Ach ci dobrzy piraci…

10:24 30th June 2009

współcześni piraci

Mówienie o tym, że X milionów osób korzysta z sieci p2p i ma to być dowodem na to aby wszyscy zaprzestali respektowania swoich praw w Internecie nie jest dobrym pomysłem. Wspieranie (Przekrój) się szwedzkim przykładem allemansretten (czyli w luźnym przekładzie prawa dostępu do natury) jest bardzo mocną próba nagięcia rzeczywistości…

Na początek definicja – przyjmuję za piractwo wszelką formę ściągania z sieci Internet utworów / plików bez uiszczenia tantiem ich twórcom. Nie interesuje mnie stan prawny w Polsce (użytek własny) ani procesy w Szwecji (przegięcie w drugą stronę). Po prostu jeśli ktoś coś wyprodukował a ktoś inny zamiast mu za to zapłacić po prostu kopiuje to nazywam taki fakt kradzieżą a cały proceder piractwem. Sieci P2P, serwisy warezowe, składowiska plików w stylu Chomikuj.pl czy kopiowanie płyt i sprzedawanie ich na bazarach – wrzucam do jednego worka.

Większość osób ściągających pliki za pomocą sieci p2p to nie bojownicy o “wolność naszą i waszą” ale zwykli szarzy ludkowie, którzy nie mają pieniędzy na pójście do kina za 25 pln czy kupienie płyty CD za 60 pln. Dlatego ściągają pliki i mają gdzieś to, że ktoś, gdzieś szafuje tak wielkimi słowami jak “wolność”. Kradną z lenistwa, głupoty ale i braku legalnych alternatyw. Dlatego sprawy TPB i ich problemy guzik interesują większość osób w innych krajach – oni po prostu chcą mieć dostęp do plików.

Szwecja jest bogatsza i tam też ściągają na potęgę powie ktoś. To fakt ale nie zapominajmy, że również był / jest to kraj bardzo “socjalny” a ludzie nastawieni roszczeniowo. Szwecja płaci obecnie za wiele lat bardzo opiekuńczego stylu sprawowania opieki nad obywatelami, którym rozdawano przywileje i zapomogi za nic. Wyrosło pokolenie “daj-mi-teraz”, które nie widzi nic złego w ściąganiu pirackich plików z Internetu. Oni tego żądają i dostają.

Proszę więc nie dorabiać ideologii do zwykłej kradzieży. Piractwo spod znaku p2p nie jest ani przejawem “cyfrowego wykluczenia” ani “walką z monopolem o wolność wyboru”. Co to za wybór i co to z walka jeśli realizowana jest z pomocą kradzieży cudzej własności? Oczywiście można bronić całości procederu powołując się na polskie prawo dopuszczające użytek osobisty (ale już nie programów komputerowych) czyli ściąganie plików bez ich rozpowszechniania. Co jeśli prawo zostanie zmienione? Nadal będziemy uważali, że nic się nie dzieje złego?

Zadaję sobie takie pytanie – dlaczego pomimo ogromnych (i stale idących w górę) cen benzyny nie pojedziemy sobie gdzieś w pole i nie wywiercimy dziurki w rurociągu aby tym samym zasilać nasz samochód? Albo dlaczego nie wepniemy się na klatce schodowej w skrzynkę i nie będziemy “korzystali” z czyjegoś dostępu do TV czy telefonu? Dlaczego nie skusimy się pójść “na skróty” aby uzyskać doraźny efekt i zysk?

Odpowiedź na powyższe jest prosta – ponieważ zabiera to więcej czasu, podlega wysokim karom, wymaga odpowiedniego sprzętu, zdolności i wiedzy oraz co najważniejsze jednoznacznie kojarzone jest z kradzieżą i przestępstwem. W przypadku ściągania plików z Internetu jest na to przyzwolenie społeczne, brak jasnych przepisów prawnych, każdy może to robić (dysponując minimalną wiedzą techniczną).

W Polsce przez wiele lat powstało wiele przejawów anomii społecznej sankcjonowanej przez system w którym żyliśmy. “Załatwić” coś oznaczało ukraść coś z fabryki (np. papier toaletowy albo płyn do mycia naczyń). Osoba “zaradna” życiowa to była taka postać, która korzystając z dobrodziejstw gospodarki “centralnie sterowanej” w której każdy miał mieć po równo (czyli w sumie nic) umiała wyprać kartki na paliwo aby zatankować ponownie samochód, zdobyć przydział na pralkę czy pojechać na wakacje po to aby sprzedać w Rumunii okulary i przywieźć za to dewizy. Była podziwiana i miała naśladowców. Rolowanie państwa (a więc pośrednio i obywateli) należało do dobrego tonu i miało społeczne przyzwolenie.

Trochę jednak za oknem się zmieniło a my nadal uważamy, że fajnie jak ktoś coś skołuje i nie zapłaci. Bo płacą tylko frajerzy i idioci.

Taka była rzeczywistość za czasów PRLu. Niestety – ustrój się skończył, mentalność została. “Załatwić” i “skołować” nadal są na topie. Wiodę biedny żywot studenta i nie mam kasy na pójście z dziewczyną do kina. Ściągam więc “z sieci” najnowszy film, siadam z nią w swoim akademiku, odpalam laptopa i tak spędzamy wieczór. Moje usprawiedliwienie? “Twórcy tego filmu nie zbiednieją, zapewna mają kieszenie pełne kasy. Poza tym wszyscy tak robią”. Nazywajmy jednak rzeczy po imieniu – kradzież jest kradzieżą. Nie poszedłeś do kina bo Cię nie stać a nie dlatego, że walczysz z wyimaginowanym Systemem.

Ludzie potępiające w czambuł wyrok szwedzkiego sądu zapominają o paru sprawach – TPB od początku robił sobie jaja ze wszystkich możliwych instancji szwedzkich i międzynarodowych. Oficjalnie przyznawali się do tego, że ich motorem działania jest chęć szerzenia “piractwa”. Elementy walki o
“wolny dostęp do twórczości” pojawił się całkiem niedawno na potrzeby procesu i jako element obrony w procesie. Poczytajcie sobie odpowiedzi TPB na listy od firm zgłaszających zastrzeżenia do plików na serwerach TPB – odpowiedź w większości była taka sama: “Walcie się gumową pałą. Wiemy, że popełniamy przestępstwo ale w Szwecji możecie nam naskoczyć bo tu jest inne prawo. Pa pa!”.

Zanim zatem tak ochoczo zaczniecie powiewać flagami szwedzkiej czy polskiej Partii Piratów, zanim wyjdziecie na ulicę aby protestować przeciwko “złym kapitalistycznym koncernom” i zanim do końca uwierzycie, że wszystko powinno być darmowe – zastanówcie się. To o czym marzycie to czysta utopia. Bez możliwości czerpania zysków ze swojej pracy wytwórcy nie będą niczego tworzyli. Wy nie będziecie mogli zatem niczego ściągać i korzystać z ich pracy – to najprostsze wytłumaczenie. Koniec i kropka. Możecie sobie marszczyć noski i tupać nóżkami ale takie są zasady gospodarki rynkowej. Podaż i popyt żądzą również i Internetem.

Występ polskiej Partii Piratów na TMT’09 dowiódł, że w Polsce łatwo jest płynąć na fali demagogii. Nie usłyszałem nic z ust przedstawicieli tego stowarzyszenia (bo chyba cały czas nie mogą zebrać odpowiedniej ilości głosów aby stać się partią jeśli dobrze zrozumiałem) co by mnie zachęciło do ich wspierania. Potok banałów wsparty jakaś nowomową zasłyszaną na lewicowych zebraniach w ustach ludzi, którzy komunizm znają z podręczników historii jest dla mnie śmieszny i przerażający. Wszystko za darmo? Wszyscy mają mieć po równo? Cała władza w ręce ludu? Gdzieś to już było…

Zgadzam się – obecna sytuacja w której część Europy nie może korzystać z usług i serwisów, które w USA są dostępne jest bardzo bardzo zła i powoduje problemy. iTunes i Apple są przykładem pasywnego działania. Casus sklepu Nokia z cenami w okolicy 1 USD za utwór pokazuje, że jednak można. Jasne, że chciałbym obejrzeć w tym samym okresie co amerykańscy widzowie “Lost” czy “Dr House”. To jest ogromny błąd. Tak samo jak większość osób nie chcę płacić (albo inaczej – chcę mieć wybór) za opakowanie kolekcjonerskie, książeczki i naklejki – chcę dostać utwór po najniższej cenie bez marży pośredników i sklepów.

W samych koncernach potrzebne są zmiany na najwyższych szczeblach aby dostosować mentalność działań rodem z XIX wieku do nowoczesnych warunków i technologii. Potrzeba nowych rozwiązań prawnych dających się zastosować na całym świecie. Podpisuję się pod stwierdzeniem francuskich konstytucjonalistów – prawo do Internetu jest jednym z praw człowieka. Nie zmienia to faktu, że zmiany muszą zostać wdrożone w sposób przemyślany a nie pod dyktatem pistoletu przystawionego do skroni.

Chciałbym zamiast pozornego zamieszania wokół TPB większej dyskusji na przykład o Creative Commons. Chciałbym abyśmy przestali działać tylko w wybranych obszarach ale potrafili zdobyć się na spojrzenie na problem z dystansem. Chciałbym poważnej dyskusji o zastosowaniu p2p dla celów komercyjnych, zgodnych z prawem. Chciałbym dyskusji o stawkach, cłach i globalnych rozwiązaniach spraw praw autorskich.

Zanim wzniesiemy flagi i rozpoczniemy abordaż zastanówmy się czy przypadkiem nie zatapiamy jedynego okrętu na którym możemy popłynąć dalej.

PS. No proszę – czyżby TPB właśnie opuszczało swój okręt flagowy? Właśnie ogłosili, że zostają sprzedani. I gdzie się podziały hasła “zero komercji” czy “nigdy nie będziemy pracowali dla kogoś”? Pecunia non olet…

Gniot obywatelski

11:46 29th June 2009

janusz kochanowski rzecznik praw obywatela

Przeraża mnie jak prosto jest ulec pokusie zbudowania czegoś w Internecie. Jeśli to dzieje się za pieniądze młodych i mało doświadczonych przedsiębiorców pal to licho – kto nie ryzykuje, nie zarabia. Gorzej jeśli angażowana jest praca a przede wszystkim publiczne pieniądze w projekty od których wieje z daleka biurokratyczną indolencją…

Promować się trzeba umieć. A jeśli się nie umie to trzeba wynająć specjalistów i zapłacić im. Niestety obawiam się, że ta oczywista prawda nie jest zawsze rozumiana przez naszych urzędników państwowych. Wolą zrobić coś sami, spieprzyć to ale chwalić się za chęci.

Mówię o “Codzienniku Prawnym” organie (portalu jak każą nam sądzić w informacjach prasowych) internetowym Rzecznika Praw Obywatelskich czyli Janusza Kochanowskiego. Inicjatywa na pewno dobra w zamyśle, potrzebna i wartościowa. Skopana niestety na starcie. Po ilości osób wyszczególnionych w dziale “kontakt” wnoszę, że nad serwisem pracował chyba cały urząd Rzecznika. Tym bardziej szkoda, że to co powstało zasługuje tylko i wyłącznie nie pokazywanie jak NIE tworzyć serwisów informacyjnych. Stroną merytoryczną serwisu nie będę się zajmować – nie mam do tego kwalifikacji ani wiedzy.

Przykro mi ale chciejstwem i chęcią zrobienia “czegoś” nie można tłumaczyć partactwa i po prostu amatorstwa. Pierwsza sprawa – dlaczego Codziennik jako pismo RPO nie jest postawiona w domenie “gov”? Codziennik jest prywatną stroną Pana Kochanowskiego? WHOIS wskazuje, że właścicielem domeny jest biuro RPO – czyli urząd państwowy. Czy pozbycie się “gov” ma bardziej przekonać obywateli o “fajności” strony? Są w ogóle w Polsce jakieś przepisy dotyczące tego typu inicjatyw i ich umieszczaniu w domenie “gov”?

Pierwszy przykład babola – prawa strona grafika (?) z lasem i żabkami (??) z opisem “multimedia”. Kliknijcie. Jakiego efektu oczekuje przeciętny internauta po kliknięciu na aktywny element strony? Przeładowania strony i pokazania nowych treści. Co się dzieje? Nic. Otwiera się nowa strona / zakładka w przeglądarce z tą samą stroną główną. Błąd? Sztuczka programistyczna znudzonego admina?

Zdjęcie i komentarz Rzecznika – rozumiem, że po dzień sądny będzie mnie witał na stronie głównej? Wiem, trzeba się lansować żeby media i politycy nie zapomnieli o tak ważnej osobie ale takie marnotrawienie przestrzeni na stronie głównej jest bardzo niemądre. Tak samo cytat – ani się nie zmienia a zabiera miejsce. Szczegół ale wali w oczy. Szczególnie, że treści po które skuszony zapowiedziami odwiedziłem ten serwis jest na stronie głównej stosunkowo mało (w porównaniu do nagłówka graficznego z szachami, cytatem i zdjęciem z myślą wprowadzającą Rzecznika).

Dział “o nas” – czego można spodziewać się po tym dziale? Możliwości wysłania zapytania do kogoś z redakcji? Nie ma. Może jakiś ogólny mail albo formularz? Jest na szczęście. Napisałem co sądzę o stronie – sprawdzimy czas reakcji (UPDATE – odesłano mi odpowiedź po kilku minutach! Ktoś tam czyta jednak maile:)

Dział “kontakt” (ukryty na samym dole strony w niebieskiej) – hej, czy ja tu już nie byłem?? Jasne. To przecież ten sam dział co “o nas”! Nadal nie wiem do kogo napisać w sprawie błędów na stronie.

Dział “dla mediów – tak, tak jest coś takiego. Możecie ten dział znaleźć tutaj. Widocznie wypadł w procesie projektowania strony i ktoś sobie o nim przypomniał w ostatniej chwili. Co fajniesze – czego oczekujecie po takim dziale? Ja na przykład jakiegoś “press kitu”, zdjęć, oficjalnych informacji prasowych. A co możemy tam znaleźć? Spot reklamowy żabką czyli tę grafikę, która jest źle podlinkowana na stronie głównej. Spot inftantylny a w dodatku wykorzystujący grafikę wyszukiwarki Google (proces o prawa autorskie). Ech..

Stopka na dole (szary pasek) – “Codziennik” jako serwis państwowy reklamuje m.in. Onet, GG, Salon24? O co chodzi?? Te podmioty sponsorują “Codziennik?” Dlaczego Onet a nie WP? Dlaczego GG a nie Skype? Był jakiś konkurs ofert a może każdy może zgłaszać kandydaturę swojej firmy na tę stronę? Ta ja poproszę o umieszczenie tam linku do Apteo i Mordami. A co.

I na samym końcu strony u dołu widzimy “Wszelkie prawa zastrzeżone © 2009 Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich”. Wszelkie prawa! Super – czyli jak rozumiem RPO jest twórcą wszystkich formularzy jakie zamieścił na swojej stronie? Szanowny Panie Rzeczniku w takim razie proszę otworzyć sobie zakładkę “właściwości” w edytorze tekstu (może być Word) i spojrzeć kto jest autorem wzorów dokumentów co do których Pan przypisuje sobie prawo. Głupia wpadka, co – a kilku procesów można sobie zaoszczędzić przecież…

Zapewne jeszcze dorzucić można całą masę błędów programistycznych (np. walidacja) ale tego już nie chciało mi się sprawdzać. Jak dla mnie ktoś powinien się wytłumaczyć za ile została zrobiona ta strona i jakie firmy startowały w przetargu skoro został wybrany taki podwykonawca. W końcu Szanowny Pan Rzecznik żyje z moich podatków a te jak słyszałem mają zostać podniesione.

Mam pomysł na małą akcję społeczną – proszę Was o przejrzenie “Codziennika” pod kątem błędów (merytorycznych, usability, czy architektury informacji) i zamieszczenie swoich uwag w komentarzach pod tym wpisem. Zobowiązuje się do przesłania oficjalnego pisma do RPO z wychwyconymi błędami z prośbą o ich poprawienie i autorami uwag.

Może obywatelski głos pozwoli coś poprawić?

PS. Nie tylko ja się zainteresowałem “Codziennikiem Prawnym”…
PPS. Olgierd zadał pytania rzeczniczce RPO i otrzymał odpowiedzi na nie. Polecam lekturę.

Wywiad z The Pirate Bay

11:28 19th June 2009

Marcin de Kamiński, przedstawiciel jak i jeden z autorów wyszukiwarki torrentów The Pirate Bay dzień przed TMT Communities’09 zgodził się porozmawiać o tym jak wygląda sytuacja w Szwecji TPB, na co liczą (trzech z czterech oskarżonych przebywa już poza Szwecją) i jak TPB chce zmienić świat…

Całość skręcił Maciek Budzich a ja zapłaciłem mandat za parkowanie w złym miejscu (mandat zapłacę).

Apel pod koniec wywiadu jest prawdziwy – Marcin w imieniu TPB chętnie nawiąże współpracę z kimś z Polski przy swoich projektach takich jak “The Persian Bay” czyli tworzenie alternatywy dla zamykania dostępu do Internetu w Iranie. Jeśli chcecie się zgłosić – piszcie do mnie, przekaże Marcinowi.

Gary Cooper

0:06 4th June 2009

PRL


Pamiętam, że 1 czerwca jedną z niewielu atrakcji w Centralnej Składnicy Harcerskiej był (jak od lat) model redukcyjny w skali 1:72 samolotu “PZL Łoś”. Wraz z innymi modelami samolotów (RWD-5, JAK-1M, Czapla) był stałym elementem każdego pokoju młodego chłopca. Ile radości sprawiał fakt kupowania innych modeli na giełdzie stadionu “Skry” przywożonych z Niemiec, Japonii i Włoch. Żadna wersja FF ani Google Wave teraz nie daje mi tyle pozytywnej energii …

Pamiętam jak podczas jazdy samochodem mnie i ojca zatrzymał po cywilnemu jakiś facet (ORMO jak się okazało) i wypytywał dlaczego dziecko jeździ na przednim siedzeniu skoro nie ma 12 lat. ORMOwcowi nie spodobał się mój wzrost i nakazał przesiąść mi się do tyłu. Ojciec zignorował prośbę o ja dowiedziałem w telegraficznym skrócie co to jest ORMO, co robi i czym zajmują się matki tych panów. Taki szybki kurs wiedzy o społeczeństwie.

Pamiętam demonstracje, okrzyki “chodźcie z nami, dziś nie biją“, smród petard i gazu łzawiącego, który przez wiele dni po demonstracjach zalegał w bramach praskich podwórek. Fajnie się bawiło w potem kawałkami tych petard. Niestety nikt nie chciał być milicjantem w naszej zabawie.

Pamiętam jak w podstawówce mój kolega z klasy zapraszał nas do siebie aby oglądać na totalnie zrypanych kasetach VHS takie hity jak “Pluton”, “Inwazję na USA” (Chuck!!) czy “Delta Force” z dzielnymi amerykańskimi komandosami. Kolega miał również bogatą kolekcję kaset magnetofonowych oraz służbową broń ojca milicjanta, który filmy i kasety przynosił z “pracy” ponieważ były to zarekwirowane w śledztwie materiały dowodowe.

Pamiętam jak ojciec odkupił za jakąś śmieszną sumę ówcześnie plakat z Garym Cooperem, którego nie zdążył powiesić na ścianie jakiś młody chłopak. Plakat leżał przez wiele lat gdzieś na szafie bo głupio się było przyznawać do Solidarności, facet z wąsami i całego tego zamieszania.

Pamiętam pierwsze spotkanie szkoły z Bednarskiej w sali Audytorium Maximum na UW gdzie wisiał napisany ogromną solidarycą napis “Witamy!”. Pomyślałem wtedy, że skoro ten napis znany mi z rozrzucanych ulotek, znaczków i szybko zdzieranych ze ścian plakatów to chyba coś nie tak jest z tym całym światem – może komunizm faktycznie nie jest już taki silny skoro publicznie można coś takiego powiesić?

Coś przeżyłem (mało świadomie), coś na pewno przeszło mi koło nosa (za późno się urodziłem aby z jednym fakultem i znajomością trzech słów po angieslku zostać szefem sieciowej agencji reklamowej).

To se ne vrati i cholera bardzo dobrze.

Współczuję tym, którzy nie pamiętają komunizmu ani tego co się działo przed 1989 – to była niezła lekcja życia..

Nie dajmy sobie wmówić, że jest źle, strasznie i w ogóle gorzej – pamięć ludzka potrafi wyprzeć bardzo dziwne rzeczy..

Świętujmy. Należy nam się :)

4 czerwca 1989 to fajna data.

Głowy w chmurach

22:00 25th May 2009

głowy w chmurach 2k9

Pierwszego dnia konferencji 2K9 jednym z punktów programu były prezentacje portali – w domyśle ich pomysłów na ściganie się z konkurencją, umiejętności wyciągania wniosków z obecnych problemów, nowych produktów i wizji rozwoju…

Trochę mi głupio, że nie będę mówił w samych superlatywach o 2k9 bo wbiłem się na nią na “krzywy ryj” jako pomoc techniczna Maćka Budzicha ale obiecuję, że krytykować konstruktywnie będą samych panelistów i atmosferę niż samą imprezę i jej twórców (których pozdrawiam i zapraszam do wysłania mi następnym razem bezpłatnego zaproszenia! :)

Pominę występ gościa specjalnego (Diego Semprún de Castellane) bo nie miałem okazji zobaczyć stojąc w porannych korkach – skupię na tym co według mnie jest pewnym trendem wśród największych graczy (przy okazji – wśród prezentacji pojawiał się pewien termin. Otóż portale nazywają siebie teraz “wydawcami” – jak rozumiem ma to zbliżać kolegów i koleżanki z portali do starych mediów i pokazywać, że w portalach to nie tylko “papowskie” przedruki ale własne treści powstają).

Gazeta, WP i Onet (Tomasz Jażdżyński zamiast o portalu Interia, któremu przewodzi mówił o rynku, wycenach i akwizycjach firm internetowych – bardzo ciekawe bo okraszone dużą porcją liczb i statysty) mówiły o tym co mają zamiar zrobić zamiast spróbować wyjaśnić jakimi środkami zamierzają pokonać kryzys (to straszne słowo na “k”) i dalej dynamicznie rozwijać się. Przynajmniej taki był zamiar.

Prezentacja Tomasza Józefackiego z Agory zrobiła na mnie złe wrażenie – nie ze względu na styl ale na fakt, że tak jak i pozostali w ogóle nie podjął tematu i uciekał od odpowiedzi na temat kondycji portalu i pomysłów na wyjście z impasu (deliktanie mówiąc), zgotowanego przez byłego prezesa zakupem Tradera. Pojawiając się na spotkaniu branżowym na pewno musiał liczyć się z pojawieniem się takich pytań – niestety uciął je w najprostszy sposób mówiąc, że na nie nie odpowie. Szkoda.

Jasne – nie wymagam abym na branżowej konfie gdzie są wszyscy konkurenci szczerze spowiadać się ze swoich dokładnych planów rozwoju – chciałem tylko usłyszeć, że firma ma problemy ale ma też plany czy coś podobnego. Zamiast tego usłyszałem, że Agora ma dużo marek i umie nimi zarządzać. To trochę za mało jak na reprezentanta koncernu, który wykazała stratę dziewięćdziesięciu paru milionów na początku tego roku w wyniku przejęcia internetowej firmy.

Analizując po spotkaniu wydaje mi się, że w końcu udało mi się znaleźć podstawowe różnice w prezentacji Michała. Różniła się od innych “portalowych” prezentacji adresatem. Michał mówił do zebranych na sali i “marketerów” a jego konkurenci do swoich rad nadzorczych i prezesów spółek. Onet, WP, Interia i Gazeta to firmy zamocowane w dużych firmach z bardzo rozbudowaną strukturą: zarządami, prezesami, osobami decyzyjnymi.

Te prezentacje były kierowane właśnie do nich z ukrytym przekazem “mamy wizję i pomysły, poczekajcie nie ścinajcie jeszcze naszych głów!”.

Michał pokazywał sytuację obecną wynikłą z konsekwencji decyzji podjętych kilka la temu. Panowie z WP, Onetu i Gazeta uciekali do przodu raz chcąc zanegować sytuację (“jest źle ale bez przesady – inni mają gorzej”) a dwa, że tak naprawdę nie mają pojęcia jak i co mają zmieniać (nie twierdzę, że wiedzą to zarządzający o2).

Te prezentacje były przygotowane na podstawie tezy “jest kryzys – mój przełożony będzie chciał się dowiedzieć jaki ja mam pomysł na odbicie się od dna”. Niestety prawie wszystkie pomysły (np. Onet i WP ze swoją strategią “trzech ekranów”) wzięte rodem z końca bańki 1.0 i tak samo kiepsko się ich słuchało.

To było jakieś próby wyciągania z rękawa zgranych kart – mobile, iptv, które od lat nie mogą w Polsce na dobre wypalić. Czy dla Grupy Onet stworzenie nawet 10 serwisów wielkości “Onet lajt” pozwoli na pokrycie strat związanych ze spadkiem reklamodawców? Chyba nie bo reklamodawców na “mobajlu” jeszcze trudniej namówić.

Na tle poprzedników prezentacja Michała Brańskiego wyglądała na (w moim przekonaniu) lekko ironiczną i ucierająca nosa przez skoncentrowanie się na “tu i teraz”. Michał zamiast pokazywać “przyszłość” i czytać z fusów skupił się na analizie problemów rynku AD 2009 – braku edukacji klientów, wmawiania im, że zasięg rozwiąże wszystko (wielbienie Megapanelu i kupczenie ruchem mniejszych serwisów), brak przygotowania do sprzedaży w modelu CPA tam gdzie to można robić i last but not least – zwalanie na kryzys wszystkich problemów, podczas gdy należy mówiąc brutalnie zamknąć się i zapieprzać aby jak najszybciej z tej zapaści wyjść.

To jest również dobra ilustracja co do tego jak myśli się i pracuje w “dużych firmach” – szybkość reakcji, ilość stanowisk i ludzi, których trzeba przekonać do swojego pomysłu czy wreszcie czas wdrożenia nowego pomysłu zajmuje czasem o wiele więcej czasu niż czasami trwa proces zmian rynkowych. Innymi słowy reakcja na kryzys u “dużych” może się pojawić w momencie kiedy część rynku z którego żyją przestanie istnieć. Wiem, brzmi kasandrycznie ale zerknijcie na statystyki dzienników, tygodników i miesięczników z pierwszego kwartału – równia pochyła.

Od liderów rynku w 2009 roku chciałbym dowiedzieć się co chcą zrobić w dziedzinie mobile poza zbudowaniem “lajtowej” wersji swojego portalu i pokazywaniem w Plejadzie treści z TVN (case Onetu). Robi zapewne dużo wewnątrz, ale do świadomości “branży” przenikają bardziej takie wydarzenia jak cięcia w zatrudnieniu na wysokich szczeblach – komentowane zresztą żywo na forum Internet Standard przez byłych i obecnych pracowników co na pewno nie służyło budowaniu dobrego PR portalu z Wiertniczej.

Idąc dalej – co WP jako portal może dać polskiemu rynkowi poza chwaleniem się związkami z telekomem – wszak WP Mobi czyli pomysł na bycie wirtualnym operatorem zdechł całkiem niedawno (pomimo posiadania w grupie Orange!). Czy Interia poza wywalaniem kasy na szumne kampanie z coraz dziwniejszym przekazem jest w stanie stworzyć coś oryginalnego.

Czy Agora mogłaby wyjaśnić po co oddziela Wyborczą.pl od Gazeta.pl i z uporem mówi, że tak jest lepiej (może dla struktur wew. firmy jest lepiej ale do internauty to jest bajzel semantyczny). Rozumiem, że Gazeta ma Bobery a Wyborcza drukuje wywiady z Michnikiem natomiast można jakoś wymyśleć istnienie treści tak od siebie różnych w ramach jednego podmiotu. Innym jakoś to się udaje.

Ptaszki w wielu branżach ćwierkają, że te największe tąpnięcie i szatkownia budżetów reklamowych są jeszcze przed nami – dopiero do nas dochodzi kolejna fala. Jeśli niektóre stacje TV straciły już 20%-30% swoich budżetów, gazety 30%-50% i nawet reklamodawcy internetowi zaczynają przykręcać kurek to jesień po okresie wakacyjnej plaży jawi się jako bardzo bardzo ciekawy czas rozliczeń, dymisji i bankructw dużych i znany marek.

Obserwujcie i wyciągajcie wnioski z tego co się dzieje w Merlinie i Empiku. Rynek e-commerce w Polsce zmieni się znacząco w czasie następnych 6 miesięcy. Nie tylko portale będą miały ciężko – cała branża medialna i reklamowa dostanie po nosie. Nie będzie zwycięzców i pokonanych tylko Ci którym udało się zminimalizować skutki recesji.

Być może nie w czasie tego kryzysu ale w następnym zobaczymy jak modele zasięgowe i wciskanie kitu, że “każdy user jest taki sam – nieważne czy walimy do niego reklamą na Onecie, Pudelku, blogu czy społecznościówce” w końcu się wywróci. Bynajmniej nie wieszczę szybkiego końca CPMów i reklamy “displayowej” – podobnie jak w usługach GSM nadal tryumfy święci stary, brzydki SMS. Zmiany jednak dokonują się i erozja starych modeli postępuje od paru lat.

Na koniec pozwolę sobie zacytować oficjalne podsumowanie konferencji:

“Wystąpienia prelegentów podczas konferencji Internet 2k9. Złoto tylko dla zuchwałych potwierdziły, iż krajowa branża on-line jest sektorem wyraźnie ukształtowanym, silnym i co ważne posiadającym strategię rozwoju, również w okresie spowolnienia gospodarczego. Nikt nie zamierza spocząć na laurach, kryzys jest dla internetu niewiarygodną szansą, której chyba nikt nie chce zaprzepaścić i nie wykorzystać. Złoto zdobywają zuchwali – tych wśród polskich graczy on-line nie brakuje, o czym z pewnością będzie można się przekonać już za rok na kolejnej konferencji z cyklu 2k. Oby było to udane i pełne fajerwerków podsumowanie trudnego i pełnego wyzwań roku 2009.”

Niektórzy nadal mają głowy w chmurach. Dobrze jeśli spojrzą w dół bo inaczej za chwilę nie będą mieli po czym stąpać.

Stare media – wróćcie!

9:02 27th April 2009

stary papier stare media

Z przyjemnością przeczytałem bardzo ciekawą analizę Michała Kobosko (szefa tego samego Newsweeka o którym ironicznie napisałem, żeby nie czytać). Jest to kolejny tekst, który w sumie mówi bardzo prostą rzecz o “nowych mediach” z punktu widzenia dziennikarza (czyli przedstawiciela “starych mediów”) czyli osoby mającej najlepszy ogląd tego co w się dzieje w jego środowisku…

Zasadniczo zgadzam się z tekstem naczelnego Newsweeka w 100%. Moda na wychwalanie i stawianie na postumencie “nowych mediów” jako czegoś lepszego niż “stare media” czy “stara szkoła dziennikarstwa” jest dla mnie przykładem na kompletne oderwanie się od rzeczywistości i realiów panujących w mediach. Co gorsza próba narzucenia prymatu nowych mediów jako czegoś lepszego wydaje mi się tak absurdalna, że aż śmieszna.

Proszę mi powiedzieć z czego żyją portale (teraz i zanim weszły w erę “user generated content”)? Portale żyją z modyfikacji (podkreślam – modyfikacji!) informacji PAPowskich + dołączone do nich reklamy. Choćby sam prezes Onetu się zarzekał, że jest inaczej. Portale nie wytwarzają treści a “zasysają je” i “obrabiają” podając w inny sposób i innej grupie docelowej. Czy po “oddesaniu” z serwisów p2p czy video hostingowych treści wyprodukowanych przez studia filmowe i stacje telewizyjne znajdzie się coś oprócz scen z amatorskim striptizem przed kamerką, podpaleniem bąków kolegi albo wypadek samochodowy pod blokiem?

Powyższą analogię można i trzeba niestety zastosować do zdecydowanej większości serwisów, portali, vortali, blogów i serwisów społecznościowych. Po wypreparowaniu z nich treści nie stworzonych przez nie okaże się, że podstawą są zdjęcia użytkowników i ich opisy profili. To trochę za mało aby tworzyć “nową jakość” jaką mają stać się “nowe media”.

Ile tak naprawdę “w internecie” powstało tekstów merytorycznych, mających strukturę dającą się czytać, zawierających rzetelny opis a nie erupcję emocji? Który z blogerów czy dziennikarzy z portali czy vortali zbliżył się. Czy “internet” mógłby zrodzić dziś kolejnego Ryszarda Kapuścińskiego? Czy internetowi “watchmani” mogliby upolować jakaś aferę na miarę “starachowickiej” albo łódzkich “łowców skór”? Czy mogliby zainicjować akcję w stylu “rodzić po ludzku” Wyborczej albo WOŚP Owsiaka? Nie. Po stokroć nie.

Zachwycając się Kutimanem należy (z całym szacunkiem dla jego talentu) jasno powiedzieć – to jest przetwórstwo zrobione przez samouka. Genialnego samouka ale to nie zmienia faktu, że Kutiman bez zasobów YouTube nie stworzyłby nic. W jego trackliście nie pojawiłby się żaden utwór ponieważ on sam nie tworzy ale przetwarza. Ilu Kutimanów znajdziemy na YouTubie? Miliony. Twórczość ilu “kutimanopodobnych” artystów stanie się kanonem kulturowym? Stawiam na to, że zero. Kult amatora może zostać wytworzony na wartościowych treściach. Co się stanie ze wszystkimi “kutimanami” tego świata jeśli by odciąć ich od bibliotek i źródeł informacji? Zremiskują się na śmierć.

Jest w powyższym przypadku coś więcej tylko niż stwierdzenie szczególnego przypadku. Działania nowych mediów można en bloc właśnie przyrównać do wykorzystywania treści i ich (bardzo kreatywne) przetwarzania ale w zasadzie tylko przetwarzania. Rzadko zdarza się stworzyć w Internecie nową jakość bez “zasilania” jej treściami ze “starych mediów”. Zaryzykuję stwierdzenie, że w zasadzie wszystko co najlepsze w wydaniu internetowym jest po prostu modyfikacją, zmianą ale nie stworzeniem niczego nowego na tyle aby gloryfikować to medium.

Modyfikacją mającą na celu dotarcie tych samych treści do różnych grup odbiorców przy czym trzeba położyć nacisk na stwierdzenie, że Internet perfekcyjnie opanował umiejętność wymuszania skracania, kompresji, pozbawiania znaczenia czy wręcz ogłupiania prostotą przekazu.

Efekt? Pokolenie obecnych studentów ma problem z pisaniem podstawowych tekstów analitycznych. Zerkam czasami przez ramię żony, która wykłada na Wydziale Psychologii. Poziom wypracowań, słownictwo, refleksja autorów jest tragiczna. Z takim poziomem operowania słowem pisanym nie ukończyłbym za moich czasów szkoły podstawowej.

Dorosłe osoby (i jakby nie było elita – są w końcu studentami) nie umieją korzystać ze źródeł, nie umieją przekształcać tekstów cudzych. Pytanie czy można zatem “uwalić” większość grupy i kazać im pisać do skutku? Stanąć okoniem, wychowywać, tępić, wpajać podstawowe umiejętności w wieku 20 lat? Czy przymknąć oko i stwierdzić, że “taka jest teraz średnia”?

A na rynku pojawia się Pokolenie Y (urodzeni między 1982 a 2001 rokiem) reklamowane jako to, które naturalnie posługuje się czatami, plikami wideo zasysanymi z sieci, blogami i cała warstwą “społeczną” serwisów internetowych. Bo za pomocą sprawnej obsługi klienta p2p nie załatwią sprawy w okienku ZUSu (w Polsce pewnie jeszcze długo nie). Strach się bać czego Generacja Y jeszcze nie będzie umiała. Pamiętajmy jednak, że po niej przyjdą kolejne.

Żyjemy w otoczeniu w którym natężenie bodźców staje się krytyczne. Aby wywołać w nas emocje kreatorzy informacji, artyści i duchowni muszą odwoływać się do zupełnie nowych metod dzięki którym chcą dotrzeć do nas ze swoim komunikatem. Film z serii “Piła” (i jemu podobne) jest przykładem bezradności reżyserów epoki cyfrowej – aby zaszokować widza muszą się ścigać z kręconymi komórka scenami gwałtów, wypadków, spaleń i całej masy rzeczy jakie czynimy sobie nawzajem.

Te dwie warstwy (emocje i informacja) nakładają się na siebie tworząc efektowny wzorzec oraz smaczną treść zachęcającą do konsumpcji. Jednak nadmiar któregoś z tych elementów powoduje schorzenia – albo drętwy dydaktyzm i konserwatyzm mediów albo po przegięciu w drugą stronę tabloidyzację i “inforozrywkę”.

Kiedyś szokowano poprzez przekraczanie barier i schematów. Wystarczył pisuar ustawiony jako element wystawy. Teraz szokuje się poprzez przekraczanie granic i norm – sztuka aby wywołać emocje musi przeskoczyć życie czyli po części to co widzimy na ekranach telewizorów. A to jest bardzo bardzo trudne.

Internet nie może stać się dominującym kulturowo medium ponieważ jego budowa uniemożliwia czy wręcz zniechęca do zagłębiania się w teksty, dyskusje merytoryczne i dzielenie się informacjami nie będącymi wytworem osób trzecich. Internet w obecnej formie narzuca emocje ponad merytoryką i uniemożliwia prowadzenie dialogu w sposób pozwalający na mierzalny rozwój intelektualny. Wychowywanie dzieci za pomocą serwisów typu “ściąga.pl” powinno być karalne na takim samym poziomie co komunistyczne podręczniki do ekonomii chwalące gospodarkę socjalistyczną.

Podsumowując – bez rzetelnej, “starej” szkoły tworzenia informacji nowe media zalewane są wtórnymi treściami nie dającymi żadnego intelektualnego “paliwa” do rozwoju kulturowego i społecznego. Spłycanie informacji, brak refleksyjności, brak umiejętności tworzenia nowych form i treści – wszystko to wskazuje, że wcale nie rozwijamy się ale cofamy na mapie cywilizacyjnego postępu. Bawimy się odbiciami w lustrach dla samej frajdy zobaczenia czegoś nowego ale jakże dobrze znanego.

Wiem, wiem – mam 34 lata i jestem starcem w rozumieniu różnicy wieku między mną a dzisiejszym nastolatkiem. To, że wiem co to jest “4chan”, “two girls and a cup” i “bukake” tylko pewnie dlatego jeszcze mam jakiś kontakt z rzeczywistością. Każde pokolenie starsze narzeka na młodszych wytykając im głupotę, rozwydrzenie, upadek obyczajów i brak szacunku do kultury i historii własnego kraju.

Tylko czy każde pokolenie staje się częścią takiego przełomu jaki wygenerował Internet i inne podległe mu środki przekazu?

Śmiem wątpić – co niestety nie jest dla mnie pocieszające.

Bo o czym mam rozmawiać z taką dziewczynką?

ZAIKS i UKE – dwie drogi

8:00 11th March 2009

violetta villas zaiks

Dwa pomysły na problemy na czasy kryzysu przez dwie różne instytucje mające szeroki wpływ na konsumentów i odbiorców. Ciekaw jestem Waszych opinii na ten temat – która z nich bardziej się stara?…

ZAIKS (ten sam, który nie umie rozliczać się z US i niedawno prawie zbankrutował bo nie umiał obliczać podatku VAT) zamierza poprosić YouTube o oddanie mu doli z wyświetlanych teledysków. Prawdopodobnie ZAIKS ośmielił się widząc jak w innych krajach podobne instytucje glanują Google’a za brak “działkowania się” z przychodów.

To piękny gest naszego lokalnego monopolisty – pytanie co zrobi ZAIKS jeśli okaże się, że utwory Budki Suflera, Maryli Rodowicz czy Mietka Szcześniaka ogląda 10 osób na Grenlandii? Marzenia o szybkim wspomożeniu pustej kasy prysną z biznesu, który ktoś inny zbudował.

Ciekaw jestem okrutnie ileż to rewolucji technologicznych musi zajść żeby taka organizacja jak ZAIKS uświadomiła sobie, że jej czas dawno się skończył w momencie kiedy patefony odeszły do lamusa historii.

Jak pisze Gazeta Prawna: “YouTube chce rozmawiać, uznaje prawa artystów, ale wciąż nie godzi się na proponowane przez nas stawki dodaje Andrzej Kuśmierczyk”. No cóż zapewne cenniki ZAIKS ma na pewno wysokie – w końcu polska kultura najlepsza jest na świecie (a Rubika każdy zna).

UKE za to chce pomóc nam w wyborze dostawców – Urząd tworzy porównywarkę, dzięki której łatwiej będzie dopasować ofertę telefonu, internetu i telewizji do swoich potrzeb.

Cytując za Gazetą Wyborczą: “Co będziemy mogli porównać? W przypadku komórek sprawdzimy zarówno oferty operatorów infrastrukturalnych, jak i wirtualnych – w każdej kategorii: abonament, pre-paid i mix. Klient określi, ile jest w stanie zapłacić za abonament, jaką sumą jest w stanie doładować konto w ciągu miesiąca (w przypadku pre-paid), ile minut miesięcznie wykorzystuje (w tym ile w swojej sieci, a ile poza siecią, uwzględniając przy tym zarówno sieci komórkowe, jak i stacjonarne), ile wysyła SMS-ów i MMS-ów.”

Jak mówi Anna Streżyńska:

“Jest dużo takich kalkulatorów, kilka jest świetnych i ludzie z nich chętnie korzystają. Niektórzy wolą jednak, żeby dane zawarte w serwisie były potwierdzone autorytetem urzędu. To dla nich tworzymy naszą porównywarkę”

Biedne OpenGSM – wystartowali miesiąc temu i pewnie liczyli na to, że w czasach kryzysu nie będą mieli zbytniej konkurencji a tu bach – konkurencją będą mieli w postaci państwowego Urzędu.

Polska nie bardzo wpływa

8:00 25th February 2009

world economic forum putin russia

Jak World Economic Forum ocenia innowacyjność Polaków i nasz wpływ na losy świata? Na dokładnie zero. Takie można odnieść wrażenie po lekturze listy osób określonych jako “młodzi globalni liderzy”…

TechCrunch opublikował newsa. WEF usiadło i w trosce o losy świata określiło 230 nazwisk osób, które mają przemożny wpływ na losy naszej planety.

Wybrańcy pochodzą z 71 i wśród nich są “młodzi i wpływowi” z Iraku, Jordanu, Kirgistanu, Kuby, Maroko, Libanu. Pierwotna lista liczyła 5 tysięcy osób, zostało 230 nazwisk. Kraj, który wydał Lech i Jarosława Kaczyńskich nie został zaszczycony wyróżnieniem. Może w przyszłym roku.

Na czele listy oczywiście Mark “Facebook” Zuckerberg reszta też wygląda znajomo:

Mark Zuckerberg – founder and CEO of Facebook
Kevin Rose – founder of Digg
Chad Hurley – co-founder and CEO of YouTube
Josh Silverman – CEO of Skype
Michael Birch – founder and CEO of Bebo
Premal Shah – President of Kiva
Lisa Huddleson – Corporate Foundation Executive Director at Dell

Brak reprezentantów naszego kraju (a przecież pochwalić się mamy czym: Papież, Wałęsa, wódka) w postaci Romana Kluski, Joli Rutowicz (z konikiem) czy chociażby (en bloc) redakcji Pudelka uważam za skandal.

A tak na poważnie – jaki nasz rodzimy przedstawiciel miałby pojawić się na takiej liście? Macie jakieś pomysły? Ponieważ mówimy o młodych kandydatach to mnie proszę nie brać pod uwagę.

Jeśli jest się tak bogatym jak Sir Richard Branson to można na otwarcie nowego połączenia między USA a Europą swoich linii Virgin przyjść przebranym jako kobieta. Bogatemu wszystko wychodzi naturalnie i media będą go kochać i spijać każde słowo z ust (vide nasz lokalny hm..stańczyk Palikot)…

Pamiętajcie o tym następnym razem robiąc sobie nudne zdjęcie do CV – garnitury noszą młode wilczki i neofici. Rasowy biznesman (albo osoba chcąca za taką uchodzić) ubiera się jak chce a do pary bierze sobie młode i piękne dziewczyny żeby błyszczeć na ich tle.

W Anglii gość dostaje za to tytuł szlachecki a w Polsce jedynie zaprosiliby go do jakiejś “Kawy czy Herbaty”. Różnica kulturowa.

Ciekaw jestem czy “Premiera z Krakowa” Jana Marię Rokitę z żoną Nelly też by wywalili na pysk z samolotu gdyby nosił takie seksowne ciuszki? Pewni nie, ale wiadomo – konserwatyści tak już mają, że nie poddają się chwilowym modom.

Dość o Polsce. Obejrzyjcie sobie co zarejestrował reporter CrunchGear i podziwiajcie pomysłowość syna Albionu (od jakiejś drugiej minuty nagrania):

Cyfrowe wykluczenie PO

1:00 7th February 2009

donal tusk, premier RP

Rząd właśnie wycofał się z dalszej realizacji programu “komputer dla każdego ucznia” ogłoszony w zeszłym roku. Dzięki temu rewolucyjnemu jak na nasz biedny kraj rząd chciał zasponsorować każdemu polskiemu uczniowi sprzęt komputerowy…

“We współczesnym świecie nawet najlepszy polski uczeń przegra rywalizację z kolegą z Zachodu, jeśli komputer i internet nie będą dla niego środowiskiem naturalnym. Czas na informatyczną rewolucję w szkołach. Tak jak każdy polski uczeń ma prawo do ciepłego posiłku, tak powinien mieć dostęp do komputera, oprogramowania edukacyjnego i internetu. To zrewolucjonizuje polską edukację i wyrówna szanse między dziećmi z rodzin biednych i bogatych” – tak 2 maja w orędziu mówił premier Donald Tusk.

Mówił ale teraz jest kryzys więc to co powiedział nie ma już sensu. Trzeba wspierać huty i stocznie bo do spacyfikowania młodzieży nie trzeba będzie używać armatek wodnych ani gazu. A taki stoczniowiec jak chwyci za lewarek albo cegłę to fiuu! Cały URM się trzęsie.

Szkoda, że PO wycięło sobie kilkaset tysięcy potencjalnych wyborców w następnych wyborach – wszak to głosami młodzieży PiS przepadł z kretesem w ostatnich wyborach. PO, partia ludzi, która wydawałoby się patrzy w przyszłość i potrafi zrozumieć to, że brak dostępu do Internetu jest w obecnych czasach gorszy niż brak biblioteki postanowiła ukręcić łeb programowi, który nakładami 16 milionów złotych sama próbowała wdrożyć wbrew obawom nauczycieli.

W ramach programu przeszkolono 30 tys. nauczycieli którzy teraz nic nie zrobią bo nie ma sal ani obiecanego sprzętu (czyli MEN zrobił swoje brak sprzętu to wina…?). Ponieważ jednak zmienił “się” program i trzeba było wydrukować nowe podręczniki każdy uczeń musi zakupić z własnej kieszeni nowe książki. Moment – przecież rząd (a dokładnie MEN) nie zostawi uczniów w potrzebie! Na dofinansowania “wyprawek” (czyli równoważenie ceny podręczników, które każdy uczeń musi mieć) MEN chce wydać 113 milionów złotych.

Sam pamiętam jakim skarbem były w szkole podstawowej podręczniki – na koniec roku w specjalnej rubryce wpisywany był stan książki, kto był właścicielem i ocenę. Dzięki temu systemowi jeśli nie dbało się o swoje podręczniki następne (bezpłatna) były otrzymywane w podobnym stanie.

I tu dochodzimy do konkluzji – a po jakie licho w XXI wieku drukować papierowe podręczniki, których okres życia trwa tyle ile kadencja rządu (a czasami mniej) a zmiany programowe (pamiętacie spory min. Giertycha o kanon polskiej literatury?) są jedyną stałą.

Aby wyposażyć ucznia podstawówki w tym roku wydać trzeba będzie około 200 złotych a uczeń gimnazjum nawet 400 złotych. Każdy uczeń.

Gazeta zrobiła test netboków. Powiedzmy, że wybieramy takiego Asusa za 964,48 złotych brutto. Masowe zamówienie (powiedzmy kilkaset tysięcy sztuk) może pomóc w wynegocjowaniu upustu (strzelam spod grubego palca) 20%-30%. Zatem MEN mógłby zakupić pojedynczego netbooka za 771-675 złotych brutto.

Czyli za raptem 200 złotych więcej niż cena podręczników do gimnazjum (przyjmijmy nawet, że ta cena dotyczy wszystkich podręczników na wszystkie lata) uczeń dostaje do ręki narzędzie do którego może (choćby z Biblioteki Narodowej) wgrać sobie dowolny podręcznik (z opcją odczytu tylko na tym sprzęcie), pomoc naukową z bazy, samoczuek czy kurs e-learningowy (może być płatny dodatkowo z czego można sfinansować kolejne transze sprzętu). Mówimy cały czas o pełnym finansowaniu netbooków dla młodzieży biednej – dla rodziców tych bogatszycj zakup netbooka za 600-700 pln nie powinien być problemem.

Policzmy zatem kwotę dotacji na zakup papierowych podręczników – 113 milionów podzielmy przez 700 pln (średnia wynegocjowana cena netbooka) co się równa ponad 161 tysięcy uczniów z netbookami. Dodajmy do tego kwoty dotacji z UE i kasę wydawaną na druk podręczników. Zapewne tę liczbę obdarowanych można pomnożyć dwu albo trzykrotnie.

Handel “darmowym” sprzętem? Sam sprzęt można oznaczyć numerem, wypalić na wierzchu jakieś zniechęcające do sprzedaży ostrzeżenia a finałowo (jak w programie “one laptop per child“) wprowadzić konieczność logowania co pewien czas do stacji bazowej – bez tego netbook blokuje się i jest do wyrzucenia. Można obciążyć rodziców odpowiedzialnością finansową za sprzęt (w razie zgubienia rodzic płaci wartość komputera).

Można uczniów zmusić do dbania o ich sprzęt prostą metodą – twój komputer nie pracuje Ty nie możesz uczestniczyć w zajęciach co przekłada się na brak zaliczonej obecności na lekcji. Rodzice mogą dostać codziennie informacje czy jego pociecha była na zajęciach, których i jaką ocenę dostała – wiem, wiem to mogłaby być akurat zmora uczniów :)

Zero dźwigania (codziennego) kilogramów książek, kupowania papieru (ulegającemu zniszczeniu), korzystania z podręczników nieaktualnych w momencie opuszczania drukarni. Utopia? W Polsce jak widać nadal jest to pomysł z serii “ojej – my tu gadu gadu o komputerach dla uczniów, a stocznie stoją, przemysł samochodowy ledwo zipie..”

W Grecji jakoś (może pod wpływem rewolty studenckiej?) myślą o tym na serio (w tym wypadku akurat o Kindle):

Myślicie, że coś takiego (wprowadzanie powszechne komputerów do szkół) jest realne za 5-10 lat?

PS. A guzik. Netbooki już są w szkołach! Sam nie wierzę :)