oświeceni blaskiem swoich laptopów, rostrząsający na forach i blogach różnice między Web 2.0 a 3.0 i tym podobne akademickie dylematy działamy tak samo jak zwykły tłum na ulicy. Ktoś rzuci kamień (posta) ktoś potem powie, że widział “na własne oczy jak…” (post napisany na podstawie innego wpisu) i tak to się kręci. Niewiel się zmieniło od czasu pierwszego wydania tej książki. “Wielkie miasto” zmieniło się w “wielką sieć” a demonstracje na ulicach we flame’y na forach i w komentarzach w serwisach informacyjnych.

My, internauci lubimy krew i igrzyska - wystarczy nam rzucić na żer parę nie do końca prawdziwych faktów a w “social media” rozgorzeje bój na wyzwiska i kalumnie. Źródło informacji (wiadomo przecież - tradycyjne media kłamią) nie są już tak istotne co punkt widzenia i moc przebicia się ze swoją wersją. Acha, byle informacje była ze wszechmiar bulwersująca. I najlepiej w postaci wideo, żeby dało się zrobić “copy-paste” i wysłać znajomemu na gg.

Smutne są te nasze social media i rewolucja mająca zmienić na zawsze role nadawcy i odbiorcy.

PS. Na koniec polecam coś ze starej, telewizyjnej szkoły robienia wywiadów. To się nazywa energia i posłannictwo!

PPS. A to jest komentarz Lacy na Twitterze :)