Ach ci dobrzy piraci…
10:24 30th June 2009

Mówienie o tym, że X milionów osób korzysta z sieci p2p i ma to być dowodem na to aby wszyscy zaprzestali respektowania swoich praw w Internecie nie jest dobrym pomysłem. Wspieranie (Przekrój) się szwedzkim przykładem allemansretten (czyli w luźnym przekładzie prawa dostępu do natury) jest bardzo mocną próba nagięcia rzeczywistości…
Na początek definicja – przyjmuję za piractwo wszelką formę ściągania z sieci Internet utworów / plików bez uiszczenia tantiem ich twórcom. Nie interesuje mnie stan prawny w Polsce (użytek własny) ani procesy w Szwecji (przegięcie w drugą stronę). Po prostu jeśli ktoś coś wyprodukował a ktoś inny zamiast mu za to zapłacić po prostu kopiuje to nazywam taki fakt kradzieżą a cały proceder piractwem. Sieci P2P, serwisy warezowe, składowiska plików w stylu Chomikuj.pl czy kopiowanie płyt i sprzedawanie ich na bazarach – wrzucam do jednego worka.
Większość osób ściągających pliki za pomocą sieci p2p to nie bojownicy o “wolność naszą i waszą” ale zwykli szarzy ludkowie, którzy nie mają pieniędzy na pójście do kina za 25 pln czy kupienie płyty CD za 60 pln. Dlatego ściągają pliki i mają gdzieś to, że ktoś, gdzieś szafuje tak wielkimi słowami jak “wolność”. Kradną z lenistwa, głupoty ale i braku legalnych alternatyw. Dlatego sprawy TPB i ich problemy guzik interesują większość osób w innych krajach – oni po prostu chcą mieć dostęp do plików.
Szwecja jest bogatsza i tam też ściągają na potęgę powie ktoś. To fakt ale nie zapominajmy, że również był / jest to kraj bardzo “socjalny” a ludzie nastawieni roszczeniowo. Szwecja płaci obecnie za wiele lat bardzo opiekuńczego stylu sprawowania opieki nad obywatelami, którym rozdawano przywileje i zapomogi za nic. Wyrosło pokolenie “daj-mi-teraz”, które nie widzi nic złego w ściąganiu pirackich plików z Internetu. Oni tego żądają i dostają.
Proszę więc nie dorabiać ideologii do zwykłej kradzieży. Piractwo spod znaku p2p nie jest ani przejawem “cyfrowego wykluczenia” ani “walką z monopolem o wolność wyboru”. Co to za wybór i co to z walka jeśli realizowana jest z pomocą kradzieży cudzej własności? Oczywiście można bronić całości procederu powołując się na polskie prawo dopuszczające użytek osobisty (ale już nie programów komputerowych) czyli ściąganie plików bez ich rozpowszechniania. Co jeśli prawo zostanie zmienione? Nadal będziemy uważali, że nic się nie dzieje złego?
Zadaję sobie takie pytanie – dlaczego pomimo ogromnych (i stale idących w górę) cen benzyny nie pojedziemy sobie gdzieś w pole i nie wywiercimy dziurki w rurociągu aby tym samym zasilać nasz samochód? Albo dlaczego nie wepniemy się na klatce schodowej w skrzynkę i nie będziemy “korzystali” z czyjegoś dostępu do TV czy telefonu? Dlaczego nie skusimy się pójść “na skróty” aby uzyskać doraźny efekt i zysk?
Odpowiedź na powyższe jest prosta – ponieważ zabiera to więcej czasu, podlega wysokim karom, wymaga odpowiedniego sprzętu, zdolności i wiedzy oraz co najważniejsze jednoznacznie kojarzone jest z kradzieżą i przestępstwem. W przypadku ściągania plików z Internetu jest na to przyzwolenie społeczne, brak jasnych przepisów prawnych, każdy może to robić (dysponując minimalną wiedzą techniczną).
W Polsce przez wiele lat powstało wiele przejawów anomii społecznej sankcjonowanej przez system w którym żyliśmy. “Załatwić” coś oznaczało ukraść coś z fabryki (np. papier toaletowy albo płyn do mycia naczyń). Osoba “zaradna” życiowa to była taka postać, która korzystając z dobrodziejstw gospodarki “centralnie sterowanej” w której każdy miał mieć po równo (czyli w sumie nic) umiała wyprać kartki na paliwo aby zatankować ponownie samochód, zdobyć przydział na pralkę czy pojechać na wakacje po to aby sprzedać w Rumunii okulary i przywieźć za to dewizy. Była podziwiana i miała naśladowców. Rolowanie państwa (a więc pośrednio i obywateli) należało do dobrego tonu i miało społeczne przyzwolenie.
Trochę jednak za oknem się zmieniło a my nadal uważamy, że fajnie jak ktoś coś skołuje i nie zapłaci. Bo płacą tylko frajerzy i idioci.
Taka była rzeczywistość za czasów PRLu. Niestety – ustrój się skończył, mentalność została. “Załatwić” i “skołować” nadal są na topie. Wiodę biedny żywot studenta i nie mam kasy na pójście z dziewczyną do kina. Ściągam więc “z sieci” najnowszy film, siadam z nią w swoim akademiku, odpalam laptopa i tak spędzamy wieczór. Moje usprawiedliwienie? “Twórcy tego filmu nie zbiednieją, zapewna mają kieszenie pełne kasy. Poza tym wszyscy tak robią”. Nazywajmy jednak rzeczy po imieniu – kradzież jest kradzieżą. Nie poszedłeś do kina bo Cię nie stać a nie dlatego, że walczysz z wyimaginowanym Systemem.
Ludzie potępiające w czambuł wyrok szwedzkiego sądu zapominają o paru sprawach – TPB od początku robił sobie jaja ze wszystkich możliwych instancji szwedzkich i międzynarodowych. Oficjalnie przyznawali się do tego, że ich motorem działania jest chęć szerzenia “piractwa”. Elementy walki o
“wolny dostęp do twórczości” pojawił się całkiem niedawno na potrzeby procesu i jako element obrony w procesie. Poczytajcie sobie odpowiedzi TPB na listy od firm zgłaszających zastrzeżenia do plików na serwerach TPB – odpowiedź w większości była taka sama: “Walcie się gumową pałą. Wiemy, że popełniamy przestępstwo ale w Szwecji możecie nam naskoczyć bo tu jest inne prawo. Pa pa!”.
Zanim zatem tak ochoczo zaczniecie powiewać flagami szwedzkiej czy polskiej Partii Piratów, zanim wyjdziecie na ulicę aby protestować przeciwko “złym kapitalistycznym koncernom” i zanim do końca uwierzycie, że wszystko powinno być darmowe – zastanówcie się. To o czym marzycie to czysta utopia. Bez możliwości czerpania zysków ze swojej pracy wytwórcy nie będą niczego tworzyli. Wy nie będziecie mogli zatem niczego ściągać i korzystać z ich pracy – to najprostsze wytłumaczenie. Koniec i kropka. Możecie sobie marszczyć noski i tupać nóżkami ale takie są zasady gospodarki rynkowej. Podaż i popyt żądzą również i Internetem.
Występ polskiej Partii Piratów na TMT’09 dowiódł, że w Polsce łatwo jest płynąć na fali demagogii. Nie usłyszałem nic z ust przedstawicieli tego stowarzyszenia (bo chyba cały czas nie mogą zebrać odpowiedniej ilości głosów aby stać się partią jeśli dobrze zrozumiałem) co by mnie zachęciło do ich wspierania. Potok banałów wsparty jakaś nowomową zasłyszaną na lewicowych zebraniach w ustach ludzi, którzy komunizm znają z podręczników historii jest dla mnie śmieszny i przerażający. Wszystko za darmo? Wszyscy mają mieć po równo? Cała władza w ręce ludu? Gdzieś to już było…
Zgadzam się – obecna sytuacja w której część Europy nie może korzystać z usług i serwisów, które w USA są dostępne jest bardzo bardzo zła i powoduje problemy. iTunes i Apple są przykładem pasywnego działania. Casus sklepu Nokia z cenami w okolicy 1 USD za utwór pokazuje, że jednak można. Jasne, że chciałbym obejrzeć w tym samym okresie co amerykańscy widzowie “Lost” czy “Dr House”. To jest ogromny błąd. Tak samo jak większość osób nie chcę płacić (albo inaczej – chcę mieć wybór) za opakowanie kolekcjonerskie, książeczki i naklejki – chcę dostać utwór po najniższej cenie bez marży pośredników i sklepów.
W samych koncernach potrzebne są zmiany na najwyższych szczeblach aby dostosować mentalność działań rodem z XIX wieku do nowoczesnych warunków i technologii. Potrzeba nowych rozwiązań prawnych dających się zastosować na całym świecie. Podpisuję się pod stwierdzeniem francuskich konstytucjonalistów – prawo do Internetu jest jednym z praw człowieka. Nie zmienia to faktu, że zmiany muszą zostać wdrożone w sposób przemyślany a nie pod dyktatem pistoletu przystawionego do skroni.
Chciałbym zamiast pozornego zamieszania wokół TPB większej dyskusji na przykład o Creative Commons. Chciałbym abyśmy przestali działać tylko w wybranych obszarach ale potrafili zdobyć się na spojrzenie na problem z dystansem. Chciałbym poważnej dyskusji o zastosowaniu p2p dla celów komercyjnych, zgodnych z prawem. Chciałbym dyskusji o stawkach, cłach i globalnych rozwiązaniach spraw praw autorskich.
Zanim wzniesiemy flagi i rozpoczniemy abordaż zastanówmy się czy przypadkiem nie zatapiamy jedynego okrętu na którym możemy popłynąć dalej.
PS. No proszę – czyżby TPB właśnie opuszczało swój okręt flagowy? Właśnie ogłosili, że zostają sprzedani. I gdzie się podziały hasła “zero komercji” czy “nigdy nie będziemy pracowali dla kogoś”? Pecunia non olet…
Gniot obywatelski
11:46 29th June 2009

Przeraża mnie jak prosto jest ulec pokusie zbudowania czegoś w Internecie. Jeśli to dzieje się za pieniądze młodych i mało doświadczonych przedsiębiorców pal to licho – kto nie ryzykuje, nie zarabia. Gorzej jeśli angażowana jest praca a przede wszystkim publiczne pieniądze w projekty od których wieje z daleka biurokratyczną indolencją…
Promować się trzeba umieć. A jeśli się nie umie to trzeba wynająć specjalistów i zapłacić im. Niestety obawiam się, że ta oczywista prawda nie jest zawsze rozumiana przez naszych urzędników państwowych. Wolą zrobić coś sami, spieprzyć to ale chwalić się za chęci.
Mówię o “Codzienniku Prawnym” organie (portalu jak każą nam sądzić w informacjach prasowych) internetowym Rzecznika Praw Obywatelskich czyli Janusza Kochanowskiego. Inicjatywa na pewno dobra w zamyśle, potrzebna i wartościowa. Skopana niestety na starcie. Po ilości osób wyszczególnionych w dziale “kontakt” wnoszę, że nad serwisem pracował chyba cały urząd Rzecznika. Tym bardziej szkoda, że to co powstało zasługuje tylko i wyłącznie nie pokazywanie jak NIE tworzyć serwisów informacyjnych. Stroną merytoryczną serwisu nie będę się zajmować – nie mam do tego kwalifikacji ani wiedzy.
Przykro mi ale chciejstwem i chęcią zrobienia “czegoś” nie można tłumaczyć partactwa i po prostu amatorstwa. Pierwsza sprawa – dlaczego Codziennik jako pismo RPO nie jest postawiona w domenie “gov”? Codziennik jest prywatną stroną Pana Kochanowskiego? WHOIS wskazuje, że właścicielem domeny jest biuro RPO – czyli urząd państwowy. Czy pozbycie się “gov” ma bardziej przekonać obywateli o “fajności” strony? Są w ogóle w Polsce jakieś przepisy dotyczące tego typu inicjatyw i ich umieszczaniu w domenie “gov”?
Pierwszy przykład babola – prawa strona grafika (?) z lasem i żabkami (??) z opisem “multimedia”. Kliknijcie. Jakiego efektu oczekuje przeciętny internauta po kliknięciu na aktywny element strony? Przeładowania strony i pokazania nowych treści. Co się dzieje? Nic. Otwiera się nowa strona / zakładka w przeglądarce z tą samą stroną główną. Błąd? Sztuczka programistyczna znudzonego admina?
Zdjęcie i komentarz Rzecznika – rozumiem, że po dzień sądny będzie mnie witał na stronie głównej? Wiem, trzeba się lansować żeby media i politycy nie zapomnieli o tak ważnej osobie ale takie marnotrawienie przestrzeni na stronie głównej jest bardzo niemądre. Tak samo cytat – ani się nie zmienia a zabiera miejsce. Szczegół ale wali w oczy. Szczególnie, że treści po które skuszony zapowiedziami odwiedziłem ten serwis jest na stronie głównej stosunkowo mało (w porównaniu do nagłówka graficznego z szachami, cytatem i zdjęciem z myślą wprowadzającą Rzecznika).
Dział “o nas” – czego można spodziewać się po tym dziale? Możliwości wysłania zapytania do kogoś z redakcji? Nie ma. Może jakiś ogólny mail albo formularz? Jest na szczęście. Napisałem co sądzę o stronie – sprawdzimy czas reakcji (UPDATE – odesłano mi odpowiedź po kilku minutach! Ktoś tam czyta jednak maile:)
Dział “kontakt” (ukryty na samym dole strony w niebieskiej) – hej, czy ja tu już nie byłem?? Jasne. To przecież ten sam dział co “o nas”! Nadal nie wiem do kogo napisać w sprawie błędów na stronie.
Dział “dla mediów – tak, tak jest coś takiego. Możecie ten dział znaleźć tutaj. Widocznie wypadł w procesie projektowania strony i ktoś sobie o nim przypomniał w ostatniej chwili. Co fajniesze – czego oczekujecie po takim dziale? Ja na przykład jakiegoś “press kitu”, zdjęć, oficjalnych informacji prasowych. A co możemy tam znaleźć? Spot reklamowy żabką czyli tę grafikę, która jest źle podlinkowana na stronie głównej. Spot inftantylny a w dodatku wykorzystujący grafikę wyszukiwarki Google (proces o prawa autorskie). Ech..
Stopka na dole (szary pasek) – “Codziennik” jako serwis państwowy reklamuje m.in. Onet, GG, Salon24? O co chodzi?? Te podmioty sponsorują “Codziennik?” Dlaczego Onet a nie WP? Dlaczego GG a nie Skype? Był jakiś konkurs ofert a może każdy może zgłaszać kandydaturę swojej firmy na tę stronę? Ta ja poproszę o umieszczenie tam linku do Apteo i Mordami. A co.
I na samym końcu strony u dołu widzimy “Wszelkie prawa zastrzeżone © 2009 Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich”. Wszelkie prawa! Super – czyli jak rozumiem RPO jest twórcą wszystkich formularzy jakie zamieścił na swojej stronie? Szanowny Panie Rzeczniku w takim razie proszę otworzyć sobie zakładkę “właściwości” w edytorze tekstu (może być Word) i spojrzeć kto jest autorem wzorów dokumentów co do których Pan przypisuje sobie prawo. Głupia wpadka, co – a kilku procesów można sobie zaoszczędzić przecież…
Zapewne jeszcze dorzucić można całą masę błędów programistycznych (np. walidacja) ale tego już nie chciało mi się sprawdzać. Jak dla mnie ktoś powinien się wytłumaczyć za ile została zrobiona ta strona i jakie firmy startowały w przetargu skoro został wybrany taki podwykonawca. W końcu Szanowny Pan Rzecznik żyje z moich podatków a te jak słyszałem mają zostać podniesione.
Mam pomysł na małą akcję społeczną – proszę Was o przejrzenie “Codziennika” pod kątem błędów (merytorycznych, usability, czy architektury informacji) i zamieszczenie swoich uwag w komentarzach pod tym wpisem. Zobowiązuje się do przesłania oficjalnego pisma do RPO z wychwyconymi błędami z prośbą o ich poprawienie i autorami uwag.
Może obywatelski głos pozwoli coś poprawić?
PS. Nie tylko ja się zainteresowałem “Codziennikiem Prawnym”…
PPS. Olgierd zadał pytania rzeczniczce RPO i otrzymał odpowiedzi na nie. Polecam lekturę.
What is a Browser?
14:21 22nd June 2009
Termin “cyfrowe wykluczenie” ma obrazować pewien proces w wyniku którego część z naszych rodaków nie może korzystać z dobrodziejstwa Internetu (czytaj słać foty na N-K i komcie na Pudelka) w związku z czym uważa się ich za gorszych. Jak w takim razie określić ludzi, którzy mają wszystko pod ręką mają kasę na wypasione komórki z szybkim internetem ale..
..No właśnie. Małe “ale”. Nie potrafią nazwać, ba nie potrafią odróżnić wyszukiwarki od przeglądarki. Yyyyy.. Gdzie takie dziwa można zobaczyć? W jednym z największych miast (Nowy Jork) w kraju (Stany Zjednoczone Ameryki) gdzie w Dolinie Krzemowej codziennie powstają cuda, która inne narody w pocie czoła kopiują.
Mi osobiście podobała się interpretacja “różnicy między przeglądarką a wyszukiwarką” jowialnego, dobrze odżywionego afro-amerykanina. Założę się o potrójnego whoopera, że na naszej polskiej ulicy 80% osób odpowiadać będzie tak samo..
Zatem proszę Państwa (Maćku?) kto się odważy przeprowadzić taką ankietę u nas w Warszawie? I czy chcemy znać jej efekt?
Myśleć jak korporacja
9:13 16th June 2009

Wiecie kto był najważniejszą osobą na wydziale na którym studiowałem? Wcale nie dziekan czy opiekun roku. To była pani sekretarka, która decydowała czy indeks wręczony 5 min po czasie jeszcze może dorzucić do kupki i załatwić rozliczenie czy muszę powtarzać wykłady z przedmiotu X. To pani sekretarka miała moc sprawczą wyczarować dodatkowe godziny lub też załatwić brakujący wpis. Zrozumienie tego faktu zajęło mi równo rok – po tym czasie do końca studiów nie miałem żadnego problemu z kwestiami związanymi z formalnościami…
A teraz z pozoru inna historia. Internauta skorzystał ze strony firmy lotniczej chcąc kupić bilet. Usability strony było do dupy więc użytkownik (projektant UX) napisał list do firmy oraz przygotował własną makietę strony aby pokazać jak lepiej można poprowadzić użytkownika po takim sajcie. Projektant otrzymał odpowiedź od pracownika firmy lotniczej. I w tym momencie można powiedzieć, że historia się nie tyle kończy co dopiero zaczyna…
Historię zgapiłem z Maggnes.com. Odpowiedź anonimowego pracownika z linii lotniczych American Airlines obnaża problemy korporacji. Stroną zajmuje się 200 osób. Każda z nich ma swoje zadania, zdanie i zakres możliwości zmian strony. Zapewne każda z tych osób chce aby strona była lepsza, sprawniej działająca a firma dzięki niej zarabiała kasę. I co się okazuje? Wszystkie te elementy stoją ze sobą w sprzeczności. Czemu? Bo jesteśmy częścią organizacji. Mamy poziomy, funkcje, stanowiska i zakresy obowiązków.
To co opisał Dustin na swoim blogu pokazuje bardzo dobrze problem o którym mało osób wie i wyciąga z jego istnienia konsekwencje. Zadziwiające jak wiele z tej grupy osób to ludzie pracujący jako “frontlajnowcy” mający kontakt z klientem i jego oczekiwaniami – handlowcy, project managerowie, itd.
“But—and I guess here’s the thing I most wanted to get across—simply doing a home page redesign is a piece of cake. You want a redesign? I’ve got six of them in my archives. It only takes a few hours to put together a really good-looking one, as you demonstrated in your post. But doing the design isn’t the hard part, and I think that’s what a lot of outsiders don’t really get, probably because many of them actually do belong to small, just-get-it-done organizations. But those of us who work in enterprise-level situations realize the momentum even a simple redesign must overcome, and not many, I’ll bet, are jumping on this same bandwagon. They know what it’s like.”
Łapecie? Zrobienie zajebistego projektu jest najprostsze. Wdrożenie go w dużej firmie, przekonanie odpowiednich osób aby go zaakceptowały, wytłumaczenie zmian jakie przyniesie (czytaj: korzyści) dla działu sprzedaży, IT, marketingu jest o wiele ważniejsze niż genialny projektant stron www i jego przezajebiste dzieło.
Tutaj potrzeba osoby znającej kulturę korpo, działającej na styku firma – podwykonawca. Osoba, której rolą będzie przepychanie projektu przez “Wszystkich świętych” w firmie. To bardzo często jest zadanie cholernie trudne i osoba z zewnątrz nie ma szans na załatwienie wszystkich rzeczy na czas. Brak takiej osoby powoduje, że nawet głupia płatność po wykonaniu projektu w czasie i bez poprawek staje się koszmarem.
Dlatego zawsze musicie mieć osobę (”insider”) po stronie klienta, która będzie waszym “adwokatem” i “nawigacją” strukturze firmy, jej zwyczajach, przepisach oraz po prostu relacjach – nawet najbardziej zajebisty projekt może umrzeć jeśli będzie go wdrażać dwie nienawidzące się osoby w firmie (sprawdzone w realu – nawet sprawiało im to przyjemność patrzenie jak kasa firmowa jest tracona na płatne poprawki, deadline przekroczony o kilka miesięcy a decyzjność na poziomie piaskownicy).
Najlepiej też aby taka osoba została wpisana do umowy jaką podpisujecie (wraz ze swoim zastępcą na czas urlopu albo choroby). Świadomość, że projekt będzie realizowany zgodnie z założeniami bez opóźnień jest bezcenna i bardzo uspokajająca.
Dla obu stron :)
TMT.Communities’09 Warsaw
13:51 11th June 2009

18 czerwca w Warszawie odbędzie się konferencja “TMT.Communities’09 Warsaw” z udziałem wielu bardzo ciekawych gości z polski i zagranicy. Będzie to jedna z niewielu szans posłuchać członka The Pirate Bay przysłuchującego się dyskusji o polskim prawie autorskim z reprezentantem ZAIKSu…
Zapowiedzieli i potwierdzili swoje przybycie prelegenci z zagranicy (między innymi: Łukasz Gadowski inwestor z Team Europe Ventures i twórca Spreadshirt oraz Marcin de Kamiński z The Pirate Bay). Będziemy omawiali sprawy portali – ich obecna rola oraz bliska przyszłość – podczas tej rozmowy panelowej nie zabraknie czołówki polskiego internetu (m.in. Michał Brański o2, Tomasz Jażdzyński Interia.pl, Robert Bednarski z Onet.pl czy Grzegorz Tomasiak z WP).
Anna Kobylańska z CMS Cameron McKenna spróbuje odpowiedzieć jaki wyrok na organizację typu TPB mógłby zostać wydany w Polsce.
Będziemy też rozmawiali o piractwie, sieciach P2P, roli nadawców i prosumentów w dobie mediów elektronicznych (tutaj swoją obecność zapowiedzieli przedstawiciele m.in. ZAIKSu, Gutek Film, Polskiej Partii Piratów oraz serwisu tłumaczącego napisy – Hatak.pl).
Pojawią się też dyskusje panelowe dotyczące “pokolenia C” (z udziałem m.in. Marcina Jagodzińskiego twórcę Blip.pl) oraz “wyspecjalizowanych” serwisów społecznościowych typu Bliscy.pl, MłodeLata.pl czy LocoZone.pl.
Szczegółowy plan konferencji znajdziecie tutaj
Zapraszam serdecznie w imieniu swoim (będę moderatorem części dyskusji) oraz organizatorów.
PS. Obiecuję też wywiad wideo z Marcinem De Kamińskim z TPB na temat związane z procesem i wyborami do Parlamentu Europejskiego w których dwa mandaty dostała szwedzka Partia Piratów. Wywiad jak zwykle przygotuje i zmontuje Maciek Budzich.
Czasami Life is Good
17:09 9th June 2009

Mmd firma obsługująca w Polsce koncern LG zaprosiła mnie do testów telewizora LCD oraz odtwarzacza blu-ray. Skusiłem się bo a) zawsze chciałem zobaczyć Megan Fox w Transformersach lepiej i wyraźniej b) nie miałem okazji sprawdzić co znaczy Full HD z powodu braku sygnału (kochana Cyfra + każe sobie dopłacić za programy w jakości HD) c) odrzucić możliwość dobrej zabawy jest po prostu bardzo głupie…
Chrzest ognia telewizor przeszedł podczas finału Ligii Mistrzów (Barca!) – niestety ciągnąłem sygnał przez kochaną Cyfrę + więc nie byłem w stanie powiedzieć czy oglądam transmisję z 2009 roku czy widzę mecz na Wembley z 1974. Jakość obrazu marna tak jak komentarz Szpakowskiego. Dodatkowo Cyfra + ma ostatnio tendencję do gubienia sygnału nawet przy małych opadach deszczu – pikseloza, brudy post-kompresyjne i inne fajne rzeczy pojawiają się coraz częściej. Ale wróćmy do LG.
Różnicę zauważysz natomiast w czasie korzystania z Xboksa – obraz jest żywszy, wydaje mi się (podkreślam wydaje bo nie mogę podłączyć na raz dwóch monitorów), że na LG gry wyglądają lepiej. Nie o niebo lepiej ale zauważalnie. Czy aż o tyle lepiej żeby koniecznie kupować sprzęt z 200 Hz? Poważnie bym się zastanowił jeśli nie jesteś geekiem albo hardkorowym graczem kupującym kable HDMI po 500 pln (lub drożej).
Jestem natomiast pod wrażeniem blu-ray’a – jakość obrazu jest bardzo bardzo dobra na tyle, że aż trzeba się przyzwyczaić (efekt podobny jak w iMaksie – lekki zawrót głowy w dynamicznych scenach przez jakiś czas). Po to zostało wymyślone kino domowe! Powiem szczerze – bo różnica między DVD a blu-ray’em jest widoczna niestety. Niestety ponieważ oznacza to, że trzeba będzie (znowu!) kupić całą trylogię Star Wars, trylogię Władcy Pierścieni, Matriksa…
Blu-raya testowałem na “Transformersach” – pamiętał ten film z kina i wiedziałem, że będzie to jeden z pierwszych filmów jakie zakupie jeśli kiedyś będę miał możliwość zainstalowania sobie napędu z niebieskim laserem. W kolejce czeka “Stealth” (ach te sceny podniebnych akrobacji, ach ta Jessica Biel), “300″ (must have on blu-ray), “Batman – Dark Knight” oraz. Dziwne ale nie znalazłem w pudełku z blu-rayem żadnej płyty “demo” – wypadek przy pracy czy brak wyobraźni producenta? Wystarczyłoby pokazać trailery kinowe nagrane w jakości HD żeby spowodować zwiększone wydzielanie płynu ze ślinianek.
LG chwali się, że ich blu-ray może być podłączony do internetu i stamtąd “ssać” filmy z YouTube – cóż wierzę na słowo, nie sprawdzałem bo nie chcę sobie psuć przyjemności z oglądania filmów “tylko” w jakości HD…
Acha – w związku z tym, że jestem tylko testerem sprzętu LG telewizor powędruje jako nagroda w konkursie, którego formułę wymyślam w pocie czoła. Telewizor jest “trochę” wart więc szczęśliwiec będzie mógł sam ocenić i testować sprzęt w swym domowym zaciszu.
Śledźcie zatem kolejne wpisy, może właśnie Ty staniesz się posiadaczem zajefajnego telewizora, który macał sam bloger AK74? Hę? A może jeszcze sypnę paroma płytami blu-ray do oglądania, kto wie, kto wie :)
Nadstawiam uszy na fajne pomysły na konkurs – jestem otwarty na każdy zwariowany pomysł!
PS. Informacja dla innych firm, które wahają się z przysłaniem swoich próbek do mnie – nie bójcie się, nie gryzę – jeśli macie naprawdę fajny sprzęt to zapraszam, nie zjadę go bardzo w recenzji. Chętnie zobaczyłbym w swojej skrzynce na listy jakiś zegarek Patek albo Maserati pod domem – w ostateczności może być Omega albo Lamborghini!
Gra w Bing(o)
8:53 5th June 2009

Ciekawie się dzieje. W ciągu krótkiego okresu czasu miały miejsce dwie premiery wyszukiwarek, które mają stać się cichymi zabójcami Google’a. Mowa o WolframAlpha i Bing od Microsoftu. Dwie wyszukiwarki, dwa podejścia do tematu “jak być lepszym od wielkiego G”? Kto zwycięży i kto będzie „the next Google”?…
Microsoft chce wydać 100 mln $ na promocję swojego produktu. “Bing & decide” takim hasłem promuje w spotach wyszukiwarkę komunikując, że to jest “silnik wspomagający podejmowanie decyzji” a nie proste odpytywanie bazy danych. Zauważcie, że unika wprost konkurowania z Googlem – taka taktyka byłaby samobójstwem wiedząc jakimi narzędziami i możliwościami dysponuje firma Brina i Page’a. MS zagrał mądrze po raz pierwszy od dłuższego czasu nie bijąc się z Google niczym PiS z PO. Smart move guys.
Wbrew pozorom (jakkolwiek nie lubię stylu “bulszit-korpo” często pojawiającego się przy okazji premier rynkowych produktów od Gatesa / Ballmera) takie pozycjonowanie ma sens. Z marketingowego punktu widzenia stworzenie własnej niszy i zajęcie w niej całości przestrzeni (Bing to nie Google, to nie jest po prostu “wyszukiwarka”. Bing aktywnie wspomaga proces podejmowania decyzji!”) jest bardzo dobrym ruchem. Jeśli tylko pójdzie za tym technologia to MS ugryzie część google’owego tortu reklam a przecież wszystkim o to chodzi.
Innymi słowy WA i Bing można nazwać wyszukiwarkami “wertykalnymi” w przeciwieństwie do Google’a. Oferują ona podobne funkcje, ale stosują inne algorytmy oraz wyniki wyszukiwania – pokazują konglomeraty informacji, zbiory i analizują dane zamiast zostawiać ten proces do wykonania użytkownikowi. Google jest portalem a WA i Bing vortalem. Google działa w ogromnej skali przez co nie może koncentrować się na szczegółach a WA i Bing mogą (będą?) skupiały się na wybranych niszach i dokładnie je obstawią.
Czy zatem są to lepsze narzędzia do przeszukiwania informacji w sieci? Nie do końca jak twierdzą autorzy tego wpisu. Prosty test – po co szukać ludzi w Google’u skoro wynik zwrócony zawierać będzie dane z Facebooka, LinkedIn czy innego serwis społecznościowego. Google pełni jedynie (i aż) w tym wypadku funkcje “czapy” zbierającej dane – nie analizuje ich, nie przedstawia powiązań – te dane znajdują się w samych serwisach i aby je otrzymać (kogo kolegą jest X? Gdzie pracował Y? Czym się interesuje Z?) musisz finałowo posiadać konto na którymś z tych serwisów (albo wszystkich).
To samo można powiedzieć o wynikach z dziedziny książek, muzyki, filmów czy gier – Google zindeksuje i poda Ci wyniki, które są “martwe” – cała “żywa tkanka” funkcjonuje wewnątrz takiego Amazona (na podstawie choćby genialnego ficzera “Customers Who Bought This Item Also Bought”). A dodatkowo sam Google jest czasami bezradny wobec prostych stosowania filozofii „walled garden” gdzie dane nie są publicznie dostępne dla mechanizmów indeksujących wyszukiwarek (np. Facebook).
Najtrudniejsze zadanie jakie stoi przed każdym kto chce pokonać Google’a na jego własnym podwórku to nie tyle powiadomienie całego świata o swoim istnieniu ale co ważniejsze – wymazanie meme związanego z Googlem (Google to wyszukiwanie, nie wiesz czegoś? Zapytaj się Google’a. Zgugluj to. Nie ma czegoś w guglu? To znaczy, że to coś nie istnieje itd.)
To jest cholernie trudne bo nie opiera się na racjonalnych założeniach kampanii marketingowych – obawiam się wymaga użycia innych środków z pogranicza NLP. Google używany powszechnie bo jest prosty, spełnia swoje zadanie i jest przewidywalny. Google dominuje sieć, modele przychodowe, nisze, konkurencje. Google jest wielki i międzynarodowy. Google daje nam pocztę, mapy, komunikator, analizuje nasze strony www. Ciężko jest obejść się bez Google’a.
Następcy Google’a muszą być jeszcze bardziej od niego „user friendly”, prostsi w obsłudze i pokazujący lepiej wyniki wyszukiwania. Mityczna semantyczność może być tak samo ciężkostrawna dla przeciętnego użytkownika internetu jak interface graficzny zaprojektowany przez informatyka – działa, tyle, że obsługa i analiza danych jest tak trudna, że korzystać z niego potrafi tylko inny informatyk.
Na dzień dzisiejszy wszystko przemawia za Google – doświadczenie, algorytm, wizja rozwoju i umiejętność egzekucji pomysłów, wielkość firmy i jej pozycja na rynku wyszukiwarek, że nie wspomnę o kasie generowanej z reklamy online.
Historia na szczęście zna wiele przypadków firm „potęg”, które upadały błyskawicznie i to z dużym hukiem. IBM w rękach Chińczyków. Jaguar sprzedany Hindusowi. Netscape przejęty przez AOL. Kto by uwierzył, że taaakie firmy mogą tak skończyć? To samo może stać się z Google’m – pozbawiony głównej siły czyli potęgi wyszukiwania i monpolu na rynku wyszukiwarek może zacząć ustępować pola innym graczom.
Konkurencja jest podstawą rozwoju w kapitalistycznych gospodarkach i wszyscy powinniśmy trzymać kciuki żeby udało się Bingowi albo WolframAlpha (a najlepiej obu graczom) wejść na globalny rynek i postawić Google w sytuacji w której musi zacząć lepiej dbać o swoich klientów i użytkowników.
A co robi sam Google? Na pewno nie śpi. Długo przed premierą WolframAlpha na pewno par osób pracowało w pocie czoła by zaraz po premierze MS Bing odpalić Google Square. Czym jest Google Square? Innym podejściem do wyszukiwania – prezentacja danych jest tabelkowa, porównawcza – szukasz np. informacji o rollercoasterach? Proszę bardzo, dostaniesz ich dane, zdjęcia i informacje geograficzne. Fajne. Chyba tak. Użyteczne – nie wiem.
Czy przełom? Nie – ale na pewno odpowiedź na WolframAlpha i logiczna próba zdystansowania konkurencji jej własną bronią. Jak to się ma do Bing? Zapewne zobaczymy jakąś odpowiedź z siedziby Googlea – MS uderzył s zakupy i podróże czyli dwie rzeczy, które średnio się udały “wielkiemu G” – ktoś pamięta o Froogle czy Google Checkout? Jak napisałsem tutaj – Google nie jest nieśmiertelny. Można go pokonać mądrą strategią i świetnym produktem.
Zapowiada się ciekawa dekada – mam nadzieję, że dojdzie do „wojny wyszukiwarek” z korzyścią dla rynku i użytkowników. Nie ma nic lepszego w przyrodzie niż naturalna selekcja.
PS. Lekko mnie przerażają te reklamówki Bing. Niby śmieszne ale coś w nich nie jest halo.
Głowy w chmurach
22:00 25th May 2009

Pierwszego dnia konferencji 2K9 jednym z punktów programu były prezentacje portali – w domyśle ich pomysłów na ściganie się z konkurencją, umiejętności wyciągania wniosków z obecnych problemów, nowych produktów i wizji rozwoju…
Trochę mi głupio, że nie będę mówił w samych superlatywach o 2k9 bo wbiłem się na nią na “krzywy ryj” jako pomoc techniczna Maćka Budzicha ale obiecuję, że krytykować konstruktywnie będą samych panelistów i atmosferę niż samą imprezę i jej twórców (których pozdrawiam i zapraszam do wysłania mi następnym razem bezpłatnego zaproszenia! :)
Pominę występ gościa specjalnego (Diego Semprún de Castellane) bo nie miałem okazji zobaczyć stojąc w porannych korkach – skupię na tym co według mnie jest pewnym trendem wśród największych graczy (przy okazji – wśród prezentacji pojawiał się pewien termin. Otóż portale nazywają siebie teraz “wydawcami” – jak rozumiem ma to zbliżać kolegów i koleżanki z portali do starych mediów i pokazywać, że w portalach to nie tylko “papowskie” przedruki ale własne treści powstają).
Gazeta, WP i Onet (Tomasz Jażdżyński zamiast o portalu Interia, któremu przewodzi mówił o rynku, wycenach i akwizycjach firm internetowych – bardzo ciekawe bo okraszone dużą porcją liczb i statysty) mówiły o tym co mają zamiar zrobić zamiast spróbować wyjaśnić jakimi środkami zamierzają pokonać kryzys (to straszne słowo na “k”) i dalej dynamicznie rozwijać się. Przynajmniej taki był zamiar.
Prezentacja Tomasza Józefackiego z Agory zrobiła na mnie złe wrażenie – nie ze względu na styl ale na fakt, że tak jak i pozostali w ogóle nie podjął tematu i uciekał od odpowiedzi na temat kondycji portalu i pomysłów na wyjście z impasu (deliktanie mówiąc), zgotowanego przez byłego prezesa zakupem Tradera. Pojawiając się na spotkaniu branżowym na pewno musiał liczyć się z pojawieniem się takich pytań – niestety uciął je w najprostszy sposób mówiąc, że na nie nie odpowie. Szkoda.
Jasne – nie wymagam abym na branżowej konfie gdzie są wszyscy konkurenci szczerze spowiadać się ze swoich dokładnych planów rozwoju – chciałem tylko usłyszeć, że firma ma problemy ale ma też plany czy coś podobnego. Zamiast tego usłyszałem, że Agora ma dużo marek i umie nimi zarządzać. To trochę za mało jak na reprezentanta koncernu, który wykazała stratę dziewięćdziesięciu paru milionów na początku tego roku w wyniku przejęcia internetowej firmy.
Analizując po spotkaniu wydaje mi się, że w końcu udało mi się znaleźć podstawowe różnice w prezentacji Michała. Różniła się od innych “portalowych” prezentacji adresatem. Michał mówił do zebranych na sali i “marketerów” a jego konkurenci do swoich rad nadzorczych i prezesów spółek. Onet, WP, Interia i Gazeta to firmy zamocowane w dużych firmach z bardzo rozbudowaną strukturą: zarządami, prezesami, osobami decyzyjnymi.
Te prezentacje były kierowane właśnie do nich z ukrytym przekazem “mamy wizję i pomysły, poczekajcie nie ścinajcie jeszcze naszych głów!”.
Michał pokazywał sytuację obecną wynikłą z konsekwencji decyzji podjętych kilka la temu. Panowie z WP, Onetu i Gazeta uciekali do przodu raz chcąc zanegować sytuację (“jest źle ale bez przesady – inni mają gorzej”) a dwa, że tak naprawdę nie mają pojęcia jak i co mają zmieniać (nie twierdzę, że wiedzą to zarządzający o2).
Te prezentacje były przygotowane na podstawie tezy “jest kryzys – mój przełożony będzie chciał się dowiedzieć jaki ja mam pomysł na odbicie się od dna”. Niestety prawie wszystkie pomysły (np. Onet i WP ze swoją strategią “trzech ekranów”) wzięte rodem z końca bańki 1.0 i tak samo kiepsko się ich słuchało.
To było jakieś próby wyciągania z rękawa zgranych kart – mobile, iptv, które od lat nie mogą w Polsce na dobre wypalić. Czy dla Grupy Onet stworzenie nawet 10 serwisów wielkości “Onet lajt” pozwoli na pokrycie strat związanych ze spadkiem reklamodawców? Chyba nie bo reklamodawców na “mobajlu” jeszcze trudniej namówić.
Na tle poprzedników prezentacja Michała Brańskiego wyglądała na (w moim przekonaniu) lekko ironiczną i ucierająca nosa przez skoncentrowanie się na “tu i teraz”. Michał zamiast pokazywać “przyszłość” i czytać z fusów skupił się na analizie problemów rynku AD 2009 – braku edukacji klientów, wmawiania im, że zasięg rozwiąże wszystko (wielbienie Megapanelu i kupczenie ruchem mniejszych serwisów), brak przygotowania do sprzedaży w modelu CPA tam gdzie to można robić i last but not least – zwalanie na kryzys wszystkich problemów, podczas gdy należy mówiąc brutalnie zamknąć się i zapieprzać aby jak najszybciej z tej zapaści wyjść.
To jest również dobra ilustracja co do tego jak myśli się i pracuje w “dużych firmach” – szybkość reakcji, ilość stanowisk i ludzi, których trzeba przekonać do swojego pomysłu czy wreszcie czas wdrożenia nowego pomysłu zajmuje czasem o wiele więcej czasu niż czasami trwa proces zmian rynkowych. Innymi słowy reakcja na kryzys u “dużych” może się pojawić w momencie kiedy część rynku z którego żyją przestanie istnieć. Wiem, brzmi kasandrycznie ale zerknijcie na statystyki dzienników, tygodników i miesięczników z pierwszego kwartału – równia pochyła.
Od liderów rynku w 2009 roku chciałbym dowiedzieć się co chcą zrobić w dziedzinie mobile poza zbudowaniem “lajtowej” wersji swojego portalu i pokazywaniem w Plejadzie treści z TVN (case Onetu). Robi zapewne dużo wewnątrz, ale do świadomości “branży” przenikają bardziej takie wydarzenia jak cięcia w zatrudnieniu na wysokich szczeblach – komentowane zresztą żywo na forum Internet Standard przez byłych i obecnych pracowników co na pewno nie służyło budowaniu dobrego PR portalu z Wiertniczej.
Idąc dalej – co WP jako portal może dać polskiemu rynkowi poza chwaleniem się związkami z telekomem – wszak WP Mobi czyli pomysł na bycie wirtualnym operatorem zdechł całkiem niedawno (pomimo posiadania w grupie Orange!). Czy Interia poza wywalaniem kasy na szumne kampanie z coraz dziwniejszym przekazem jest w stanie stworzyć coś oryginalnego.
Czy Agora mogłaby wyjaśnić po co oddziela Wyborczą.pl od Gazeta.pl i z uporem mówi, że tak jest lepiej (może dla struktur wew. firmy jest lepiej ale do internauty to jest bajzel semantyczny). Rozumiem, że Gazeta ma Bobery a Wyborcza drukuje wywiady z Michnikiem natomiast można jakoś wymyśleć istnienie treści tak od siebie różnych w ramach jednego podmiotu. Innym jakoś to się udaje.
Ptaszki w wielu branżach ćwierkają, że te największe tąpnięcie i szatkownia budżetów reklamowych są jeszcze przed nami – dopiero do nas dochodzi kolejna fala. Jeśli niektóre stacje TV straciły już 20%-30% swoich budżetów, gazety 30%-50% i nawet reklamodawcy internetowi zaczynają przykręcać kurek to jesień po okresie wakacyjnej plaży jawi się jako bardzo bardzo ciekawy czas rozliczeń, dymisji i bankructw dużych i znany marek.
Obserwujcie i wyciągajcie wnioski z tego co się dzieje w Merlinie i Empiku. Rynek e-commerce w Polsce zmieni się znacząco w czasie następnych 6 miesięcy. Nie tylko portale będą miały ciężko – cała branża medialna i reklamowa dostanie po nosie. Nie będzie zwycięzców i pokonanych tylko Ci którym udało się zminimalizować skutki recesji.
Być może nie w czasie tego kryzysu ale w następnym zobaczymy jak modele zasięgowe i wciskanie kitu, że “każdy user jest taki sam – nieważne czy walimy do niego reklamą na Onecie, Pudelku, blogu czy społecznościówce” w końcu się wywróci. Bynajmniej nie wieszczę szybkiego końca CPMów i reklamy “displayowej” – podobnie jak w usługach GSM nadal tryumfy święci stary, brzydki SMS. Zmiany jednak dokonują się i erozja starych modeli postępuje od paru lat.
Na koniec pozwolę sobie zacytować oficjalne podsumowanie konferencji:
“Wystąpienia prelegentów podczas konferencji Internet 2k9. Złoto tylko dla zuchwałych potwierdziły, iż krajowa branża on-line jest sektorem wyraźnie ukształtowanym, silnym i co ważne posiadającym strategię rozwoju, również w okresie spowolnienia gospodarczego. Nikt nie zamierza spocząć na laurach, kryzys jest dla internetu niewiarygodną szansą, której chyba nikt nie chce zaprzepaścić i nie wykorzystać. Złoto zdobywają zuchwali – tych wśród polskich graczy on-line nie brakuje, o czym z pewnością będzie można się przekonać już za rok na kolejnej konferencji z cyklu 2k. Oby było to udane i pełne fajerwerków podsumowanie trudnego i pełnego wyzwań roku 2009.”
Niektórzy nadal mają głowy w chmurach. Dobrze jeśli spojrzą w dół bo inaczej za chwilę nie będą mieli po czym stąpać.
Reklama, reklama, reklama
22:51 18th May 2009

Nie wiem czy ktoś to zauważył, ale zacząłem publikować reklamy na blogu. Mam nadzieję, że jednak ktoś to dostrzeże i kliknie bo w końcu taki jest sens reklam internetowych. Tym samym zapewne część z Was zakrzyknie w oburzeniu i powie “nieee!!!”….
Nigdy nie rozumiałem (po zaczęciu sprzedaży reklam na swoich blogach przez Maćka czy Grześka) jak można tłumaczyć się, że nie jest się wielbłądem i klarować czytelnikom, że reklama serwisie na który ktoś zagląda jest po prostu konsekwencją w rozwoju takiego serwisu. Cóż z tego, że zaczęło się blogować bez chęci komercjalizowania swojej twórczości kiedy okazja sama włazi w ręce – blog jest odwiedzany są więc potencjalni konsumenci reklam.
Argumenty o “ciemnej stronie mocy”, “żerowaniu na biednych użytkownikach internetu” czy też tym podobne pierdoły wypisywane przez pryszczatych nastolatków, którym się śni, że wszystko jest za darmo (a w szczególności mp3 i gry ściągane z p2p) puszczałem i puszczam nadal koło uszu. Dla mnie to jest bełkot ludzi nie rozumiejących rzeczywistości.
Chcesz sobie poświęcić dwa lata na coś z czego nie masz na przysłowiowe waciki – Twoja sprawa ale nie zabraniaj mi dokonywać innych wyborów. Ostrzegam, że będę prostacko wyśmiewał każdy komentarz rozpoczynający się od słów “dość, kasuję ten serwis z RSSów”. Jeśli nie rozumiesz, że nie zamieszczając reklamy nie szkodzę Tobie ale dzięki temu będą mógł “wlać w siebie wenę z puchy” (cytat z J.Polaka) to przepraszam Cię bardzo, ale spadaj na Grono i baw się dobrze.
Od pewnego czasu odmawiałem różnym agencjom i domom mediowym ze względu na śmieciowe stawki proponowane – jak się sprzedać to raz a dobrze. Obecnie pod każdym postem zobaczycie trzy reklamy – Allegro, AdTaily oraz moją self promotion czyli Szuflera do którego korzystania bardzo zachęcam.
Zachęcam też do zapisania się i potestowania AdTaily – kokosów może nie zarobicie, ale jakaś kaska wpadnie Wam do kieszeni na pewno większa niż z AdSense (których nie cierpię).
No to cóż – zapraszam do klikania.
*** a teraz reklama start-up’a :) ***
Czy Peryskop.pl to już Web 3.0?
21:49 18th May 2009

No właśnie. Na rynku pojawił się serwis, który oficjalnie mówi o tym, że “wie czego chcą użytkownicy” oraz, że bazuje na semantyce. Peryskop.pl jest serwisem, który chce powalczyć o miejsce w kilku niszach – social shopping (gdzie mocno rozpycha się QXL oraz Agora) oraz jako porównywarka (nie ma przecież problemu aby Peryskop.pl zbierał dane ze wszystkich polskich “wyrzynarek” cenowych). Szykuje się wielki hit czy kit?…
Fundusz IIF nie ma jak na razie na swoim kącie żadnego “killer” pomysłu dzięki któremu można by powiedzieć, że fundusz kierowany przez Rafała Stycznia (weterana bańki 1.0!) wspina się na wyżyny biznesowe.
Klęska (żeby nie powiedzieć dobitniej) Monetto.pl i zawierucha wokół kontrowersyjnego prezesa tego social lendingowego serwisu spowodowała, że uwaga branży odciągnięta została od tego w co ostanimi czasy IIF zainwestował.
Peryskop.pl miałem okazję widzieć w działaniu kilka tygodni temu. Moim zdaniem jeśli zapowiedzi i możliwości API tej wyszukiwarki się sprawdzą szykuje się mała eksplozja w temacie social shopping. Kuba Połeć, twórca pomysłu serwisu i załoga Peryskopu zapowiadają, że są w stanie łączyć wyniki na chwilę obecną z 500 serwisów (sklepów internetowych jak rozumiem) w większości zagranicznych, analizować dane, wyciągać z nich odpowiednie informacje i zwracać odpowiedzi użytkownikowi nawet przy tak banalnych zapytaniach jak “laptop z dobrą baterią”.
“Peryskop.pl oferuje usługi social-shopping bazujące na zbieraniu relacji między produktami i użytkownikami, oraz pomiędzy samymi użytkownikami.
Peryskop wypełnia poza tym lukę po stronie podmiotów rynku internetowego – e-commerce. Sklepy, serwisy, domy mediowe oraz porównywarki mogą na wielu polach wykorzystywać informacje dotyczące produktów jakie zbiera Peryskop w swojej bazie”. – Mówi Rafał Styczeń, Prezes IIF S.A.
Co lepsze wyszukiwarkę będzie można wmontować w swój sklep, serwis czy bloga i korzystać z jej usługi we własnej domenie. Pomysłów na monetyzowanie jest zresztą wiele – Kuba nie o wszystkich chciał mówić na samym początku, ale pomyślmy, że jeśli faktycznie będziemy mogli szybko i tak sprawnie jak twierdzi twórca korzystać z tej wyszukiwarki to mamy przed sobą produkt zdolny wyjść śmiało poza granice polski (indeksowanie, składnia jest kwestią modułową – wersja anglojęzyczna jest kwestią paru miesięcy prac na chwilę obecną). Czy tak się stanie? Ja wróżę powodzenie jeśli twórcy i inwestor wypełni choćby 50% obietnic.
“Semantyka jest podstawą peryskop.pl – większość informacji o produktach dostępnych w Internecie jest napisana słowami i wyrażeniami, które nadają odpowiednie znaczenie rzeczywistym cechom produktów. Aby zrozumieć co konsumenci piszą w tych recenzjach i opiniach wykorzystujemy semantyczne algorytmy, które dopasowując wzorce językowe potrafią ocenić, co zostało napisane o produktach.” – wyjaśnia Jakub Połeć CEO Peryskop.pl
Na razie wszystko wygląda pięknie i super – zobaczymy co powiedzą użytkownicy i jak zareaguje rynek. Peryskop w górę i jazda na szerokie wody!
Oficjalną notkę prasową znajdziesz tutaj
*** a teraz reklama start-up’a :) ***
42 komentarze »
