Ach ci dobrzy piraci…
10:24 30th June 2009

Mówienie o tym, że X milionów osób korzysta z sieci p2p i ma to być dowodem na to aby wszyscy zaprzestali respektowania swoich praw w Internecie nie jest dobrym pomysłem. Wspieranie (Przekrój) się szwedzkim przykładem allemansretten (czyli w luźnym przekładzie prawa dostępu do natury) jest bardzo mocną próba nagięcia rzeczywistości…
Na początek definicja – przyjmuję za piractwo wszelką formę ściągania z sieci Internet utworów / plików bez uiszczenia tantiem ich twórcom. Nie interesuje mnie stan prawny w Polsce (użytek własny) ani procesy w Szwecji (przegięcie w drugą stronę). Po prostu jeśli ktoś coś wyprodukował a ktoś inny zamiast mu za to zapłacić po prostu kopiuje to nazywam taki fakt kradzieżą a cały proceder piractwem. Sieci P2P, serwisy warezowe, składowiska plików w stylu Chomikuj.pl czy kopiowanie płyt i sprzedawanie ich na bazarach – wrzucam do jednego worka.
Większość osób ściągających pliki za pomocą sieci p2p to nie bojownicy o “wolność naszą i waszą” ale zwykli szarzy ludkowie, którzy nie mają pieniędzy na pójście do kina za 25 pln czy kupienie płyty CD za 60 pln. Dlatego ściągają pliki i mają gdzieś to, że ktoś, gdzieś szafuje tak wielkimi słowami jak “wolność”. Kradną z lenistwa, głupoty ale i braku legalnych alternatyw. Dlatego sprawy TPB i ich problemy guzik interesują większość osób w innych krajach – oni po prostu chcą mieć dostęp do plików.
Szwecja jest bogatsza i tam też ściągają na potęgę powie ktoś. To fakt ale nie zapominajmy, że również był / jest to kraj bardzo “socjalny” a ludzie nastawieni roszczeniowo. Szwecja płaci obecnie za wiele lat bardzo opiekuńczego stylu sprawowania opieki nad obywatelami, którym rozdawano przywileje i zapomogi za nic. Wyrosło pokolenie “daj-mi-teraz”, które nie widzi nic złego w ściąganiu pirackich plików z Internetu. Oni tego żądają i dostają.
Proszę więc nie dorabiać ideologii do zwykłej kradzieży. Piractwo spod znaku p2p nie jest ani przejawem “cyfrowego wykluczenia” ani “walką z monopolem o wolność wyboru”. Co to za wybór i co to z walka jeśli realizowana jest z pomocą kradzieży cudzej własności? Oczywiście można bronić całości procederu powołując się na polskie prawo dopuszczające użytek osobisty (ale już nie programów komputerowych) czyli ściąganie plików bez ich rozpowszechniania. Co jeśli prawo zostanie zmienione? Nadal będziemy uważali, że nic się nie dzieje złego?
Zadaję sobie takie pytanie – dlaczego pomimo ogromnych (i stale idących w górę) cen benzyny nie pojedziemy sobie gdzieś w pole i nie wywiercimy dziurki w rurociągu aby tym samym zasilać nasz samochód? Albo dlaczego nie wepniemy się na klatce schodowej w skrzynkę i nie będziemy “korzystali” z czyjegoś dostępu do TV czy telefonu? Dlaczego nie skusimy się pójść “na skróty” aby uzyskać doraźny efekt i zysk?
Odpowiedź na powyższe jest prosta – ponieważ zabiera to więcej czasu, podlega wysokim karom, wymaga odpowiedniego sprzętu, zdolności i wiedzy oraz co najważniejsze jednoznacznie kojarzone jest z kradzieżą i przestępstwem. W przypadku ściągania plików z Internetu jest na to przyzwolenie społeczne, brak jasnych przepisów prawnych, każdy może to robić (dysponując minimalną wiedzą techniczną).
W Polsce przez wiele lat powstało wiele przejawów anomii społecznej sankcjonowanej przez system w którym żyliśmy. “Załatwić” coś oznaczało ukraść coś z fabryki (np. papier toaletowy albo płyn do mycia naczyń). Osoba “zaradna” życiowa to była taka postać, która korzystając z dobrodziejstw gospodarki “centralnie sterowanej” w której każdy miał mieć po równo (czyli w sumie nic) umiała wyprać kartki na paliwo aby zatankować ponownie samochód, zdobyć przydział na pralkę czy pojechać na wakacje po to aby sprzedać w Rumunii okulary i przywieźć za to dewizy. Była podziwiana i miała naśladowców. Rolowanie państwa (a więc pośrednio i obywateli) należało do dobrego tonu i miało społeczne przyzwolenie.
Trochę jednak za oknem się zmieniło a my nadal uważamy, że fajnie jak ktoś coś skołuje i nie zapłaci. Bo płacą tylko frajerzy i idioci.
Taka była rzeczywistość za czasów PRLu. Niestety – ustrój się skończył, mentalność została. “Załatwić” i “skołować” nadal są na topie. Wiodę biedny żywot studenta i nie mam kasy na pójście z dziewczyną do kina. Ściągam więc “z sieci” najnowszy film, siadam z nią w swoim akademiku, odpalam laptopa i tak spędzamy wieczór. Moje usprawiedliwienie? “Twórcy tego filmu nie zbiednieją, zapewna mają kieszenie pełne kasy. Poza tym wszyscy tak robią”. Nazywajmy jednak rzeczy po imieniu – kradzież jest kradzieżą. Nie poszedłeś do kina bo Cię nie stać a nie dlatego, że walczysz z wyimaginowanym Systemem.
Ludzie potępiające w czambuł wyrok szwedzkiego sądu zapominają o paru sprawach – TPB od początku robił sobie jaja ze wszystkich możliwych instancji szwedzkich i międzynarodowych. Oficjalnie przyznawali się do tego, że ich motorem działania jest chęć szerzenia “piractwa”. Elementy walki o
“wolny dostęp do twórczości” pojawił się całkiem niedawno na potrzeby procesu i jako element obrony w procesie. Poczytajcie sobie odpowiedzi TPB na listy od firm zgłaszających zastrzeżenia do plików na serwerach TPB – odpowiedź w większości była taka sama: “Walcie się gumową pałą. Wiemy, że popełniamy przestępstwo ale w Szwecji możecie nam naskoczyć bo tu jest inne prawo. Pa pa!”.
Zanim zatem tak ochoczo zaczniecie powiewać flagami szwedzkiej czy polskiej Partii Piratów, zanim wyjdziecie na ulicę aby protestować przeciwko “złym kapitalistycznym koncernom” i zanim do końca uwierzycie, że wszystko powinno być darmowe – zastanówcie się. To o czym marzycie to czysta utopia. Bez możliwości czerpania zysków ze swojej pracy wytwórcy nie będą niczego tworzyli. Wy nie będziecie mogli zatem niczego ściągać i korzystać z ich pracy – to najprostsze wytłumaczenie. Koniec i kropka. Możecie sobie marszczyć noski i tupać nóżkami ale takie są zasady gospodarki rynkowej. Podaż i popyt żądzą również i Internetem.
Występ polskiej Partii Piratów na TMT’09 dowiódł, że w Polsce łatwo jest płynąć na fali demagogii. Nie usłyszałem nic z ust przedstawicieli tego stowarzyszenia (bo chyba cały czas nie mogą zebrać odpowiedniej ilości głosów aby stać się partią jeśli dobrze zrozumiałem) co by mnie zachęciło do ich wspierania. Potok banałów wsparty jakaś nowomową zasłyszaną na lewicowych zebraniach w ustach ludzi, którzy komunizm znają z podręczników historii jest dla mnie śmieszny i przerażający. Wszystko za darmo? Wszyscy mają mieć po równo? Cała władza w ręce ludu? Gdzieś to już było…
Zgadzam się – obecna sytuacja w której część Europy nie może korzystać z usług i serwisów, które w USA są dostępne jest bardzo bardzo zła i powoduje problemy. iTunes i Apple są przykładem pasywnego działania. Casus sklepu Nokia z cenami w okolicy 1 USD za utwór pokazuje, że jednak można. Jasne, że chciałbym obejrzeć w tym samym okresie co amerykańscy widzowie “Lost” czy “Dr House”. To jest ogromny błąd. Tak samo jak większość osób nie chcę płacić (albo inaczej – chcę mieć wybór) za opakowanie kolekcjonerskie, książeczki i naklejki – chcę dostać utwór po najniższej cenie bez marży pośredników i sklepów.
W samych koncernach potrzebne są zmiany na najwyższych szczeblach aby dostosować mentalność działań rodem z XIX wieku do nowoczesnych warunków i technologii. Potrzeba nowych rozwiązań prawnych dających się zastosować na całym świecie. Podpisuję się pod stwierdzeniem francuskich konstytucjonalistów – prawo do Internetu jest jednym z praw człowieka. Nie zmienia to faktu, że zmiany muszą zostać wdrożone w sposób przemyślany a nie pod dyktatem pistoletu przystawionego do skroni.
Chciałbym zamiast pozornego zamieszania wokół TPB większej dyskusji na przykład o Creative Commons. Chciałbym abyśmy przestali działać tylko w wybranych obszarach ale potrafili zdobyć się na spojrzenie na problem z dystansem. Chciałbym poważnej dyskusji o zastosowaniu p2p dla celów komercyjnych, zgodnych z prawem. Chciałbym dyskusji o stawkach, cłach i globalnych rozwiązaniach spraw praw autorskich.
Zanim wzniesiemy flagi i rozpoczniemy abordaż zastanówmy się czy przypadkiem nie zatapiamy jedynego okrętu na którym możemy popłynąć dalej.
PS. No proszę – czyżby TPB właśnie opuszczało swój okręt flagowy? Właśnie ogłosili, że zostają sprzedani. I gdzie się podziały hasła “zero komercji” czy “nigdy nie będziemy pracowali dla kogoś”? Pecunia non olet…
Acedia
8:00 17th June 2009

Grześkowi Marczakowi i Rafałowi Agnieszczakowi należy się piątka z plusem za pr imprezy “Ragniego” czyli Startup School 09 – użytkownikom pała (lub dwója według starej nomenklatury) za brak podstawowych umiejętności korzystanie z narzędzi jakie mają…
Na początku uspokoję – nie będę oceniał pomysłów. Niektóre są dobre, niektóre średnie niektóre (na szczęście margines) absurdalnie głupie. Chciałbym się skupić nie na kwestii oceny pomysłów ale ich przedstawianiu oraz weryfikacji przydatności przez samych twórców.
To co zwróciło moją uwagę to przykry fakt: użytkownicy internetu, którzy chcą startować w grze o kasę, mienią się obserwatorami tego “czego ludzie chcą” nie umieją korzystać z podstawowych, darmowych narzędzi. Taki wniosek nasunął mi się po lekturze większości pomysłów. Proszę o przeczytanie listy zgłoszonych propozycji.
Czy Wy również macie wrażenie, że większość z zaproponowanych “biznesów” została już zrobiona, działa i można na ich temat znaleźć informacje?
Ci sami użytkownicy (ba, potencjali młodzi biznesmeni, startupowcy, elita) nie dość, że nie orientują się w polskim internecie to wykazują się ignorancją jeśli chodzi o znajomość dużych zachodnich serwisów.
Zdecydowana większość zgłaszanych pomysłów zaczyna się tak “nie wiem czy coś takiego już istnieje ale..” – chłopaku, dziewczyno. Taki tekst brzmi po prostu śmiesznie – rozumiem, że 5% to nie jest oszałamiająca propozycja ale wykaż minimum zangażownia, odbrób lekcję (tak, dokładnie tak samo jak w szkole), przygotuj się chociaż minimalnie. Powtórzę – takie podejście jest żenujące i obraża osobę której się taki pomysł prezentuje.
To jakby powiedzieć “nie szanuję Cię, tak naprawdę mam Cię głębooooko w dupie – masz tu taki szkic, nie chciało mi się poświęcić 10 min mojego “cennego czasu”. Acha i chcę za to kaskę. Możliwie jak najwięcej!!”
W sumie większość “pomysłów” można podsumować za pomocą komentarza jednego z uczestników konkursu:
“ah, jaki to człowiek jest leniwy… nawet mi się dobrze pogooglować nie chciało xD Napisane pod wpływem chwili, emocje wzięły górę.”
Po konstrukcji zdań, użytych słowach zgaduję, że średnia wieku osób zgłaszających oscyluje w granicach 17-25 lat. Nie jest to nic złego – niech pojawi się nawet genialny pomysł od 5-cio latka. Niestety widzę, że “pokolenie C”, “nasycenie mediami życia codziennego”, “nowe wspaniałe narzędzie edukacji” nie idą w parze z chęcią poczynienia wysiłku intelektualnego, zrobienia czegoś więcej niż copy+paste.
Chciałbym się mylić. Chciałbym wierzyć, że osoby, które na serio zgłaszały swoje pomyły i oczekiwały, że ktoś da im te 5% poważnie podeszły do tematu. Trzyma za to kciuki.
Rafał – wiesz, że kibicuję Twojej/ Waszej inicjatywie i uważam ją za jedną z najciekawszych w ostatnim roku. Niestety obawiam się, że oprócz uczenia RoR czy Django albo jak wypozycjonować stronę będziecie musieli uczyć “młodzież” jak napisać (poprawnie po polsku) stronę z regulaminem serwisu, co to jest za opcja “wyszukiwanie zaawansowane” w Google i dlaczego warto korzystać czasami nie tylko z Wikipedii ale sprawdzać inne źródła.
W pewnej starej księdze napisano, że siódmym grzechem głównym jest lenistwo. Jak widać nic się nie zmieniło od tematych czasów w tym temacie. Ba, może by wypadało dopisać kilka innych pozycji?
ps. acha, ale jak widać niektórzy uczestnicy wiedzą co znaczy oszukiwanie. Smutne.
Aula jest 18 czerwca
12:35 16th June 2009

Podobno mało osób się zapisuje na Aulę nr 36, która odbędzie się 18 czerwca (czwartek). Może to sesja, może to spadek formy przed wakacjami albo wyjątkowo duża ilość maili trafia do spamu a nasz aulowy RSS nie działa jeszcze dobrze?
W każdym bądź razie informuję, że Aula będzie i zapraszam na nią – będzie m.in. robotach, audiobookach, web 3.0 (taaak!:) i semantycznej wyszukiwarce z polski rodem :)
Klikajcie to przy okazji zobaczycie naszą nową stronę! :)
PS. Ta Aula jest dostępna dla wszystkich!!
Myśleć jak korporacja
9:13 16th June 2009

Wiecie kto był najważniejszą osobą na wydziale na którym studiowałem? Wcale nie dziekan czy opiekun roku. To była pani sekretarka, która decydowała czy indeks wręczony 5 min po czasie jeszcze może dorzucić do kupki i załatwić rozliczenie czy muszę powtarzać wykłady z przedmiotu X. To pani sekretarka miała moc sprawczą wyczarować dodatkowe godziny lub też załatwić brakujący wpis. Zrozumienie tego faktu zajęło mi równo rok – po tym czasie do końca studiów nie miałem żadnego problemu z kwestiami związanymi z formalnościami…
A teraz z pozoru inna historia. Internauta skorzystał ze strony firmy lotniczej chcąc kupić bilet. Usability strony było do dupy więc użytkownik (projektant UX) napisał list do firmy oraz przygotował własną makietę strony aby pokazać jak lepiej można poprowadzić użytkownika po takim sajcie. Projektant otrzymał odpowiedź od pracownika firmy lotniczej. I w tym momencie można powiedzieć, że historia się nie tyle kończy co dopiero zaczyna…
Historię zgapiłem z Maggnes.com. Odpowiedź anonimowego pracownika z linii lotniczych American Airlines obnaża problemy korporacji. Stroną zajmuje się 200 osób. Każda z nich ma swoje zadania, zdanie i zakres możliwości zmian strony. Zapewne każda z tych osób chce aby strona była lepsza, sprawniej działająca a firma dzięki niej zarabiała kasę. I co się okazuje? Wszystkie te elementy stoją ze sobą w sprzeczności. Czemu? Bo jesteśmy częścią organizacji. Mamy poziomy, funkcje, stanowiska i zakresy obowiązków.
To co opisał Dustin na swoim blogu pokazuje bardzo dobrze problem o którym mało osób wie i wyciąga z jego istnienia konsekwencje. Zadziwiające jak wiele z tej grupy osób to ludzie pracujący jako “frontlajnowcy” mający kontakt z klientem i jego oczekiwaniami – handlowcy, project managerowie, itd.
“But—and I guess here’s the thing I most wanted to get across—simply doing a home page redesign is a piece of cake. You want a redesign? I’ve got six of them in my archives. It only takes a few hours to put together a really good-looking one, as you demonstrated in your post. But doing the design isn’t the hard part, and I think that’s what a lot of outsiders don’t really get, probably because many of them actually do belong to small, just-get-it-done organizations. But those of us who work in enterprise-level situations realize the momentum even a simple redesign must overcome, and not many, I’ll bet, are jumping on this same bandwagon. They know what it’s like.”
Łapecie? Zrobienie zajebistego projektu jest najprostsze. Wdrożenie go w dużej firmie, przekonanie odpowiednich osób aby go zaakceptowały, wytłumaczenie zmian jakie przyniesie (czytaj: korzyści) dla działu sprzedaży, IT, marketingu jest o wiele ważniejsze niż genialny projektant stron www i jego przezajebiste dzieło.
Tutaj potrzeba osoby znającej kulturę korpo, działającej na styku firma – podwykonawca. Osoba, której rolą będzie przepychanie projektu przez “Wszystkich świętych” w firmie. To bardzo często jest zadanie cholernie trudne i osoba z zewnątrz nie ma szans na załatwienie wszystkich rzeczy na czas. Brak takiej osoby powoduje, że nawet głupia płatność po wykonaniu projektu w czasie i bez poprawek staje się koszmarem.
Dlatego zawsze musicie mieć osobę (”insider”) po stronie klienta, która będzie waszym “adwokatem” i “nawigacją” strukturze firmy, jej zwyczajach, przepisach oraz po prostu relacjach – nawet najbardziej zajebisty projekt może umrzeć jeśli będzie go wdrażać dwie nienawidzące się osoby w firmie (sprawdzone w realu – nawet sprawiało im to przyjemność patrzenie jak kasa firmowa jest tracona na płatne poprawki, deadline przekroczony o kilka miesięcy a decyzjność na poziomie piaskownicy).
Najlepiej też aby taka osoba została wpisana do umowy jaką podpisujecie (wraz ze swoim zastępcą na czas urlopu albo choroby). Świadomość, że projekt będzie realizowany zgodnie z założeniami bez opóźnień jest bezcenna i bardzo uspokajająca.
Dla obu stron :)
Głowy w chmurach
22:00 25th May 2009

Pierwszego dnia konferencji 2K9 jednym z punktów programu były prezentacje portali – w domyśle ich pomysłów na ściganie się z konkurencją, umiejętności wyciągania wniosków z obecnych problemów, nowych produktów i wizji rozwoju…
Trochę mi głupio, że nie będę mówił w samych superlatywach o 2k9 bo wbiłem się na nią na “krzywy ryj” jako pomoc techniczna Maćka Budzicha ale obiecuję, że krytykować konstruktywnie będą samych panelistów i atmosferę niż samą imprezę i jej twórców (których pozdrawiam i zapraszam do wysłania mi następnym razem bezpłatnego zaproszenia! :)
Pominę występ gościa specjalnego (Diego Semprún de Castellane) bo nie miałem okazji zobaczyć stojąc w porannych korkach – skupię na tym co według mnie jest pewnym trendem wśród największych graczy (przy okazji – wśród prezentacji pojawiał się pewien termin. Otóż portale nazywają siebie teraz “wydawcami” – jak rozumiem ma to zbliżać kolegów i koleżanki z portali do starych mediów i pokazywać, że w portalach to nie tylko “papowskie” przedruki ale własne treści powstają).
Gazeta, WP i Onet (Tomasz Jażdżyński zamiast o portalu Interia, któremu przewodzi mówił o rynku, wycenach i akwizycjach firm internetowych – bardzo ciekawe bo okraszone dużą porcją liczb i statysty) mówiły o tym co mają zamiar zrobić zamiast spróbować wyjaśnić jakimi środkami zamierzają pokonać kryzys (to straszne słowo na “k”) i dalej dynamicznie rozwijać się. Przynajmniej taki był zamiar.
Prezentacja Tomasza Józefackiego z Agory zrobiła na mnie złe wrażenie – nie ze względu na styl ale na fakt, że tak jak i pozostali w ogóle nie podjął tematu i uciekał od odpowiedzi na temat kondycji portalu i pomysłów na wyjście z impasu (deliktanie mówiąc), zgotowanego przez byłego prezesa zakupem Tradera. Pojawiając się na spotkaniu branżowym na pewno musiał liczyć się z pojawieniem się takich pytań – niestety uciął je w najprostszy sposób mówiąc, że na nie nie odpowie. Szkoda.
Jasne – nie wymagam abym na branżowej konfie gdzie są wszyscy konkurenci szczerze spowiadać się ze swoich dokładnych planów rozwoju – chciałem tylko usłyszeć, że firma ma problemy ale ma też plany czy coś podobnego. Zamiast tego usłyszałem, że Agora ma dużo marek i umie nimi zarządzać. To trochę za mało jak na reprezentanta koncernu, który wykazała stratę dziewięćdziesięciu paru milionów na początku tego roku w wyniku przejęcia internetowej firmy.
Analizując po spotkaniu wydaje mi się, że w końcu udało mi się znaleźć podstawowe różnice w prezentacji Michała. Różniła się od innych “portalowych” prezentacji adresatem. Michał mówił do zebranych na sali i “marketerów” a jego konkurenci do swoich rad nadzorczych i prezesów spółek. Onet, WP, Interia i Gazeta to firmy zamocowane w dużych firmach z bardzo rozbudowaną strukturą: zarządami, prezesami, osobami decyzyjnymi.
Te prezentacje były kierowane właśnie do nich z ukrytym przekazem “mamy wizję i pomysły, poczekajcie nie ścinajcie jeszcze naszych głów!”.
Michał pokazywał sytuację obecną wynikłą z konsekwencji decyzji podjętych kilka la temu. Panowie z WP, Onetu i Gazeta uciekali do przodu raz chcąc zanegować sytuację (“jest źle ale bez przesady – inni mają gorzej”) a dwa, że tak naprawdę nie mają pojęcia jak i co mają zmieniać (nie twierdzę, że wiedzą to zarządzający o2).
Te prezentacje były przygotowane na podstawie tezy “jest kryzys – mój przełożony będzie chciał się dowiedzieć jaki ja mam pomysł na odbicie się od dna”. Niestety prawie wszystkie pomysły (np. Onet i WP ze swoją strategią “trzech ekranów”) wzięte rodem z końca bańki 1.0 i tak samo kiepsko się ich słuchało.
To było jakieś próby wyciągania z rękawa zgranych kart – mobile, iptv, które od lat nie mogą w Polsce na dobre wypalić. Czy dla Grupy Onet stworzenie nawet 10 serwisów wielkości “Onet lajt” pozwoli na pokrycie strat związanych ze spadkiem reklamodawców? Chyba nie bo reklamodawców na “mobajlu” jeszcze trudniej namówić.
Na tle poprzedników prezentacja Michała Brańskiego wyglądała na (w moim przekonaniu) lekko ironiczną i ucierająca nosa przez skoncentrowanie się na “tu i teraz”. Michał zamiast pokazywać “przyszłość” i czytać z fusów skupił się na analizie problemów rynku AD 2009 – braku edukacji klientów, wmawiania im, że zasięg rozwiąże wszystko (wielbienie Megapanelu i kupczenie ruchem mniejszych serwisów), brak przygotowania do sprzedaży w modelu CPA tam gdzie to można robić i last but not least – zwalanie na kryzys wszystkich problemów, podczas gdy należy mówiąc brutalnie zamknąć się i zapieprzać aby jak najszybciej z tej zapaści wyjść.
To jest również dobra ilustracja co do tego jak myśli się i pracuje w “dużych firmach” – szybkość reakcji, ilość stanowisk i ludzi, których trzeba przekonać do swojego pomysłu czy wreszcie czas wdrożenia nowego pomysłu zajmuje czasem o wiele więcej czasu niż czasami trwa proces zmian rynkowych. Innymi słowy reakcja na kryzys u “dużych” może się pojawić w momencie kiedy część rynku z którego żyją przestanie istnieć. Wiem, brzmi kasandrycznie ale zerknijcie na statystyki dzienników, tygodników i miesięczników z pierwszego kwartału – równia pochyła.
Od liderów rynku w 2009 roku chciałbym dowiedzieć się co chcą zrobić w dziedzinie mobile poza zbudowaniem “lajtowej” wersji swojego portalu i pokazywaniem w Plejadzie treści z TVN (case Onetu). Robi zapewne dużo wewnątrz, ale do świadomości “branży” przenikają bardziej takie wydarzenia jak cięcia w zatrudnieniu na wysokich szczeblach – komentowane zresztą żywo na forum Internet Standard przez byłych i obecnych pracowników co na pewno nie służyło budowaniu dobrego PR portalu z Wiertniczej.
Idąc dalej – co WP jako portal może dać polskiemu rynkowi poza chwaleniem się związkami z telekomem – wszak WP Mobi czyli pomysł na bycie wirtualnym operatorem zdechł całkiem niedawno (pomimo posiadania w grupie Orange!). Czy Interia poza wywalaniem kasy na szumne kampanie z coraz dziwniejszym przekazem jest w stanie stworzyć coś oryginalnego.
Czy Agora mogłaby wyjaśnić po co oddziela Wyborczą.pl od Gazeta.pl i z uporem mówi, że tak jest lepiej (może dla struktur wew. firmy jest lepiej ale do internauty to jest bajzel semantyczny). Rozumiem, że Gazeta ma Bobery a Wyborcza drukuje wywiady z Michnikiem natomiast można jakoś wymyśleć istnienie treści tak od siebie różnych w ramach jednego podmiotu. Innym jakoś to się udaje.
Ptaszki w wielu branżach ćwierkają, że te największe tąpnięcie i szatkownia budżetów reklamowych są jeszcze przed nami – dopiero do nas dochodzi kolejna fala. Jeśli niektóre stacje TV straciły już 20%-30% swoich budżetów, gazety 30%-50% i nawet reklamodawcy internetowi zaczynają przykręcać kurek to jesień po okresie wakacyjnej plaży jawi się jako bardzo bardzo ciekawy czas rozliczeń, dymisji i bankructw dużych i znany marek.
Obserwujcie i wyciągajcie wnioski z tego co się dzieje w Merlinie i Empiku. Rynek e-commerce w Polsce zmieni się znacząco w czasie następnych 6 miesięcy. Nie tylko portale będą miały ciężko – cała branża medialna i reklamowa dostanie po nosie. Nie będzie zwycięzców i pokonanych tylko Ci którym udało się zminimalizować skutki recesji.
Być może nie w czasie tego kryzysu ale w następnym zobaczymy jak modele zasięgowe i wciskanie kitu, że “każdy user jest taki sam – nieważne czy walimy do niego reklamą na Onecie, Pudelku, blogu czy społecznościówce” w końcu się wywróci. Bynajmniej nie wieszczę szybkiego końca CPMów i reklamy “displayowej” – podobnie jak w usługach GSM nadal tryumfy święci stary, brzydki SMS. Zmiany jednak dokonują się i erozja starych modeli postępuje od paru lat.
Na koniec pozwolę sobie zacytować oficjalne podsumowanie konferencji:
“Wystąpienia prelegentów podczas konferencji Internet 2k9. Złoto tylko dla zuchwałych potwierdziły, iż krajowa branża on-line jest sektorem wyraźnie ukształtowanym, silnym i co ważne posiadającym strategię rozwoju, również w okresie spowolnienia gospodarczego. Nikt nie zamierza spocząć na laurach, kryzys jest dla internetu niewiarygodną szansą, której chyba nikt nie chce zaprzepaścić i nie wykorzystać. Złoto zdobywają zuchwali – tych wśród polskich graczy on-line nie brakuje, o czym z pewnością będzie można się przekonać już za rok na kolejnej konferencji z cyklu 2k. Oby było to udane i pełne fajerwerków podsumowanie trudnego i pełnego wyzwań roku 2009.”
Niektórzy nadal mają głowy w chmurach. Dobrze jeśli spojrzą w dół bo inaczej za chwilę nie będą mieli po czym stąpać.
Aula Polska – drugie urodziny
21:10 19th May 2009

26 maja (wtorek) będziemy hucznie mam nadzieję świętowali drugi urodziny Aula Polska. W programie zabraknie co prawda karlic i kobiet z brodą kodujących w RoR ale uwierzcie mi, że nadal możecie się spodziewać paru wesołych niespodzianek…
Poniższy tekst jest stworzony dla celów PR – proszę zatem wybaczyć jeśli wezmę go w nawias i powiem, że nie jest to język jakim normalnie operuję czy używam :)
Uprzedzę od razu pytanie dotyczące sposobu zapraszania i zgłoszeń – ta Aula jest specjalna, przyjeliśmy inne niż normalnie sposoby oceny zgłoszeń. Tyle.
Więcej na ten temat na oficjalnym blogu Auli.
“26 maja o godz. 19.00 w Sali NewConnect w budynku Giełdy Papierów Wartościowych odbędzie się jubileuszowe spotkanie Auli, poświęcone m.in. podsumowaniu jej dwuletniej działalności. Aula Polska (www.aulapolska.pl) to inicjatywa non-profit, której misją jest stymulowanie rozwoju nowych technologii, poprzez promowanie kultury przedsiębiorczości. W praktyce oznacza to około 40 spotkań w ciągu dwóch lat, na których liderzy, wizjonerzy i rzemieślnicy cyberprzestrzeni dzielą się swoimi koncepcjami, spostrzeżeniami, kulisami realizacji projektów i często niedostępnymi gdzie indziej informacjami o efektach swoich działań. Wstęp dla gości jest darmowy i mile widziany jest każdy, dla kogo technologia jest pasją, kto tworzy realną wartość, ma własne pomysły, poszukuje inspiracji i chce wdrażać w życie nowe – najlepiej własne – projekty internetowe.
Każda Aula rozpoczyna się kilkoma krótkimi prezentacjami. Duży nacisk kładziony jest na ich solidną zawartość – marketingowe ogólniki, brak spójności i twierdzenia bez solidnych podstaw natychmiast są wychwytywane przez publiczność. Prelegenci dzielą się swoim praktycznym doświadczeniem, opowiadają o problemach projektowych i sposobach ich rozwiązywania. Ci z nich, którzy odnieśli sukces w biznesie internetowym, najczęściej tworzyli swoje projekty od podstaw, wkładając w nie mnóstwo pracy i podejmując ryzyko porażki. Dlatego ich wiedza może okazać się nieoceniona w realizacji nowych pomysłów.
Prezentacje prowadzą też młodzi przedsiębiorcy, przedstawiając nowe projekty internetowe (start-upy), które dopiero ujrzały lub mają ujrzeć światło dzienne oraz prelegenci przedstawiający możliwości finansowania przedsięwzięć.
Punktem kulminacyjnym programu jest zawsze część kuluarowa Auli, która pozwala na swobodny przepływ informacji i kontaktów pomiędzy prelegentami i gośćmi. Młodzi przedsiębiorcy – przyszli ludzie sukcesu – mają niecodzienną szansę na bezpośrednią, nieformalną rozmowę z kimś, kto może udzielić bezcennych wskazówek i przekonać do odważnego działania.
Igor Dzierżanowski, współorganizator Auli podkreśla jej non-profitową działalność: „Aula różni się od typowych konferencji marketingowych czy spotkań biznesowych – nie próbujemy nikomu nic sprzedać, nie stoi za nami żaden komercyjny gracz. Wartością dla uczestników jest konkretna, praktyczna wiedza i autentyczność. Wstęp jest bezpłatny, mamy doskonałych prelegentów i nikt nie jest skrępowany garniturami – obowiązuje styl własny. Każdą Aulę od dwóch lat kończy tradycyjna wspólna pizza, przy której właśnie powstają się nowe koncepcje.”
Dotychczas na Auli zabierali głos przedstawiciele m.in. takich podmiotów: Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, MSWiA, NASK, TVP, IBM, Nokia, Microsoft, Novell Polska, o2, GoldenLine, Money.pl, Gadu-Gadu, Krajowy Fundusz Kapitałowy, Giełda Papierów Wartościowych i wielu innych.
Obecnie animatorzy Auli pracują nad wzbogaceniem spotkań wiedzą i obecnością przedstawicieli międzynarodowych przedsięwzięć internetowych. Na najbliższej, jubileuszowej Auli, 26 maja, wystąpi Oliver Ueberholz założyciel i dyrektor zarządzający międzynarodowym serwisem skierowanym do animatorów społeczności, Mixxt.net (w Polsce pod adresem www.mixxt.pl), a całe spotkanie koncentrować się będzie na problematyce rozwoju międzynarodowego i dofinansowaniu młodych przedsięwzięć technologicznych oraz podsumowaniu dwóch lat działalności inicjatywy. Aula Polska działa w ramach programu Digital Culture Europejskiej Fundacji Kultury Miejskiej pod patronatem Europejskiego Roku Kreatywności i Innowacji 2009.”

*** a teraz reklama start-up’a :) ***
Nie bójmy się Google’a
18:24 6th May 2009

Jeśli zapytasz się kogoś z “branży” jaką zna największą “internetową” (hasło “dotcom” przepadło w pomrokach dziejów a takie było urocze) firmę na świecie pewnie na 99% wskaże Google. I pewnie będzie miał rację bo “Wielkie Gie” jest naprawdę wielkie pod kątem obrotów, udziałów w rynku oraz pomysłów na rozwój. Bardzo ciekawa jest też historia powstania i rozwoju tej firmy – warto ją sobie przypomnieć w dobie mówienia o tym, że Google jest ogromny, wszechwładny, niebezpieczny i do wręcz nieśmiertelny…
Google jaki jest każdy widzi – wielki, globalny i cholernie bogaty. Nie zawsze tak było i niestety nie zawsze tak będzie. Historia ostatnich 20 lat pokazuje, że nie tego typu gwiazdy gasły i spadały z wielkim hukiem choć wydawało by się, że będą trwać wiecznie. Google co prawda rozwija się bardzo szybko i to w wielu dziedzinach nie oznacza to, że nie popełnia gaf, błędów, nie traci pracowników i nie daje się wyprzedać konkurencji.
Korporacja Google to mieszanka wizjonerstwa, szczęścia oraz (last but not least) talentu dwójki założycieli Larrego Page’a i Sergeya Brina. Idealnie wykorzystali czas i miejsce aby błyskawicznie zdobyć rynek opanowany przez firmy wielkości Microsoftu, Netscape’a, IBM’a, Yahoo czy AltasVista. Niestety te same czynniki mogą spowodować, że pewnego dnia usłyszymy o kolejnym “cudownym dziecku Doliny Krzemowej” i być może nie będzie to żadna ze spółek z portfela Google’a. Bo tak jakoś już jest, że kiedy wszystkim wydaje się, że potęga firmy X będzie trwała w nieskończoność przychodzi rewolucja i wywraca do góry ustalony porządek.
Początki Google’a były trudne. Larry Page i Sergey Brin nie mieli pomysłu co zrobić ze swoim projektem. Nie usiedli, wymyślili biznes plan i zbudowali wyszukiwarkę. Oni nawet nie bardzo wiedzieli czy ich pomysł da się wdrożyć do komercyjnego zastosowania. Skonstruowanie poprawnie działającego, szybkiego algorytmu bazującego na pomyśle recenzji naukowych i cytowaniu (idea PageRank’u) wydawało się im uwieńczeniem prac.
Chłopcy znali się na matematyce ale nie mieli żadnego doświadczenia w biznesie. Trafnie przewidywali problemy ze skalowalnością sieci, rozwojem wyszukiwania jako główną potrzebą użytkowników internetu i reklamą jako biznesowym uzupełnieniem całości.
Na tym w sumie można by zakończyć historię wyszukiwarki “BackRub” – gdyby nie ludzie widzący potencjał w biznesowym wykorzystaniu takiego narzędzia panowie Brin i Page do dnia dzisiejszego siedzieli by w murach swojej alma mater czyli Stanford University. Ponieważ była to Ameryka a nie Polska to znalazł się pierwszy fundator i wypisał czek. Potem kolejny i jeszcze jeden aż na koncie naukowców pojawiła się okrągła suma 1 miliona dolarów. I może było zacząć snuć plany, tworzyć etaty i zbierać pomysły do kupy.
GoTo.com i pay-per-click
Bill Gross pierwszy wprowadził na rynek komercyjny rozwiązanie “pay-per-click” jako GoTo.com. Z niego to to rozwiązanie skopiowano w momencie szukania modelu biznesowego dla rozrastającej się firmy Brina i Page’a. Sam zainteresowany uważa, że los niezbyt dobrze się z nim obszedł bo w zasadzie jego rola w budowaniu biznesu wyszukiwarkowego jest systematycznie pomijana w mediach pomimo, że w 2003 roku sprzedał GoTo.com Yahoo! za bagatela 1.63 miliarda dolarów po czym zmieniono nazwę firmy na “Overture Services”. Smaczku dodaje fakt, że jedna z firm z portfela Grossa Energy Innovations (Gross miał bzika na punkcie start-upów i po to założył własny inkubator IdeaLab) w 2006 roku założyła w siedzibie Google’a największą ilość ogniw słonecznych. Sam Overture oczywiście pozwało Google’a za AdWords ale nic nie udało się im wskórać.
Google News
Szczęście nie opuszczało Google. Premiera Google News zbiegła się z zamachami 11 września 2001 roku (w Polsce na zapotrzebowaniu na “szybkie newsy” w tym okresie wypłynęła TVN24 a kilka lat wcześniej na bazie doniesień z wojny w Zatoce wzrosła potęga innej stacji – CNN). Użytkownicy szybko zorientowali się, “hottest news” można znaleźć w sieci właśnie na stronach Google News. Oczywiście nie na samym szczęściu zbudowana jest potęga tej usługi – niemniej jednak czas na start wybrano bardzo akuratny.
“Don’t be evil”
Ta miało być wyrażenie określające kanon wartości jakie Page i Brin chcieli zaszczepić podwładnym, których ilość wzrastała w tempie zastraszającym dla dwójki naukowców. Chcieli wpleść w DNA firmy naczelną wartość za pomocą której pracownicy firmy mogliby się identyfikować z korporacją. Niestety to co Google zrobił w sprawie Chin (cenzura wyszukiwań i współpraca z rządem chińskim w celu otrzymania pozwolenia wejścia na ten ogromny rynek) zniweczyła i wypaczyło to szlachetne motto – teraz raczej można by je próbować zmienić na “don’t be greedy”.
Google jest śmiertelny.
Można go zranić. “A jeśli to krwawi to można to coś zabić” (taki luźny cytat z Predatora). Ba – Google sam czasami się wykłada jak na tacy. Przykładem niech będzie Google Video (zakup YouTube potwierdził rynkowe przypuszczenia – spółka podała się i wolała kupić konkurencję), Google Lively (próba wejścia w niszę wirtualnych światów – projekt zamknięty po kilku miesiącach), przewaga konkurencji na rynkach lokalnych (Baidu w Chinach i Yandex w Rosji) są argumentami przeciwko wszechwładzy i nieomylności menadżerów Google’a.
Nie zapominajmy też o społecznościach – Orkut pomimo całego zaplecza Google’a nie pobił Facebooka ani nawet MySpace. Za wcześnie jeszcze przesądzać o rywalizacji na rynku telefoni komórkowej ale pierwsze miesiące działalności Androida i jego platformy nie rokują sukcesu zbliżonego nawet do Apple i App Store.
Jeśli spojrzeć na listę firm przejętych bądź dofinansowanych przez Googe’a zobaczymy więcej podmiotów, które nie radzą sobie z konkurencją albo działają poniżej pierwotnych oczekiwań (Dodeball czy amazon killer czyli Froogle czy Google Checkout).
“Kto jest Twoim przyjacielem a kto wrogiem?”
Schmidt zasiada w zarządzie Google i…Apple (dziwne, że dopiero teraz zaczyna to budzić zdziwienie amerykańskich władz). To dość nietypowa sytuacja (szczególnie teraz gdy obie firmy konkurują ze sobą w branży mobilnej). Widać jednak, że Google wybrało po prostu swojego wroga i konsekwentnie buduje porozumienia w celu podkopania pozycji Microsoftu. Zawsze tam gdzie pojawia się MS i chce kupić jakąś firmą pojawi się również Google – nie dlatego że ma tak dużo kasy ale dlatego, że wymaga tego jego interes korporacyjny.
Zrobić wszystko aby Gates i Ballmer nie mogli przejąć inicjatywy. Pojawiła się opcja kupienia Yahoo! przez MS? Google również zaczęło przejawiać zainteresowania takiej transakcji. Niechęć czy wręcz nienawiść do Google przez kierownictwo Microsoftu jest legendarna – Ballmer zasłynął wypowiedzią skierowaną do pracownika MS, który zapragnął zmienić barwy klubowe: “Fucking Eric Schmidt is a fucking pussy. I’m going to fucking bury that guy, I have done it before, and I will do it again. I’m going to fucking kill Google.”.
Efektem mogą być częste spory, wchodzenie nie ścieżkę prawną, przejęcia firm tylko po to aby dopiec rywalowi nawet za dużą cenę. Jak pokazują spektakularne bankructwa z czasów bańki 1.0 nic tak szybko nie prowadzi do rozpadu firmy jak dokupowanie małych firm o zupełnie innej kulturze korporacyjnej i wartościach.
Reklama bannerowa jest: zła / dobra (niepotrzebne wytnij)
Page i Brin sami deklarowali na początku swoją niechęć do reklamy banerowej. Zostali jednak zmuszeni do włączenia jej jako jednego z elementów AdWords. Dlaczego? Bo same przychody z reklamy tekstowej nie dawały im takiego finansowego kopa. Tak samo odnosili się do pomysłu płatnych linków – po co komu wyszukiwarka fałszująca wyniki pokazując na pierwszym miejscu coś za co ktoś zapłacił aby tam się znaleźć? Jednak szybko dali się przekonać, że bez reklamy display’owej daleko całego interesu nie pociągną.
Wielkie plany / wielkie ego
Założyciele Google znani są z tego, że pomimo olbrzymiego rozwoju firmy nadal kontrolują ją prawie całkowicie osobiście – każda ważniejsza kwestia dotycząca rozwoju firmy przechodzi przez ich ręce. Mają wpływ na wszystkie projekty. Czy tak wielkim biznesem jakim jest Google może kierować dwójka osób? Zaraz przecież jest Eric Schmidt! No tak – Schmidt uważany jest za osobę potulnie wykonującą polecenia Brina i Page’a. Podobno nic co oficjalnie mówi E.Schmidt jest konsultowane z nimi. I nie tylko Schmidt jest kontrolowany – podobno wszystkie projekty nad którymi pracuje się w koncernie muszą mieć osobistą zgodę któregoś z założycieli.
Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że Google rozrósł się bardzo od czasów garażowych i nie jest to już organizacja skupiająca kilkaset osób – trochę trudno “ręcznie” kierować tak wysoce stechnicyzowaną firmą wymagającą szybkich i trafnych decyzji – być może jednak Brin i Page są predestynowani do takiej roli? Jak do tej pory firmie świetnie się wiedzie, więc kto wie. Z drugiej strony jakie ego muszą mieć ludzie piszący całkiem serio własne “10 przykazań”?
Ciekawostki
Umowa między Google a Uniwersytem Stanford wygasa w 2011 roku. Teoretycznie więc Stanford University stanie się wtedy właścicielem praw do Google’a (do patentu wyszukiwarki?). Fajnie mieć firmę wartą 100 miliardów dolarów? Pewnie do tego nie dojdzie, ale osoby zarządzające uniwersytetem zapewne dostaną coś na otarcie łez – w końcu parę razy Page i Brin ze swoim BackRubem nieźle namieszali w sieci uczelni swego czasu i teraz ładnie mogą podziękować władzom za możliwość rozwijania własnego biznesu. Całkiem niedawno Google dostał patent na pływające centra danych – dział R&D przewiduje potop?
Mordami wy moje!
23:09 29th April 2009

Od kilku dni powieszony online i testowany ale dziś mogę powiedzieć o oficjalnym oddaniu generatora awatarów w ręce użytkowników – Mordami.pl Zapraszam do korzystania i tworzenia własnej mordy, gęby, ryjka co tam kto ma i do czego się przyznaje…
Mordami nie jest oczywiście nowym, przełomowym ani odkrywczym. Serwisy oferujące stworzenie własnej postaci jest wiele – w zasadzie każdy szanujący się wirtualny świat ma taki mechanizm. Ja chciałem zrobić coś co będzie możliwe do wykorzystania na blogach i w serwisach społecznościowych gdzie istnieje duża potrzeba wyróżnienia się szczególnie poprzez efektowny awatar, graficzkę itd.
Mordami kierowane jest do grupy docelowej dzieci i nastolatków – stąd styl, kolory i cała oprawa. Może nawet wygląda to obecnie zbyt “oczojebnie” jak dla tej grupy odbiorców, ale ja nie zniżę się do estetyki “kofanego kolorowego blogaska” w różach i czerwieniach.
Chciałem jednak zrobić inny serwis niż tylko taki pozwalający na stworzenie fajnej grafiki – w Mordami możesz zachować swój awatar, wrócić do niego po jakimś czasie, dodać okulary, zmienić uśmiech itd. Twój awatar żyje i jest plastyczny.
Model biznesowy jest prosty – rejestracja jest darmowa, korzystasz jednak tylko z części dopóki nie zapłacisz premium sms’a w cenie 6 złotych + VAT za dostęp roczny do wszystkich elementów serwisu, także tych nowych bo takie będą się pojawiały (np. motywy świąteczne, okolicznościowe itd.). Mordami będzie też fajnym uzupełnieniem dla innych serwisów czy forów – jestem w stanie wystawić w modelu “white label” całą aplikację i dzielić się zyskiem w modelu 50%-50%.
Wiem, że część osób narzeka na styl kreski, jakość itd. – pracuję nad pozyskaniem baaardzo fajnych i znanych grafików i komiksiarzy – chciałbym wprowadzić “sety autorskie” w ramach których Znany Artysta będzie wrzucał swoje prace do generatora.
Co do technologii – silnik aplikacji wykonany jest w Flex i z tego co obserwuję pracę serwera i bazy to daje radę i wytrzymuje obciążenie (szczególnie po notce na AntyWebie – Grześku, podziękuj swojemu synkowi ode mnie za przychylną recenzję :).
Bardzo dużo pomocy i pracy w projekt wniósł autor front i back-endu Mateusz Małczak (autor komixo), który pomagał mi w tworzeniu generatora komiksów dla Chomiks.com a sam jest zdobywcą pierwszego miejsca w konkursie FlexChallenge. Mateuszu, dziękuję! :)
W związku z premierą Mordami.pl mam dla czytelników mojego bloga 10 kont premium do przekazania w zamian za odpowiedź (poproszę o wpisywanie je w komentarzach) “czyją mordę chciałbyś dzięki generatorowi awatarów zrobić i dlaczego?”. Termin konkursu od 30 kwietnia do 5 maja do godz. 24.00.
Poniżej kilka promocyjnych grafik jakie wyprodukowałem na Flakera i Blipa w celu promocji serwisu. Ostatnia grafika jest odpowiedzią na pewien post RaFi’ego. Masz chłopie na osłodę twego szparowania biżu co byś się mniej frustrował :)





Stare media – wróćcie!
9:02 27th April 2009

Z przyjemnością przeczytałem bardzo ciekawą analizę Michała Kobosko (szefa tego samego Newsweeka o którym ironicznie napisałem, żeby nie czytać). Jest to kolejny tekst, który w sumie mówi bardzo prostą rzecz o “nowych mediach” z punktu widzenia dziennikarza (czyli przedstawiciela “starych mediów”) czyli osoby mającej najlepszy ogląd tego co w się dzieje w jego środowisku…
Zasadniczo zgadzam się z tekstem naczelnego Newsweeka w 100%. Moda na wychwalanie i stawianie na postumencie “nowych mediów” jako czegoś lepszego niż “stare media” czy “stara szkoła dziennikarstwa” jest dla mnie przykładem na kompletne oderwanie się od rzeczywistości i realiów panujących w mediach. Co gorsza próba narzucenia prymatu nowych mediów jako czegoś lepszego wydaje mi się tak absurdalna, że aż śmieszna.
Proszę mi powiedzieć z czego żyją portale (teraz i zanim weszły w erę “user generated content”)? Portale żyją z modyfikacji (podkreślam – modyfikacji!) informacji PAPowskich + dołączone do nich reklamy. Choćby sam prezes Onetu się zarzekał, że jest inaczej. Portale nie wytwarzają treści a “zasysają je” i “obrabiają” podając w inny sposób i innej grupie docelowej. Czy po “oddesaniu” z serwisów p2p czy video hostingowych treści wyprodukowanych przez studia filmowe i stacje telewizyjne znajdzie się coś oprócz scen z amatorskim striptizem przed kamerką, podpaleniem bąków kolegi albo wypadek samochodowy pod blokiem?
Powyższą analogię można i trzeba niestety zastosować do zdecydowanej większości serwisów, portali, vortali, blogów i serwisów społecznościowych. Po wypreparowaniu z nich treści nie stworzonych przez nie okaże się, że podstawą są zdjęcia użytkowników i ich opisy profili. To trochę za mało aby tworzyć “nową jakość” jaką mają stać się “nowe media”.
Ile tak naprawdę “w internecie” powstało tekstów merytorycznych, mających strukturę dającą się czytać, zawierających rzetelny opis a nie erupcję emocji? Który z blogerów czy dziennikarzy z portali czy vortali zbliżył się. Czy “internet” mógłby zrodzić dziś kolejnego Ryszarda Kapuścińskiego? Czy internetowi “watchmani” mogliby upolować jakaś aferę na miarę “starachowickiej” albo łódzkich “łowców skór”? Czy mogliby zainicjować akcję w stylu “rodzić po ludzku” Wyborczej albo WOŚP Owsiaka? Nie. Po stokroć nie.
Zachwycając się Kutimanem należy (z całym szacunkiem dla jego talentu) jasno powiedzieć – to jest przetwórstwo zrobione przez samouka. Genialnego samouka ale to nie zmienia faktu, że Kutiman bez zasobów YouTube nie stworzyłby nic. W jego trackliście nie pojawiłby się żaden utwór ponieważ on sam nie tworzy ale przetwarza. Ilu Kutimanów znajdziemy na YouTubie? Miliony. Twórczość ilu “kutimanopodobnych” artystów stanie się kanonem kulturowym? Stawiam na to, że zero. Kult amatora może zostać wytworzony na wartościowych treściach. Co się stanie ze wszystkimi “kutimanami” tego świata jeśli by odciąć ich od bibliotek i źródeł informacji? Zremiskują się na śmierć.
Jest w powyższym przypadku coś więcej tylko niż stwierdzenie szczególnego przypadku. Działania nowych mediów można en bloc właśnie przyrównać do wykorzystywania treści i ich (bardzo kreatywne) przetwarzania ale w zasadzie tylko przetwarzania. Rzadko zdarza się stworzyć w Internecie nową jakość bez “zasilania” jej treściami ze “starych mediów”. Zaryzykuję stwierdzenie, że w zasadzie wszystko co najlepsze w wydaniu internetowym jest po prostu modyfikacją, zmianą ale nie stworzeniem niczego nowego na tyle aby gloryfikować to medium.
Modyfikacją mającą na celu dotarcie tych samych treści do różnych grup odbiorców przy czym trzeba położyć nacisk na stwierdzenie, że Internet perfekcyjnie opanował umiejętność wymuszania skracania, kompresji, pozbawiania znaczenia czy wręcz ogłupiania prostotą przekazu.
Efekt? Pokolenie obecnych studentów ma problem z pisaniem podstawowych tekstów analitycznych. Zerkam czasami przez ramię żony, która wykłada na Wydziale Psychologii. Poziom wypracowań, słownictwo, refleksja autorów jest tragiczna. Z takim poziomem operowania słowem pisanym nie ukończyłbym za moich czasów szkoły podstawowej.
Dorosłe osoby (i jakby nie było elita – są w końcu studentami) nie umieją korzystać ze źródeł, nie umieją przekształcać tekstów cudzych. Pytanie czy można zatem “uwalić” większość grupy i kazać im pisać do skutku? Stanąć okoniem, wychowywać, tępić, wpajać podstawowe umiejętności w wieku 20 lat? Czy przymknąć oko i stwierdzić, że “taka jest teraz średnia”?
A na rynku pojawia się Pokolenie Y (urodzeni między 1982 a 2001 rokiem) reklamowane jako to, które naturalnie posługuje się czatami, plikami wideo zasysanymi z sieci, blogami i cała warstwą “społeczną” serwisów internetowych. Bo za pomocą sprawnej obsługi klienta p2p nie załatwią sprawy w okienku ZUSu (w Polsce pewnie jeszcze długo nie). Strach się bać czego Generacja Y jeszcze nie będzie umiała. Pamiętajmy jednak, że po niej przyjdą kolejne.
Żyjemy w otoczeniu w którym natężenie bodźców staje się krytyczne. Aby wywołać w nas emocje kreatorzy informacji, artyści i duchowni muszą odwoływać się do zupełnie nowych metod dzięki którym chcą dotrzeć do nas ze swoim komunikatem. Film z serii “Piła” (i jemu podobne) jest przykładem bezradności reżyserów epoki cyfrowej – aby zaszokować widza muszą się ścigać z kręconymi komórka scenami gwałtów, wypadków, spaleń i całej masy rzeczy jakie czynimy sobie nawzajem.
Te dwie warstwy (emocje i informacja) nakładają się na siebie tworząc efektowny wzorzec oraz smaczną treść zachęcającą do konsumpcji. Jednak nadmiar któregoś z tych elementów powoduje schorzenia – albo drętwy dydaktyzm i konserwatyzm mediów albo po przegięciu w drugą stronę tabloidyzację i “inforozrywkę”.
Kiedyś szokowano poprzez przekraczanie barier i schematów. Wystarczył pisuar ustawiony jako element wystawy. Teraz szokuje się poprzez przekraczanie granic i norm – sztuka aby wywołać emocje musi przeskoczyć życie czyli po części to co widzimy na ekranach telewizorów. A to jest bardzo bardzo trudne.
Internet nie może stać się dominującym kulturowo medium ponieważ jego budowa uniemożliwia czy wręcz zniechęca do zagłębiania się w teksty, dyskusje merytoryczne i dzielenie się informacjami nie będącymi wytworem osób trzecich. Internet w obecnej formie narzuca emocje ponad merytoryką i uniemożliwia prowadzenie dialogu w sposób pozwalający na mierzalny rozwój intelektualny. Wychowywanie dzieci za pomocą serwisów typu “ściąga.pl” powinno być karalne na takim samym poziomie co komunistyczne podręczniki do ekonomii chwalące gospodarkę socjalistyczną.
Podsumowując – bez rzetelnej, “starej” szkoły tworzenia informacji nowe media zalewane są wtórnymi treściami nie dającymi żadnego intelektualnego “paliwa” do rozwoju kulturowego i społecznego. Spłycanie informacji, brak refleksyjności, brak umiejętności tworzenia nowych form i treści – wszystko to wskazuje, że wcale nie rozwijamy się ale cofamy na mapie cywilizacyjnego postępu. Bawimy się odbiciami w lustrach dla samej frajdy zobaczenia czegoś nowego ale jakże dobrze znanego.
Wiem, wiem – mam 34 lata i jestem starcem w rozumieniu różnicy wieku między mną a dzisiejszym nastolatkiem. To, że wiem co to jest “4chan”, “two girls and a cup” i “bukake” tylko pewnie dlatego jeszcze mam jakiś kontakt z rzeczywistością. Każde pokolenie starsze narzeka na młodszych wytykając im głupotę, rozwydrzenie, upadek obyczajów i brak szacunku do kultury i historii własnego kraju.
Tylko czy każde pokolenie staje się częścią takiego przełomu jaki wygenerował Internet i inne podległe mu środki przekazu?
Śmiem wątpić – co niestety nie jest dla mnie pocieszające.
Bo o czym mam rozmawiać z taką dziewczynką?
Wyniki finansowe Apple – szarlotka z konkurencji
8:00 24th April 2009

W ostatnich dniach korporacje Apple opublikowała kilka wyników, które pokazują kondycję finansową firmy jak i rynków na których działa. Jakie to są wyniki? Ano niestety dla konkurencji bardzo dobre…
Oficjalnie potwierdzono – z App Store została pobrana MILIARDOWA aplikacja. App Store’owi udało to się osiągnąć w czasie 9-ciu miesięcy. Patrząc na to jak App Store zmienił rynek dystrybucji aplikacji można tylko zastanawiać się dlaczego dopiero teraz tak się stało? Ano może dlatego, że zamiast multi pazernej polityki większości agregatorów w stylu 60:40 postawiono na odwrócenie proporcji na 30:70?
Badania pokazują, że posiadacze iPhone’ow po prostu korzystają z platformy dystrybucji software’u w przeciwieństwie do posiadaczy komórek innych producentów. A przecież to nie Apple wymyślił taki model sprzedaży.
Ilość iPhone’ów i iPod’ów Touch wzrosła do 37 milionów sztuk z 17-tu w grudniu 2008. Skąd taki nagły skok? To proste: “The sum of iPhone plus iPod touch is now about 37 million units… The iPod touch is the runaway hit and it’s clearly being driven by the App Store.”
iPhone i jego system operacyjny ma około 50% rynku urządzeń określanych jako “smartphones”. Google z Androidem, Microsoft z Windows Mobile nie tyle co powiększają udział ale wręcz tracą. Jedynie RIM czyli BlackBerry może stawać w szranki i konkury z iPhone OS. I pomyśleć, że Apple wymuszając na operatorach komórkowych przygotowanie specjalnych pakietów (mniejsze opłaty, większe limity) związanych z transferem danych doprowadziło do sytuacji w której użytkownicy iPhone’ów w 95% przypadków korzystają z Internetu w telefonie. Dziwne, nie?
No dobra, mamy kryzys. Ile kasy stracił Apple w wyniku tąpnięcia światowych rynków, recesji i chaosowi w branży finansowej? Wygląda na to, że mało skoro obecnie posiada nadwyżkę w wysokości 29 miliardów dolarów. Widocznie na drogim sprzęcie wychodzi się lepiej niż na sprzedaży kiepskiego softu (tu odniesienie do MS i kampanii “laptop hunters”).
I na koniec zagadka – a jaki procent wśród globalnej sprzedaży telefonów komórkowych zajmuje Apple?
…1% (jeden procent).
Bo jak głosi stara prawda – czasami warto mieć tylko 1% jeśli rynek jest warty kilkaset miliardów dolarów.
Halo Nokia (90% w plecy w porównaniu do analogicznego okresu w poprzednim roku)! Halo Microsoft (6% wartość całej firmy w dół – po raz pierwszy od 23 lat)!
42 komentarze »
